Reklama

Kiedy brałam ślub z Tomkiem, byłam przekonana, że zyskuję nie tylko wspaniałego męża, ale i stabilizację, o jakiej zawsze marzyłam. Nie sądziłam jednak, że w pakiecie z obrączką dostanę cotygodniową inspekcję czystości, moralności i moich umiejętności kulinarnych. Każdy piątek po południu to dla mnie początek emocjonalnego paraliżu, a dźwięk dzwonka do drzwi w sobotni poranek wywołuje u mnie niemal fizyczny ból brzucha. Moje małżeństwo powoli zamienia się w pole minowe, a saperem, który detonuje każdy ładunek, jest kobieta, która podobno „chce dla nas tylko tego, co najlepsze”.

Zaczyna się zawsze tak samo

Piątek, godzina 16:30. Siedzę w biurze, próbując dokończyć raport, ale moje myśli krążą już wokół telefonu, który leży na blacie biurka. Wiem, że za chwilę zadzwoni. To niemal rytuał. Niepisana zasada, której złamanie grozi cichymi dniami albo pasywno-agresywnymi uwagami przez następny miesiąc. Wyświetlacz rozbłyska zdjęciem starszej, zadbanej kobiety z nienaganną trwałą. „Mama”. Oczywiście, że mama Tomka, bo moja mama wie, że w piątki pracuję do późna i szanuje mój czas. Odbieram, siląc się na uprzejmy ton.

– Dzień dobry, Jadwigo.

– Cześć, Ewuniu – jej głos jest słodki jak lukier, od którego aż bolą zęby. – Dzwonię tylko potwierdzić, że jutro będę u was koło dziewiątej. Zrobiłam te gołąbki, które Tomuś tak uwielbia, bo ostatnio jak go widziałam, to wyglądał mizernie. Chyba ma za dużo stresu w pracy, albo… no wiesz, dieta mu nie służy.

Zaciskam zęby tak mocno, że słyszę chrzęst w szczęce. „Dieta”, o której mówi, to moje starania, byśmy jedli zdrowo, unikali tłuszczu i przetworzonej żywności. Ale dla niej, jeśli mężczyzna nie zje schabowego ociekającego smalcem, to znaczy, że żona go głodzi.

– Jadwigo, rozmawialiśmy o tym – próbuję być asertywna, choć czuję, jak serce zaczyna mi bić szybciej. – W ten weekend chcieliśmy odpocząć. Mieliśmy ciężki tydzień, planowaliśmy po prostu posiedzieć w piżamach do południa.

– Oj, przestań, dziecko – przerywa mi ze śmiechem, który wcale nie brzmi wesoło. – Przecież ja wam nie będę przeszkadzać! Posprzątam trochę, ugotuję, wy sobie odpoczniecie. Matka przyjeżdża pomóc, a ty robisz problemy. Do zobaczenia rano!

Rozłącza się. Zawsze to robi, zanim zdążę zaprotestować skuteczniej. Patrzę na telefon z bezsilnością. Wiem, co to oznacza. To oznacza koniec spokoju. Koniec intymności. Koniec weekendu.

Kiedy pomoc staje się torturą

Sobota rano. Zamiast budzić się powoli przy zapachu kawy parzonej przez Tomka, budzi mnie energiczne dobijanie się do drzwi. Jest 8:45. Przyszła kwadrans wcześniej, „żeby nie tracić dnia”. Tomek idzie otworzyć, wciąż zaspany, w samych bokserkach. Słyszę ich przywitanie w przedpokoju.

– Ojej, synku, ty jeszcze śpisz? Tyle dnia już uciekło! A gdzie Ewa? Też w łóżku? No tak, młodzi teraz tacy zmęczeni życiem

Wstaję, narzucam szlafrok i wychodzę z sypialni, czując się jak intruz we własnym domu. Jadwiga stoi w naszym salonie z dwiema wielkimi torbami, rozglądając się dookoła z miną inspektora sanepidu. Jej wzrok zatrzymuje się na stercie czasopism na stoliku kawowym, potem wędruje na okna.

– Dzień dobry – mówię chłodno.

– O, wstała nasza królewna – uśmiecha się, ale jej oczy pozostają zimne. – Ewuniu, te firanki to chyba dawno pralki nie widziały, co? Szare się zrobiły. Ale nie martw się, przywiozłam wybielacz, zaraz się tym zajmę.

To jest właśnie jej metoda. Wchodzi, znajduje wyimaginowany problem, a potem bohatersko go rozwiązuje, dając mi do zrozumienia, że jestem beznadziejną gospodynią. Przez pierwsze miesiące po ślubie myślałam, że ona naprawdę chce pomóc. Że to wyraz troski. Zajęło mi chwilę, by zrozumieć, że to gra o dominację. Każdy starty pyłek kurzu to punkt dla niej. Każdy ugotowany obiad to dowód na to, że ona dba o swojego syna lepiej niż ja.

– Jadwigo, firanki były prane w zeszłym tygodniu. To taki odcień bieli, ecru – tłumaczę spokojnie, idąc do kuchni nastawić wodę.

– Ecru… – prycha pod nosem, wyjmując z torby słoiki. – Kiedyś to się nazywało brudne, ale teraz na wszystko macie modne nazwy.

Tomek stoi z boku, bezradnie drapiąc się po karku. Patrzę na niego błagalnym wzrokiem, oczekując, że powie: „Mamo, daj spokój, jest czysto”. Ale on milczy. Jak zawsze. W obecności matki mój pewny siebie, zaradny mąż zamienia się w małego chłopca, który boi się, że dostanie szlaban na telewizję. To boli mnie chyba bardziej niż złośliwości Jadwigi. Jego bierność to ciche przyzwolenie na to, bym była obrażana we własnym domu.

Poligon w kuchni

Największe bitwy toczymy na terytorium kulinarnym. Kuchnia to moje królestwo – a przynajmniej tak mi się wydawało, zanim Jadwiga zaczęła swoje cotygodniowe najazdy. Lubię gotować. To mnie relaksuje. Eksperymentuję z przyprawami, kuchnią azjatycką, włoską. Tomek zawsze chwalił moje dania. Dopóki nie pojawia się ona. Około południa wchodzę do kuchni, by przygotować sałatkę na lunch. Jadwiga już tam jest. Przestawiła moje pojemniki z przyprawami, bo „tak jest logiczniej”, a na blacie stoi wielki garnek z tłustym rosołem.

– Zrobiłam zupkę – oznajmia triumfalnie. – Prawdziwą, na wołowinie, a nie te wasze trawy i kiełki. Tomek musi zjeść coś konkretnego, zobacz, jak mu koszula wisi.

– Mamo, ta koszula to oversize, ona ma tak leżeć – odzywa się nieśmiało Tomek, wchodząc do kuchni.

– Ty mi tu nie gadaj po angielsku, tylko siadaj i jedz.

Siadamy do stołu. Atmosfera jest gęsta, można by ją kroić nożem, którym Jadwiga właśnie nakłada wielkie porcje mięsa. Patrzę na swój talerz z niechęcią. Nie chodzi o to, że jej jedzenie jest niedobre. Jest po prostu symbolem jej kontroli.

– I jak, smakuje? – pyta, patrząc wyczekująco na syna.

– Pyszne, mamo – mówi Tomek z pełnymi ustami. Widzę, jak bardzo chce ją zadowolić.

– No widzisz – zwraca się do mnie. – Mężczyzna potrzebuje tradycji, Ewuniu. Tych twoich wynalazków to on może popróbować w restauracji raz na jakiś czas, ale dom to ma być dom. Zapach rosołu, schabowego. To buduje rodzinę.

Czuję, jak w środku wszystko we mnie kipi. Sugestia jest jasna: nie tworzę domu. Jestem tylko kobietą, z którą Tomek mieszka, ale „prawdziwy dom” przywozi w słoikach jego matka.

– Myślę, że dom buduje się miłością i szacunkiem, a nie tłuszczem zwierzęcym – wypalam, zanim zdążę ugryźć się w język.

Zapadła cisza. Tomek upuszcza widelec. Jadwiga mruży oczy.

– O, widzę, że mamy dzisiaj humorki – mówi lodowatym tonem. – Ja sobie żyły wypruwam, stoję przy garach od piątej rano, żeby wam pomóc, bo wy tacy zapracowani, karierowicze, a w zamian słyszę takie rzeczy. Niewdzięczność, Tomusiu, to straszna cecha.

I nagle to ja jestem tą złą. Tą, która atakuje biedną, starą matkę. Tomek kładzie rękę na moim ramieniu, ściskając je lekko. To sygnał: „Przestań, proszę”. Więc przestaję. Przełykam zupę, która smakuje jak porażka, i milczę.

Zrozumiałam, że tracę życie

Wszystko zmieniło się trzy tygodnie temu. To był ten moment, kiedy czara goryczy się przelała. Wróciliśmy z Tomkiem z kina w sobotni wieczór. Udało nam się wymknąć, bo Jadwiga oznajmiła, że zostanie w domu i „poprasuje nam koszule, bo wstyd tak chodzić”. Chcieliśmy po prostu pobyć sami, choć przez dwie godziny. Kiedy weszliśmy do mieszkania, coś było nie tak. W przedpokoju nie było moich butów tam, gdzie je zostawiłam. W salonie kanapa była przesunięta pod inną ścianę. Zamarłam. Weszłam do sypialni. Jadwiga stała na drabinie i zdejmowała nasze zasłony. Ale to nie był koniec. Na łóżku leżała nowa narzuta – pstrokata, w wielkie kwiaty, zupełnie niepasująca do naszego minimalistycznego wnętrza. A na komodzie… na naszej prywatnej komodzie, gdzie trzymamy zdjęcia i drobiazgi, stały porcelanowe figurki aniołków.

– Co tu się dzieje? – zapytałam, czując, jak trzęsą mi się ręce.

Jadwiga odwróciła się z uśmiechem.

– Niespodzianka! Zrobiłam wam małe przemeblowanie. Tamta kanapa blokowała przepływ energii, czytałam o tym w gazecie. A ta sypialnia była taka smutna, szara, jak w więzieniu. Kupiłam wam tę narzutę w promocji, prawda, że piękna? Od razu zrobiło się przytulniej.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. To była nasza sypialnia. Nasza najbardziej intymna przestrzeń. Ona weszła tu, dotykała naszej pościeli, przestawiała nasze rzeczy, narzucając swój gust i swoją wolę.

– Tomek… – szepnęłam, patrząc na męża.

On stał w progu, patrząc to na matkę, to na mnie. Widziałam panikę w jego oczach. Wiedział, że to poszło za daleko.

– Mamo, naprawdę, nie trzeba było… to nasza sypialnia – wyjąkał.

– Ależ synku, co ty gadasz! Przecież widzę, że wam czasu brakuje na urządzanie. Matka musi zadbać o gniazdko.

Wtedy pękłam. Nie krzyczałam. Mój głos był dziwnie spokojny, co chyba przeraziło ich bardziej niż awantura.

– Wynoś się – powiedziałam.

Jadwiga zamrugała.

– Słucham?

– Powiedziałam: wynoś się. Zostaw te zasłony, zabierz tę ohydną narzutę i wyjdź z mojego domu. Teraz.

Osunęłam się na podłogę

Jadwiga zeszła z drabiny powoli, z miną męczennicy prowadzonej na szafot.

– Tomku, słyszysz, jak ona się do mnie odzywa? W moim wieku… serce mi zaraz pęknie. Ja tylko chciałam pomóc!

Zaczęła łapać się za klatkę piersiową, co było jej stałym numerem popisowym, gdy sytuacja wymykała się spod kontroli. Zazwyczaj w tym momencie Tomek biegł po wodę i kazał mi przepraszać. Ale tym razem stałam niewzruszona.

– Nie, mamo – powiedział nagle Tomek. Jego głos był twardy, co zaskoczyło mnie tak samo jak Jadwigę. – Ewa ma rację. Przesadziłaś. To jest nasz dom, nasza sypialnia. Nie możesz wchodzić tu i zmieniać wszystkiego według własnego widzimisię. Proszę, spakuj się. Odwiozę cię.

Jadwiga zamarła. To był pierwszy raz w historii, kiedy jej syn stanął przeciwko niej w tak otwarty sposób. Jej twarz zmieniła się z cierpiącej w furię.

– Wybierasz ją? Tę… tę histeryczkę, zamiast własnej matki? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?

– To moja żona, mamo. I to jest mój dom. Proszę, wyjdź. Tak będzie lepiej.

To był najdłuższy wieczór w moim życiu. Jadwiga pakowała się, trzaskając drzwiczkami, rzucając uwagi o tym, jak bardzo się zawiodła i że „jeszcze przyjdziemy do niej z płaczem”. Kiedy drzwi wreszcie się za nią zamknęły, a silnik samochodu ucichł (Tomek zamówił jej taksówkę, nie był w stanie z nią jechać), osunęłam się na podłogę w przedpokoju i rozpłakałam. Nie były to łzy smutku, ale ulgi i gigantycznego napięcia, które zeszło ze mnie po miesiącach duszenia emocji. Tomek usiadł obok mnie. Nie mówiliśmy nic przez długi czas. Po prostu siedzieliśmy na podłodze, trzymając się za ręce.

Krajobraz po bitwie

Od tamtej soboty minęły trzy tygodnie. Jadwiga się nie odzywa. Tomek dzwonił do niej raz, żeby zapytać o zdrowie, ale rozmowa była krótka i formalna. Wiem, że ona czeka, aż przyjdziemy i będziemy błagać o wybaczenie. Czeka, aż „zmądrzejemy”. Ale tym razem to się nie stanie. Nasze weekendy są teraz puste. Dziwnie ciche. W pierwszą sobotę po awanturze budziłam się co godzinę, nasłuchując dzwonka do drzwi. Ale nikt nie przyszedł. Zjedliśmy śniadanie o 11:00, w łóżku. Okruszki na pościeli nikomu nie przeszkadzały. Firanki wciąż są w kolorze ecru.

Wiem, że to nie koniec. Jadwiga nie odpuści tak łatwo. Jestem pewna, że obmyśla nową strategię – może uderzy w nutę choroby, może zacznie nastawiać przeciwko nam dalszą rodzinę. Już słyszałam od kuzynki, że „wyrzuciliśmy chorą matkę na bruk w środku nocy”. Plotki się szerzą. Ale coś się zmieniło we mnie i w Tomku. Tamtego wieczoru, kiedy zobaczyłam te porcelanowe aniołki na naszej komodzie, zrozumiałam, że walczę o coś więcej niż tylko o spokój w weekendy. Walczę o naszą tożsamość jako pary. O to, żebyśmy byli dorośli. Tomek wciąż ma wyrzuty sumienia. Widzę to. Czasem wzdycha ciężko, patrząc na telefon. Jest dobrym człowiekiem i kocha swoją matkę, a ona doskonale wie, jak grać na tych uczuciach. Czeka nas długa droga i pewnie terapia, żeby on zrozumiał, że stawianie granic to nie jest zdrada. Jednak wczoraj, kiedy wracaliśmy z pracy, Tomek zatrzymał się przed kwiaciarnią. Kupił mi bukiet tulipanów.

– To za co? – zapytałam.

– Za to, że wytrzymałaś. I że pomogłaś mi dorosnąć – powiedział.

Na razie cieszę się ciszą. Cieszę się moją „szarą” sypialnią i kuchnią, w której gotuję to, na co mam ochotę. Wiem, że teściowa wróci. Ale następnym razem drzwi będą zamknięte. A klucz, który kiedyś jej dał Tomek „na wszelki wypadek”, leży teraz głęboko w mojej szufladzie. I tam pozostanie. To moje życie, mój dom i mój mąż. I nie oddam tego walkowerem żadnej kobiecie, nawet jeśli ta kobieta go urodziła. Nauczyłam się, że w małżeństwie jest miejsce tylko dla dwóch osób. Każda dodatkowa to tłum.

Ewa, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama