Reklama

Czasem mam wrażenie, że moja teściowa mogłaby być główną bohaterką dramatu. Uśmiechnięta, starannie umalowana, pachnąca najnowszymi perfumami, ale wystarczy, że się odezwie, a człowiek ma ochotę wypić melisę na uspokojenie. Nie muszę dodawać, że mam z nią stosunki… powiedzmy, napięte. I nie dlatego, że kiedyś się pokłóciłyśmy o pierogi czy coś w tym stylu. Nie, to byłoby za proste. Nasza relacja to taki nieustanny sparing. Ona – elegantka w futrze z lisów, ja – lumpeksowa królowa stylu, która z jednej zniszczonej koszuli zrobi sukienkę i szalik. A że ostatnio trafiła mi się taka perełka, że aż się jej oko zbielało z zazdrości? Cóż… czasem karma wraca.

Starałam się być miła

– Gdzie ty kupiłaś ten sweterek? – zapytała teściowa, z tym swoim uśmieszkiem.

– Wiesz co, w takim butiku cyrkularnym na rogu, jeśli wiesz, co mam na myśli – odpowiedziałam miłym tonem.

– Ach, czyli lumpeks – rzuciła z westchnieniem.

Przy stole siedział mój mąż i robił wszystko, żeby wtopić się w krzesło. Kto by chciał być pomiędzy dwoma kobietami, które tylko czekają, by wbić sobie szpilę?

– Tak, a twój sweter, mamo, przypadkiem nie ten sam, który reklamowali dwa sezony temu? – zapytałam słodko.

Nie każdy umie docenić klasykę. Jedni gonią za modą, inni ją tworzą – odpowiedziała, upijając łyk herbaty z filiżanki.

– A ja tam wolę upolować coś z duszą – odparłam. – I jak się dobrze poszpera, to się znajdzie prawdziwe skarby. Nawet takie, że… no cóż. Nie każdy oko ma, żeby je docenić.

– O, dziecko, jak ci to służy – powiedziała. – Czasem warto zejść do piwnicy, żeby docenić salon.

– A czasem warto zejść z piedestału – odpowiedziałam. – Żeby nie spaść z hukiem.

Byłam z siebie dumna

Zawsze powtarzam – jeśli ktoś nie był w lumpeksie w dniu dostawy, nie zna prawdziwego życia. Tłum kobiet z wyostrzonym wzrokiem, łokcie w ruchu, adrenalina większa niż na wyprzedażach.

– Odsuń się, kochanieńka, to moje! – syknęła jakaś starsza pani, wyrywając mi z ręki pasiasty sweter.

– Ależ oczywiście, proszę się częstować – uśmiechnęłam się. – Tylko guzika brakuje i pachnie jak piwnica z lat 90.

Odsunęła się zawstydzona, a ja zanurkowałam głębiej. I wtedy zobaczyłam płaszcz. Wełniany. Granatowy, z szerokimi klapami i podszewką w groszki. W idealnym stanie, z metką. I nazwisko projektanta, które znałam tylko z internetu.

– Przepraszam, czy pani to odkłada? – zapytała jakaś młoda dziewczyna, pokazując na płaszcz w mojej dłoni.

– Nie, skarbie. Biorę to – odpowiedziałam. – Prawdziwa miłość zdarza się tylko raz.

Z bijącym sercem pobiegłam do kasy. Dziewczyna za ladą spojrzała na metkę i na mnie.

– Wie pani, że to kosztuje dziewięć pięćdziesiąt?

– Wiem – uśmiechnęłam się triumfalnie. – Czasem życie potrafi być sprawiedliwe.

Wróciłam do domu jak rycerz po wygranej bitwie. Powiesiłam płaszcz w przedpokoju, zaparzyłam herbatę i… wtedy zadzwonił dzwonek. A w drzwiach – wiadomo kto. Teściowa.

– O, kogo moje oczy widzą. I co to za nowy ciuch? – zapytała, patrząc na płaszcz.

– A, nic takiego. Taka tam zdobycz. Z lumpeksu – dodałam, widząc, jak jej brew lekko drga.

Powiedziałam z błyskiem w oku

– Z lumpeksu? – powtórzyła teściowa, podchodząc bliżej i dotykając rękawa płaszcza, jakby nie wierzyła, własnym oczom. – Ale to wełna. I to nie byle jaka…

– A no – kiwnęłam głową. – I nawet podszewka oryginalna. Wzór w groszki, ręczne przeszycia.

Patrzyła na mnie tym wzrokiem, który zwykle rezerwowała dla fryzjerki, która śmiała jej skrócić grzywkę o pół centymetra za bardzo.

– I ty to kupiłaś... wśród śmieci? – zapytała, jakby właśnie dowiedziała się, że jem z podłogi.

– Wśród skarbów – poprawiłam. – Trzeba tylko umieć szukać. I mieć oko.

Zrobiła krok do tyłu i wpadła na mój stojak na parasolki. Prawie się wywróciła, ale złapała się regału. Oczywiście udawała, że wszystko pod kontrolą.

– To… to musi być podróbka – rzuciła, ale już bez przekonania.

– O, a tu się mylisz – powiedziałam z błyskiem w oku. – Sprawdziłam metkę. A potem jeszcze porównałam z katalogiem na stronie producenta. I wiesz co? To limitowana kolekcja. Sprzedawali tylko w Paryżu.

Jej twarz zmieniała kolory – najpierw lekko zaróżowiała, potem przeszła w blady beż, a na końcu... biel. Dosłownie. Jakby ktoś odciął dopływ krwi.

– Chcesz przymierzyć? – zaproponowałam z uśmiechem.

– Ja? Nie. Mam przecież pełną szafę porządnych ubrań – wypowiedziała szybko.

I wtedy wiedziałam, że trafiłam ją w czuły punkt.

Utarłam jej nosa

Po tym, jak o mało nie zemdlała od samego widoku płaszcza, zrobiła się jakaś taka... cichsza. Niby dalej uśmiechnięta, ale już bez tego charakterystycznego „pazura”. Chyba próbowała sobie jakoś w głowie poukładać, że lumpeks może być luksusem.

A ile zapłaciłaś za to... cudo? – zapytała po chwili, jakby sama nie wierzyła, że w ogóle wypowiada te słowa.

– Dziewięć złotych i pięćdziesiąt groszy – odpowiedziałam, parząc herbatę. – Bez rabatu, wyobrażasz sobie?

– Dziewięć… – zamrugała – za płaszcz? – Roześmiała się, ale ten śmiech był jak echo w pustym kościele. – To już chyba bluza w dyskoncie więcej kosztuje.

– I nie ma podszewki z jedwabiu – podsunęłam jej kubek. – Z cukrem czy bez? Wiem, że nie lubisz gorzkiej prawdy.

Zamieszała herbatę i spojrzała na mnie z czymś na kształt… szacunku? Albo przynajmniej uznania, że potrafię ją zagiąć bez jednego przekleństwa.

– A ty to skąd tak się znasz na tych… ciuchach? – zapytała ostrożnie.

– Lubię wiedzieć, w czym chodzę – odpowiedziałam. – Moda to też sztuka, tylko trzeba umieć ją czytać. Ty masz galerie, ja mam wieszaki w lumpeksie.

– Ale to... nie wygląda jak z lumpeksu – powiedziała, jakby się sama ze sobą kłóciła.

– Bo nie wszystko, co tanie, jest tanie z wyglądu. Niektóre rzeczy po prostu trafiają na odpowiednie osoby. A niektóre... do nieodpowiednich szaf – uśmiechnęłam się.

Zamilkła. Nie było już riposty.

Zrobiłam wrażenie

Dwa dni później miałam rodzinny obiad u kuzynki. Wiedziałam, że będzie i moja ukochana teściowa. Idealna okazja, żeby wyprowadzić z szafy granatową armatę.

Wyglądasz... zjawiskowo – powiedziała kuzynka, jak tylko weszłam.

– Dziękuję, świeży nabytek – odparłam. – Trochę paryski szyk, trochę taniec w second-handzie.

W przedpokoju stała teściowa. Miała na sobie coś, co bez wątpienia miało być eleganckie. Tylko że materiał się błyszczał, szwy uciekały, a guzik przy kołnierzyku ledwo trzymał się życia.

– Dzień dobry – powiedziałam z niewinnym uśmiechem, zsuwając płaszcz z ramion z taką gracją, jakbym to robiła na pokazie mody. – Trochę gorąco, prawda?

Wszyscy zamilkli. Płaszcz zrobił wrażenie.

– Piękny! – zachwyciła się ciocia. – Gdzie ty to kupiłaś?

Zanim zdążyłam otworzyć usta, moja teściowa rzuciła:

– W butiku. W Paryżu. Dagmara ma... kontakty.

Spojrzałam na nią. Serio? Paryż? Kontakty?

– Prawie się zgadza – powiedziałam, nie spuszczając z niej wzroku. – Tylko że to był lumpeks.

Zapanowała cisza. A potem – śmiech.

– No to szacun! – rzucił kuzyn. – Wygląda na minimum tysiaka!

Teściowa zacisnęła usta. A potem – najcichszym głosem świata – powiedziała:

– No, nie powiem… trafiła ci się perełka.

– Czasem wystarczy dobrze patrzeć, a nie tylko oceniać – odpowiedziałam.

Patrzyłam na nią podejrzliwie

Od tego obiadu coś się zmieniło. Nie wiem, czy to był płaszcz, czy po prostu fakt, że w końcu ją przebiłam. Teściowa… złagodniała. Oczywiście nie przestała być sobą – dalej miała swoje złośliwe komentarze, ale już nie tak ostre. Nie wbijała ich w kręgosłup, tylko raczej... kłuła w łydkę, jak komar, który nie wie, że lato się kończy.

– Może byśmy kiedyś razem... poszły na te twoje łowy? – zapytała kilka dni później, przy herbacie.

O mało nie wyplułam herbatnika.

– Ty? Do lumpeksu?

– Właśnie. Chcę zobaczyć, jak to wygląda. Może coś się nauczę – wzruszyła ramionami, jakby to było coś najnormalniejszego na świecie.

Patrzyłam na nią podejrzliwie. Czyżby planowała przejęcie mojego terytorium? A może... może naprawdę zaczęła rozumieć, że wartość to nie tylko metka?

– Dobrze. Ale uprzedzam, nie ma zmiłuj się. Która pierwszy dorwie markowy sweter, ta go bierze.

– A co jeśli będę szybsza? – uśmiechnęła się kąśliwie.

– To ci go wyrwę z ręki, zanim zdążysz się obejrzeć – odpowiedziałam i obie zaczęłyśmy się śmiać.

Nie wiem, czy się lubimy. Jednak od tej chwili patrzyła na mnie inaczej. Już nie jak na wieśniarę w tanim swetrze, ale jak na przeciwniczkę, której lepiej nie lekceważyć. I bardzo dobrze. Niech wie, że królowa z lumpeksu nosi koronę.

Dagmara, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama