„Teściowa tuż przed ślubem wręczyła mi kopertę wstydu. Kłamałem żonie prosto w oczy, bo bałem się, że grzeszki wyjdą na jaw”
„Kochałem Anię do szaleństwa. Była dla mnie wszystkim. Uosobieniem dobra, szczerości i jasnego spojrzenia na świat, którego ja, wychowany w blokowiskach i wiecznym niedoborze, nigdy nie miałem. Ania pochodziła z dobrego domu, ale chciałem być tym facetem, który zapewni jej bezpieczeństwo”.

- Redakcja
Patrzę na moją żonę, która z uśmiechem układa świeże kwiaty w wazonie na stole w jadalni, i czuję, jak żołądek zaciska mi się w supeł. Ania myśli, że wszystko, co mamy – nasz spokój, brak długów na starcie, naszą stabilizację – zawdzięczamy wyłącznie mojej zaradności i naszej wspólnej ciężkiej pracy. Nie ma pojęcia, że fundament naszego małżeństwa został wylany na kłamstwie, a ja sprzedałem swoją dumę i niezależność za grubą, szarą kopertę od jej matki na tydzień przed tym, jak powiedzieliśmy sobie „tak” przed ołtarzem. To sekret, który zjada mnie od środka każdego dnia, zwłaszcza gdy widzę ten triumfalny błysk w oku teściowej podczas niedzielnych obiadów.
Jej obiady miały smak zdrady
Atmosfera przy stole była gęsta, choć dla postronnego obserwatora wszystko wyglądało idealnie. Porcelana brzęczała cicho przy każdym ruchu widelca, a zapach pieczonej kaczki z jabłkami wypełniał salon w domu moich teściów. Barbara, moja teściowa, siedziała u szczytu stołu niczym królowa na tronie, obserwując nas swoim przenikliwym wzrokiem.
– I jak tam, Tomasz? – zapytała, krojąc mięso z chirurgiczną precyzją. – Słyszałam, że planujecie wymianę samochodu. Czy to rozsądne w obecnych czasach?
Zacisnąłem dłoń na serwetce pod stołem. Wiedziałem, do czego zmierza. To nie było zwykłe pytanie. To było przypomnienie. Subtelne szarpnięcie smyczy, na której mnie trzymała od trzech lat.
– Mamy wszystko policzone, mamo – wtrąciła się Ania, uśmiechając się do niej promiennie. Moja żona zawsze widziała w matce jedynie troskę, czasem nadmierną, ale jednak troskę. Nie dostrzegała tej drugiej warstwy, tej zimnej kalkulacji. – Tomek dostał premię, a stary model już ledwo zipie.
Barbara przeniosła wzrok na mnie. W jej oczach nie było ciepła. Był tam tylko chłodny komunikat: „Pamiętaj, komu zawdzięczasz to, że w ogóle tu siedzisz”.
– Premię powiadasz... – mruknęła, biorąc łyk wody. – Dobrze, że potrafisz zarządzać finansami. Teraz.
To „teraz” zawisło w powietrzu jak ciężka chmura burzowa. Tylko ja wiedziałem, co oznaczało. Ania zaśmiała się beztrosko, nakładając sobie sałatki, a ja poczułem, jak kęs kaczki rośnie mi w gardle. Wspomnienia wróciły z siłą wodospadu. Cofnąłem się w myślach do tamtego parnego popołudnia, kiedy moja godność została wyceniona i sprzedana.
Zostałem sam z długiem
Trzy lata temu byłem w zupełnie innym miejscu. Kochałem Anię do szaleństwa. Była dla mnie wszystkim – uosobieniem dobra, szczerości i takiego jasnego spojrzenia na świat, którego ja, wychowany w blokowiskach i wiecznym niedoborze, nigdy nie miałem. Ania pochodziła z tak zwanego „dobrego domu”. Jej rodzice, szanowani prawnicy, zapewnili jej start, o jakim ja mogłem tylko marzyć. Mimo to, chciałem jej dorównać. Chciałem być tym facetem, który zapewni jej bezpieczeństwo.
Dlatego, zamiast szukać bezpiecznego etatu, zaryzykowałem. Wszedłem w spółkę z dawnym kolegą ze studiów, Kamilem. Mieliśmy importować meble biurowe z zagranicy. Biznesplan wyglądał solidnie, marże były obiecujące. Zainwestowałem wszystkie oszczędności, a co gorsza – wziąłem potężną pożyczkę, której nie konsultowałem z Anią. Chciałem zrobić jej niespodziankę. Chciałem przyjść przed ślubem i powiedzieć: „Kochanie, kupujemy mieszkanie za gotówkę”. Niestety, życie napisało inny scenariusz. Kamil zniknął. Rozpłynął się w powietrzu razem z pieniędzmi moimi i banku. Zostałem sam, z długiem, który przekraczał moje możliwości spłaty przez najbliższe dziesięć lat, i z firmą-wydmuszką.
Pamiętam ten dzień, tydzień przed ślubem. Siedziałem w wynajmowanej kawalerce, patrząc na wezwania do zapłaty. Serce waliło mi jak młot. Wiedziałem, że jeśli powiem Ani, ona pewnie by zrozumiała. Pomogłaby mi. Ale jej rodzice? Jej ojciec by mnie zniszczył, a Barbara... Barbara by dopilnowała, żeby do ślubu nie doszło. Byłem dla nich i tak „chłopakiem z nizin”, mezaliansem, który tolerowali tylko ze względu na upór córki. Bankructwo przed ślubem byłoby gwoździem do trumny tego związku. I wtedy zadzwonił telefon. Wyświetliło się imię: „Barbara”.
Spotkanie w cztery oczy
Zaprosiła mnie do swojego gabinetu w centrum miasta. Wnętrze było onieśmielające – ciężkie dębowe meble, rzędy oprawionych w skórę kodeksów, zapach drogich perfum i starego papieru. Barbara siedziała za biurkiem, nie wstając na powitanie. Wskazała mi krzesło.
– Wiem o wszystkim, Tomasz – powiedziała prosto z mostu, nie bawiąc się w uprzejmości.
Zamarłem. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Nie wiem, o czym pani mówi – spróbowałem zaprzeczyć, ale głos mi zadrżał.
Barbara westchnęła z irytacją, jakby rozmawiała z niesfornym dzieckiem. Wyciągnęła z szuflady teczkę i rzuciła ją przed siebie. Otworzyła się, ukazując raport. Było tam wszystko. Moje zadłużenie, ucieczka wspólnika, wezwania do zapłaty. Wynajęła detektywa. Sprawdziła mnie na wylot.
– Myślisz, że pozwolę mojej jedynej córce wyjść za bankruta? Za kłamcę, który ukrywa przed nią fakt, że pociągnie ją na dno finansowe jeszcze przed miesiącem miodowym? – Jej głos był cichy, ale ciął jak bicz.
– Kocham Anię – wykrztusiłem. – Spłacę to. Znajdę sposób.
– Nie znajdziesz – przerwała mi brutalnie. – Komornik wejdzie ci na pensję w przyszłym miesiącu. Ania dowie się w najgorszy możliwy sposób. Zrujnujesz jej marzenia o stabilnym domu. Zniszczysz jej zaufanie. A ja na to nie pozwolę.
Zapadła cisza. Słyszałem tylko tykanie zegara. Czułem się mały, obnażony i bezradny.
– Więc co pani chce zrobić? Powiedzieć jej? Odwołać ślub? – zapytałem, godząc się z porażką.
Barbara uśmiechnęła się. To nie był miły uśmiech. Sięgnęła do torebki stojącej na podłodze i wyjęła z niej grubą, brązową kopertę. Położyła ją na teczce z raportem o moich długach.
– Tu jest wystarczająco dużo, żeby spłacić twoje zobowiązania. Całość. Plus mała nadwyżka na „dobry start”, żebyś mógł udawać, że twoja firma jednak przyniosła jakiś zysk – powiedziała rzeczowo.
Patrzyłem na kopertę jak zahipnotyzowany. To było rozwiązanie moich wszystkich problemów. Ratunek.
– Czego pani chce w zamian? – zapytałem szeptem.
– Spokoju mojej córki – odparła natychmiast. – Ania ma nigdy, powtarzam, nigdy nie dowiedzieć się o twojej porażce ani o tym, skąd masz pieniądze. Dla niej masz być zaradnym mężem. Ale pamiętaj, Tomasz... – pochyliła się w moją stronę. – Biorąc te pieniądze, zawierasz ze mną pakt. Od tej pory jesteś pod moją opieką, ale też pod moją kontrolą. Jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzisz albo spróbujesz odciąć ją od nas, zniszczę cię tymi papierami. Mam kopie.
Wziąłem kopertę. Była ciężka. Czułem, jak parzy mnie w dłonie. W tamtej chwili sprzedałem swoją niezależność, by ratować twarz i miłość. A może tylko swój wizerunek? Do dziś zadaję sobie to pytanie.
Fałszywy uśmiech przy ołtarzu
Ślub był bajkowy. Ania wyglądała zjawiskowo w białej sukni, z koronkowym welonem ciągnącym się po posadzce kościoła. Kiedy składałem przysięgę, patrząc jej głęboko w oczy, czułem, jak gardło ściska mi żelazna obręcz kłamstwa.
– Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską... – mówiłem, a w głowie huczało mi słowo „uczciwość”. Jak mogłem mówić o uczciwości, mając w kieszeni potwierdzenie przelewu, który wyczyścił moje długi pieniędzmi jej matki?
Podczas wesela Barbara tańczyła ze mną. Dla gości wyglądało to na taniec kochającej teściowej z nowym zięciem.
– Nie potknij się, synku – szepnęła mi do ucha, kiedy orkiestra grała walca. – Teraz musisz trzymać pion.
Czułem jej dłoń na moim ramieniu. Była ciężka, władcza. Uśmiechałem się do zdjęć, bawiłem się z gośćmi, wznosiłem toasty sokiem, ale w środku czułem się jak oszust, który wślizgnął się na salony tylnymi drzwiami. Ania była tak szczęśliwa, tak dumna, że „poradziłem sobie z problemami w firmie”. Każde jej słowo uznania było dla mnie jak policzek.
Życie na kredyt zaufania
Mijały miesiące, a potem lata. Znalazłem dobrą pracę w korporacji, zacząłem zarabiać uczciwe, solidne pieniądze. Teoretycznie mogłem oddać Barbarze ten dług. Nawet próbowałem raz, rok po ślubie. Pojechałem do niej z gotówką, którą mozolnie odkładałem. Zaśmiała się, nawet nie patrząc na pieniądze.
– Nie bądź śmieszny, Tomasz. Tu nie chodzi o zwrot pożyczki. Myślisz, że możesz się wykupić? To był prezent. A prezentów się nie oddaje. Poza tym, co powiesz Ani? Skąd nagle wypływa taka suma? Że odkładałeś w tajemnicy przed nią, zamiast inwestować we wspólne konto? Znowu będziesz kłamał?
Zrozumiałem wtedy, że wpadłem w pułapkę doskonałą. Oddanie pieniędzy wymagałoby ujawnienia prawdy Ani. A prawda zniszczyłaby jej obraz mnie i jej matki. Barbara o tym wiedziała. Jej wpływy zaczęły się ujawniać w drobnych sprawach. Kiedy chcieliśmy spędzić święta w górach, tylko we dwoje, Barbara zadzwoniła do mnie.
– Tomasz, myślę, że powinniście zostać w tym roku u nas. Ciotka Klara przyjeżdża, dawno nie widziała Ani. Przekonaj żonę.
– Ale Ania marzy o tym wyjeździe od miesięcy – oponowałem słabo.
– Przekonaj ją – powtórzyła twardo. – Nie chcę jej smucić odmawianiem, ty to zrobisz. Wymyśl coś. Może... nagły projekt w pracy?
I wymyślałem. Kłamałem żonie prosto w oczy, że szef cofnął mi urlop, że musimy zostać. Widziałem jej rozczarowanie, a potem wdzięczność, gdy mówiła: „Dobrze, że chociaż z rodzicami możemy spędzić ten czas, skoro praca cię tak dociska”. Nienawidziłem siebie za to. Stałem się marionetką w rękach teściowej, która pociągała za sznurki, kiedy tylko miała na to ochotę.
Decydujące starcie
Wróćmy do teraźniejszości, do tego niedzielnego obiadu. Kiedy Ania i jej ojciec przeszli do salonu oglądać albumy ze zdjęciami, zostałem z Barbarą w kuchni, pomagając jej sprzątać.
– Słyszałam, że oglądaliście domy na przedmieściach – powiedziała, nie patrząc na mnie, wycierając talerz.
– Tak. Chcemy więcej przestrzeni. Może ogród dla przyszłych dzieci – odpowiedziałem, starając się brzmieć pewnie.
– To zły pomysł – ucięła krótko. – Za daleko. Nie będę dojeżdżać godzinę w korkach, żeby zobaczyć wnuki.
– To nasza decyzja, Barbaro – powiedziałem, czując przypływ buntu. – To nasze życie.
– Twoje życie? – odwróciła się gwałtownie, a talerz stuknął o blat. – Twoje życie, mój drogi, jest takie wygodne, bo ja za nie zapłaciłam. Zapomniałeś?
– Nie zapomniałem, ale minęły trzy lata. Jesteśmy szczęśliwi. Nie możesz wiecznie tego wykorzystywać.
– Mogę i będę, dopóki uznam to za stosowne dla dobra mojej córki. Oglądałam piękny apartament dwie ulice stąd. Deweloper to mój znajomy. Kupicie tam.
– Nie stać nas na apartament w tej dzielnicy.
– O to się nie martw. „Znajdziesz” środki. Albo ja znowu pomogę, a ty będziesz wdzięczny. Ania będzie zachwycona, że mieszkacie blisko mamusi. Prawda?
Zacisnąłem pięści tak mocno, że zbielały mi knykcie. Czułem, jak gotuje się we mnie krew. Chciałem krzyczeć. Chciałem rzucić jej w twarz, że mam to gdzieś, że powiem Ani prawdę, ale wtedy do kuchni weszła Ania.
– O czym tak dyskutujecie? – zapytała wesoło, obejmując mnie w pasie.
Poczułem ciepło jej ciała, zapach jej włosów. Spojrzałem na jej ufną twarz. Gdyby dowiedziała się teraz, że jej mąż jest kłamcą, a jej matka manipulatorką, jej świat by runął. Nie mogłem jej tego zrobić. Jeszcze nie teraz.
– Mama... mama właśnie podsunęła mi świetny pomysł na inwestycję – wykrztusiłem, czując smak żółci w ustach. – Mówiła o apartamentach niedaleko stąd.
Oczy Barbary błysnęły triumfem.
– Naprawdę? – Ania spojrzała na matkę z zaskoczeniem. – Myślałam, że wolisz dom z ogrodem.
– Może... może lokalizacja jest ważniejsza. Bliskość rodziny – dodałem, unikając jej wzroku.
Zakładam maskę idealnego męża
Wracaliśmy do domu w milczeniu. Ania była zamyślona, chyba wyczuwała, że coś jest nie tak, ale zrzuciła to na karb zmęczenia po obiedzie. Ja prowadziłem samochód, patrząc na migające światła miasta, i zastanawiałem się, jak długo jeszcze dam radę tak żyć. Każdy dzień to gra aktorska. Każdy sukces w pracy dedykuję w myślach temu, by kiedyś mieć siłę, by się postawić. Ale prawda jest taka, że pieniądze od teściowej uratowały mnie przed dnem, jednocześnie wpychając mnie w inną, złotą klatkę. Kiedy wieczorem leżeliśmy w łóżku, Ania przytuliła się do moich pleców.
– Jesteś najlepszym, co mnie spotkało, wiesz? – szepnęła. – Cieszę się, że jesteś taki... niezależny. Że nie jesteś jak ci faceci sterowani przez innych.
Łzy napłynęły mi do oczu w ciemności sypialni.
– Śpij, kochanie – odpowiedziałem tylko, bo każde inne słowo byłoby kolejnym kłamstwem.
Nie wiem, jak to się skończy. Może kiedyś pęknę i wyznam wszystko, ryzykując rozwód. A może do końca życia będę tańczył tak, jak zagra mi teściowa, byle tylko utrzymać ten iluzoryczny spokój. Na razie jednak wstaję każdego ranka, zakładam maskę idealnego męża i udaję, że gruba koperta sprzed lat nie parzy mnie w sumienie. Ale wiem jedno – nic na tym świecie nie jest za darmo. A cena, którą płacę za tamtą „pomoc”, rośnie z każdym dniem.
Tomasz, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłem zły na siostrę, że muszę sam opiekować się starszą mamą. Stać ją było tylko na dobre słowo na odległość”
- „Mój syn bał się chodzić do szkoły przez jedną osobę. Jego nauczycielka matematyki powinna brać korepetycje z empatii”
- „W dniu ślubu myślałem, że jestem szczęściarzem. Teraz nasz dom wygląda jak magazyn pełen drogich torebek i perfum żony”