Reklama

Kiedy wychodziłam za mąż, wiedziałam, że biorę ślub nie tylko z mężczyzną, ale też – siłą rzeczy – z całą jego rodziną. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że największym wyzwaniem nie będzie kredyt hipoteczny, niebrudzące się garnki, ani nawet nocne pobudki z dzieckiem, tylko codzienna obecność „mamy” – zaśmiałabym się w głos. I pewnie jeszcze dorzuciła coś w stylu „przesadzasz, przecież to miła kobieta”.

Długo się powstrzymywałam. Serio. Ale przyszedł taki dzień, kiedy zmiotłam ze stołu jej porcelanową iluzję i zasugerowałam, że może to już pora, by zadbać o swój komfort – najlepiej w jakimś cichym miejscu, gdzie są całodobowe pielęgniarki i szarlotka na podwieczorek. Tylko że mama, jak to mama – wcale nie była gotowa zejść ze sceny.

Spokojniejsze miejsce dla mamusi

– Celinka, czy ty naprawdę nie masz nic przeciwko, że wstawiłam te firanki do prania? – zapytała, ledwie przekroczyłam próg kuchni.

Zamarłam w pół kroku. Firanki? Moje? Te z haftem, które wybrałam z katalogu?

– Mamo, przecież dopiero co je prałam – powiedziałam najspokojniej, jak potrafiłam, ale już czułam, jak mi skacze ciśnienie.

– Ach, wiesz, takie były... no... szare. Pomyślałam, że może po moim proszku będą bardziej świeże. I ten zapach... – uśmiechnęła się promiennie, stawiając na stół kubek z parującą kawą. – Dolałam ci śmietanki, jak lubisz.

Usiadłam powoli. Wzięłam łyk. Była przesłodzona.

– Mamo, mówiłam, że od dwóch miesięcy nie piję słodkiego – westchnęłam. – I firanki to chyba jednak moja sprawa?

– Twoja, twoja, oczywiście! – roześmiała się lekko nerwowo. – Ale ja tylko chciałam pomóc. W tym domu wszystko się sypie. Kurz leży pod kaloryferem, okna nieumyte, a te kafelki w łazience... no nie wiem, Celinko, może nie zauważyłaś?

Zacięłam zęby. To był ten moment. Powinnam się ugryźć w język, powinnam...

– Może to po prostu znak, że potrzebujesz zmiany – powiedziałam z niewinnym uśmiechem. – Może jakieś spokojne miejsce z opieką, ciepłymi posiłkami i czystymi firankami?

Słucham?! – wybuchnęła. – Ty mnie chcesz oddać do domu starców?!

– Ja nic nie mówię, mamo – wzruszyłam ramionami. – Ale skoro wszystko ci tu przeszkadza...

Jej oczy się rozszerzyły. W kuchni zrobiło się cicho jak nigdy.

Żadna nie dawała za wygraną

– To ty naprawdę tak myślisz? – spytała lodowatym tonem, odkładając łyżeczkę na spodek z głośnym stuknięciem. – Że jestem zbędna? Ciężarem?

– Mamo, nie przekręcaj moich słów – westchnęłam, czując jak powoli oblewa mnie fala frustracji. – Ja tylko sugeruję, że może za bardzo się angażujesz.

– Angażuję?! – parsknęła. – To się nazywa dbałość! Dbanie o dom, o rodzinę. Coś, czego, wybacz, ale chyba ci brakuje, Celino.

Zamrugałam, jakby właśnie dała mi policzek.

– Czyli nie jestem dobrą gospodynią? – zapytałam już bez emocji.

– Kochanie, ja tylko stwierdzam fakty. Tu nie chodzi o złośliwość – mówiła tonem kaznodziei. – Dom powinien błyszczeć. Obiad o piętnastej. Skarpetki posegregowane według koloru.

– A może jeszcze powinnam kroić kanapki pod kątem czterdziestu pięciu stopni i śpiewać do rosołu „Ave Maria”?

– Nie musisz być ironiczna. Po prostu, gdybyś lepiej zarządzała domem, to może mój syn nie wychodziłby na pizze co drugi dzień.

Oho. Czyli teraz to też moja wina.

– Mój mąż, mamo. Twój syn. I zapewniam cię, że wychodzi na pizzę, bo chce mieć chwilę ciszy, a nie dlatego, że ziemniaki są za mało posolone.

– Ha! Czyli się przyznałaś, że nie umiesz gotować – wypaliła z satysfakcją.

Wstałam od stołu. Powoli. Uważnie.

– Wiesz co, mamo? Właśnie utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że katalogi domów spokojnej starości powinnam zacząć przeglądać już dzisiaj.

Z ofensywy w defensywę

– Tylko spróbuj! – uniosła głos, aż kot zeskoczył z parapetu. – Ja się poświęcam, ja tu siedzę, bo chcę wam pomóc, a ty mnie pakujesz do jakiegoś przytułku?

Mamo, to nie przytułek. To dom spokojnej starości. Z ogródkiem, opieką medyczną i zajęciami plastycznymi. Sama mówiłaś, że marzysz o malowaniu – odparłam chłodno, zbierając brudne talerze ze stołu.

– Ty... ty... ty mnie chyba naprawdę nienawidzisz! – rzuciła teatralnie, podnosząc ręce do nieba. – Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?!

– Mhm. Czyli po tym, jak przestawiasz mi rzeczy w kuchni, poprawiasz pranie i sypiesz krytyką do porannej kawy? Wiesz, mamo, Freud by się ucieszył.

– Nie mów do mnie tym tonem, młoda damo! – warknęła, wstając z krzesła. – Gdyby nie ja, to ten dom dawno by zarósł kurzem!

– No tak, zapomniałam, że to ty kupiłaś mieszkanie, urządziłaś kuchnię i wybrałaś kafelki. Nie, czekaj... to byłam ja – odpowiedziałam, uśmiechając się słodko.

Twój mąż cię zostawi, jak nic się nie zmieni! On nie po to się żenił, żeby jeść mrożone klopsiki i oglądać twoje pranie rozwieszone w salonie!

– W takim razie może pojedziemy tam razem. Ty do tego domku z malowaniem, ja na terapię. Albo jeszcze lepiej – wymienimy się. Ty zostaniesz żoną, ja matką – syknęłam, otwierając zmywarkę.

Zamilkła. Na chwilę. Tylko na chwilę.

– Celina... – zaczęła innym tonem. – A gdybym się trochę wycofała? Tak... delikatnie?

Dajmy sobie oddech

Spojrzałam na nią podejrzliwie. Ta zmiana tonu nie wróżyła niczego dobrego.

– Delikatnie? – powtórzyłam. – Czyli jak? Będziesz tylko wstawiać pranie, ale bez zmiany programu?

– Oj, Celinko, nie przesadzaj – westchnęła, siadając z powrotem na krześle. – Może rzeczywiście za bardzo się wtrącam. Ja całe życie prowadziłam dom. Trudno mi patrzeć, jak ty.

– Jak ja co, mamo?

– Jak ty się miotasz. Pracujesz, dziecko jeszcze małe, a ten dom… wszystko na raz.

– A może po prostu robisz to, bo lubisz mieć kontrolę? – rzuciłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Zaskoczyło ją to. Oczy zrobiły się szkliste.

– Ty naprawdę myślisz, że ja tu siedzę, bo lubię ci mówić, że źle wyciskasz gąbkę?

– Trochę tak – przyznałam. – Ale wiem też, że masz dobre intencje. Tylko... mamo, ja muszę się uczyć po swojemu. Popełniać swoje błędy. Jeśli ty wszystko robisz za mnie, to ja czuję się zbędna.

Zamilkła. Popatrzyła gdzieś przez okno, jakby coś przetrawiała.

– To może przeniosę się na tydzień do siostry – powiedziała niespodziewanie. – Dajmy sobie oddech. A potem pogadamy. Ale obiecaj mi jedno.

– Słucham?

– Że jak kiedyś ja będę nie radzić sobie z pralką i gąbką... to nie oddacie mnie byle gdzie. Tylko tam, gdzie robią dobrą szarlotkę.

Uśmiechnęłam się.

– Umowa stoi. Ale pod warunkiem, że sama wybierzesz miejsce. I że nie będzie miało widoku na nasze okna.

Wyjazd teściowej

Teściowa wyjechała nazajutrz z samego rana. Uściskała wnuczkę, mnie pocałowała w policzek, a do męża rzuciła dramatycznie:

Uważaj na swoją kobietę. Jest bardziej złośliwa, niż się wydaje. I nie pozwól jej zmienić ustawienia przypraw.

Po czym wsunęła walizkę do bagażnika tak energicznie, jakby jechała na wakacje, a nie na przemyślenia. Patrzyłam za nią przez okno z kubkiem kawy w dłoni.

– No i? – zapytał mąż, wychylając się z kuchni. – Żałujesz, że nie wyrzuciłaś jej za drzwi dwa tygodnie temu?

– Może trochę. Ale przynajmniej teraz wiem, że umiem się postawić. I że nie potrzebuję jej zgody, żeby dobrze prowadzić dom.

– Prowadzisz go po swojemu. I to jest najlepsze. A poza tym... – podszedł i objął mnie od tyłu – za tobą przemawia coś, czego mama nigdy nie miała.

– Co takiego?

– Potrafisz rozmawiać. Mama tylko wydaje rozkazy. Ale wiesz, że ona cię lubi, prawda?

– Lubi? – roześmiałam się. – Mnie? Tej roztrzepanej, której nie podoba się ułożenie noży w szufladzie?

– Właśnie dlatego. Bo jesteś... inna. I czasem tej inności człowiekowi trzeba najbardziej.

Spojrzałam na stół. Na wierzchu leżał zeszyt. Przepis na bigos. Na okładce napisane jej pismem: Dla Celiny – gdyby za mną zatęskniła. Uśmiechnęłam się do siebie.

Celina, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama