„Teściowa wpakowała się w niezłe szambo. Nawywijała i błaga o ratunek, ale ja mam swoje zasady”
„Wszystko zaczęło się sypać stopniowo. Najpierw drobiazgi – wyższy rachunek za prąd, podniesiony czynsz, potem mniej zleceń w firmie, a na koniec jeszcze dobiła nas inflacja. Zaciskaliśmy pasa, odkładaliśmy plany na później, rezygnowaliśmy z przyjemności. Tylko jedna rzecz pozostała bez zmian – telefony od mojej teściowej”.

- Redakcja
Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będę ślęczał po nocach nad kalkulatorem i zastanawiał się, jak związać koniec z końcem, wyśmiałbym go. Serio. Miałem pracę, którą lubiłem, oszczędności na koncie, a moja żona świetnie zarządzała domowym budżetem. Nie byliśmy może milionerami, ale spokojnie mogliśmy pozwolić sobie na wakacje raz w roku, porządne zakupy bez zbędnych kalkulacji i życie bez wiecznego kombinowania, czy wystarczy do pierwszego. Wszystko zaczęło się sypać stopniowo, prawie niezauważalnie. Najpierw drobiazgi – wyższy rachunek za prąd, podniesiony czynsz, potem mniej zleceń w firmie, a na koniec jeszcze dobiła nas inflacja. Z miesiąca na miesiąc było coraz trudniej. Zaciskaliśmy pasa, odkładaliśmy plany na później, rezygnowaliśmy z przyjemności. Tylko jedna rzecz pozostała bez zmian – telefony od mojej teściowej.
Nie chodziło o to, że ją nie lubię. No dobrze, może trochę. Moja teściowa zawsze wie lepiej – jak żyć, jak gotować, jak wychowywać dzieci i jak inwestować pieniądze. Problem w tym, że ostatnio sama tych pieniędzy zaczęła potrzebować. I zamiast szukać rozwiązania albo przyznać się do błędu, uznała, że od tego są dzieci – żeby pomagać. Tyle że my ledwo dawaliśmy radę pomóc sobie.
Zacisnąłem zęby
– No witajcie, kochani! – głos teściowej słychać było i bez włączonego głośnika. – Jak tam, pogoda u was dopisuje?
Spojrzałem przez okno na szarą pluchę. Żona westchnęła i włączyła na głośnomówiący.
– Mamo, u nas jak zwykle. Mokro, zimno i do bani. – Martyna spojrzała na mnie porozumiewawczo.
– A u mnie to samo, tylko że… dach przecieka – westchnęła teściowa, nagle przechodząc z tonu radosnej emerytki w tryb ofiary losu. – No i ten hydraulik, co mi go poleciliście, to jakiś naciągacz. Sto pięćdziesiąt złotych za obejrzenie kranu!
– Mamo, mówiłam ci, że jak się wezwie fachowca, to za darmo nie przyjdzie. – Martyna westchnęła. – A z dachem… może poproś sąsiada o pomoc?
– Eee, on teraz udaje, że mnie nie widzi. Jak nie masz czym zapłacić, to ludzie nagle głuchną. Dobrze, że mam was.
– W jakim sensie? – zapytałem ostrożnie.
– Oj, nie wygłupiaj się. Przecież wiecie, że emeryturka marna, a ja nie dam rady sama tego wszystkiego ogarnąć. Trochę mi się tego uzbierało… rachunki, naprawy. Myślałam, że może byście mi pożyczyli?
– Ile? – Martyna aż się wyprostowała.
– No tak ze dwa tysiące na początek...
Zacisnąłem zęby. Martyna wbiła wzrok w podłogę.
– Mamo… sami mamy problem, żeby dotrwać do końca miesiąca.
– No bez przesady. Wy przynajmniej macie dwie pensje. Ja mam tylko was.
Postawiła nas pod ścianą
Nie odpowiedzieliśmy od razu. Martyna gapiła się w ekran telefonu, jakby liczyła, że matka sama z siebie się rozłączy. Ja w międzyczasie próbowałem policzyć w głowie, czy z konta firmowego da się coś jeszcze wysupłać. Niestety, po ostatnim przelewie na ZUS, saldo wyglądało jak dno studni.
– Dwa tysiące to dla nas w tej chwili za dużo, mamo – powiedziała w końcu Martyna. – Naprawdę nie rozumiesz, że u nas też nie jest kolorowo?
– No dobrze, dobrze… – teściowa zmieniła ton na lekko obrażony. – Jakbyście mieli serce, to byście nie gadali, tylko pomogli.
– Mamo… – westchnęła Martyna. – Chodzi nie o serce, tylko o pieniądze. One się nie rozmnażają przez litość. My mamy kredyt, dzieci rosną, wszystko drożeje. A ty przecież wiedziałaś, że dach cieknie od wakacji. Czemu nic z tym nie zrobiłaś wcześniej?
– Bo liczyłam, że wy coś zaproponujecie! – wypaliła. – Zresztą nie miałam siły się tym zajmować. Po śmierci Zygmunta wszystko się posypało. A teraz jeszcze ta pogoda… i wszystko mnie boli.
– Mamo, Zygmunt zmarł pięć lat temu – powiedziałem spokojnie.
– No i co z tego?! Człowiek nie przestaje cierpieć, tylko dlatego, że minęło kilka lat!
– Nikt nie każe ci nie cierpieć, tylko… nie próbuj nas wciągać w swoje błędy – wtrąciła Martyna. – Trzeba było sprzedać ten dom, jak ci radziliśmy. Zamiast płakać nad cieknącym dachem, mogłaś mieć mieszkanie w bloku.
– No tak, najlepiej to się mnie pozbyć! – zawołała dramatycznie teściowa. – A jak będziecie starzy, to zobaczymy, kto was wysłucha!
Spojrzeliśmy na siebie.
Nie chciałem się w to mieszać
Wieczorem, kiedy dzieci wreszcie zasnęły, usiedliśmy przy kuchennym stole. Martyna siedziała z kubkiem herbaty, której nawet nie tknęła. Ja przeglądałem konto.
– No i co teraz? – spytała w końcu. – Przecież ona nie odpuści.
– Nie wiem. Może jak jej nie damy, to poszuka pomocy gdzie indziej. Albo się ogarnie.
– A może się załamie i będzie to nasza wina. Wiesz, jaka ona jest.
– Ona nie potrzebuje pomocy, tylko sponsora – warknąłem. – Gdyby rzeczywiście była w potrzebie, to by zapytała raz, a nie próbowała wywoływać w nas poczucie winy co tydzień.
– Ale mimo wszystko to moja matka…
– Tak. Tylko że ona całe życie niczego nie ogarniała. Zawsze ktoś za nią płacił rachunki, podejmował decyzje, załatwiał sprawy. Najpierw jej mąż, teraz my. A jak nie po jej myśli, to foch.
– Wiem – powiedziała Martyna cicho. – Tylko wiesz… czasem mam takie głupie wrażenie, że jestem za nią odpowiedzialna. Że skoro ona się nami opiekowała, jak byliśmy mali, to teraz ja muszę jej się odwdzięczyć.
– Opiekowała się? W podstawówce to ty robiłaś zakupy, nie ona.
Zamilkła. Wzięła łyk herbaty, skrzywiła się.
– Pamiętam. I właśnie dlatego boli mnie to wszystko jeszcze bardziej.
Aż mnie ściskało w żołądku
Następnego dnia teściowa zadzwoniła znowu. Nie, żeby nas to zdziwiło – mieliśmy tylko nadzieję, że da sobie trochę czasu. Byliśmy naiwni.
– Kochani, mam pomysł – oznajmiła z entuzjazmem, który u niej zwykle zwiastował katastrofę. – Może byśmy zrobili tak, że ja wprowadzę się do was, na parę tygodni? W zimie i tak dom jest nie do mieszkania.
Martyna spojrzała na mnie, jakby pytała: „czy ja dobrze słyszę?”.
– Mamo, u nas nie ma miejsca – powiedziała po chwili. – Ledwo się mieścimy we czwórkę.
– No ale przecież macie ten pokój, co był kiedyś biurem.
– To teraz jest pokój Antka – rzuciłem. – I nie planujemy zamieniać dzieciom łóżek na materace w salonie.
– Oj tam, przecież ja się dostosuję. Może być nawet kanapa. Byleby było ciepło i bez przeciekającego sufitu nad głową.
– Mamo, a czemu nie pójdziesz do ciotki Haliny? Ona ma duże mieszkanie, a sama mieszka.
– Aha! I jeszcze czego! Żebym musiała patrzeć na złote firany i słuchać, jak wszystko robi lepiej niż ja? Nie, dziękuję.
– No to może opieka społeczna pomoże? W twoim wieku to chyba da się coś załatwić – podsunąłem ostrożnie.
– Taaa… i jeszcze niech mi dadzą opiekunkę, która nie odróżnia mleka od kefiru. Świetny pomysł, gratuluję.
Martyna uciekła do łazienki. Ja zostałem. I aż mnie ściskało w żołądku.
– Mamo, nie wprowadzisz się do nas. To nie przejdzie. Serio.
– No to nie wiem, co ze mną będzie. Może powinnam się gdzieś położyć i czekać, aż mnie znajdą?
Westchnąłem. Znałem ten teatrzyk aż za dobrze.
Nie uległem presji
Teatralna groźba „położenia się i czekania” nie zrobiła na mnie wrażenia, ale Martyna... Martyna była już miękka. Wieczorem podjęła temat.
– Może rzeczywiście powinniśmy jej dać pieniądze – powiedziała, nie patrząc mi w oczy. – Żeby miała na dach. Tylko na to.
– A potem co? Jak dasz tysiąc, to uzna, że może prosić o dwa. I będzie prosić. Znasz ją przecież. Za miesiąc znów będzie coś nie tak.
– Ale jeśli nic nie zrobimy i coś jej się stanie?
– Proszę cię, nie dajmy się szantażować. Twoja matka nie leży z gorączką pod gołym niebem. Ma dom. Może sprzedać. Może wynająć. Może ogarnąć sprawy. Tylko że jej się nie chce.
– Nie jesteś trochę za surowy?
– Jestem realistą. I wiem, że ty też to widzisz, tylko głupio ci, bo to twoja matka.
– Tak. Jest mi z tym głupio i źle, ale masz rację.
Chwilę siedzieliśmy w ciszy. Martyna podniosła głowę.
– To, co robimy?
– Nic. Nie dajemy ani złotówki. I nie wciągamy dzieci w ten cyrk. Jak będzie miała konkretny plan działania – wtedy pogadamy.
– I co jej powiemy?
– Prawdę.
Następnego dnia Martyna zadzwoniła do matki. Rozmawiały długo, aż w końcu Martyna powiedziała tylko:
– Mamo, przestań robić z siebie ofiarę. Masz wybór. Albo go wykorzystasz, albo będziesz cierpieć – ale już bez naszej pomocy.
Odłożyła telefon i patrzyła przez okno.
– Zobaczymy, co teraz zrobi – powiedziała cicho.
Zaniemówiłem
Minął tydzień. Teściowa się nie odzywała, co w jej przypadku było jak krzyk rozpaczy. Martyna chodziła rozkojarzona, a ja czułem, jak napięcie między nami narasta z każdym dniem. W końcu teściowa zadzwoniła do mnie.
– No witam – zaczęła nad wyraz grzecznie. – Masz może chwilkę?
– Zawsze mam chwilkę na rozmowę o odpowiedzialności – odparłem z przekąsem.
– Słuchaj… może i miałeś rację. Znaczy się… nie ze wszystkim, bo ty to zawsze trochę przesadzasz. Jednak wszystko przemyślałam. I postanowiłam.
– Tak?
– Wystawiłam dom na sprzedaż. Już mam pierwszego zainteresowanego. Co prawda chce sporo zbić z ceny, ale i tak mi starczy na jakąś kawalerkę i jeszcze zostanie.
Zaniemówiłem. Martyna, która nasłuchiwała z drugiego pokoju, wytrzeszczyła oczy.
– Naprawdę? – wydusiłem w końcu.
– Naprawdę. I wiesz co? Jak sobie policzyłam te rachunki, użeranie się z naprawami, to aż mnie głowa rozbolała. Może to nie takie złe mieć coś mniejszego. Z balkonem. I bez dachu, który chce ci się zsunąć na głowę.
– Cieszę się, że doszłaś do takiego wniosku. Samodzielnie.
– Nooo… powiedzmy, że „zainspirowaliście mnie”. I żeby nie było – jak się urządzę, zaproszę was na kawę. Z ekspresu. Takiego nowego. Na raty, oczywiście.
Roześmiałem się.
– Trzymamy cię za słowo. I daj znać, kiedy będzie przeprowadzka.
Martyna spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Czy moja matka właśnie… dorosła?
– Albo coś jej spadło na głowę – mruknąłem.
– Albo wreszcie zrozumiała, że nie wszystko jej się należy.
I za to mogliśmy jej naprawdę podziękować.
Adam, 49 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż był duszą towarzystwa, a teraz tylko siedzi w domu i narzeka. Nie chcę tracić kolejnych lat u boku tego zrzędy”
- „W Dzień Babci pojechałam odpocząć sama nad morzem. Rodzina ma pretensje, ale przecież w końcu to ma być moje święto”
- „Babcia krótko przed odejściem dała mi klucz do skrytki. Ukryła złoto, pieniądze i rodzinne tajemnice”