Reklama

Od momentu, gdy teściowa przekroczyła próg naszego mieszkania z dwiema walizkami i obrazem w złoconej ramie, atmosfera zmieniła się nie do poznania. Wcześniej nasz dom był miejscem, gdzie unosił się zapach kawy, a wieczorami słuchaliśmy jazzu lub oglądaliśmy komedie. Teraz powietrze wydawało się gęste od niewypowiedzianych pretensji i szeptanych modlitw.

Wprowadziła się

Moja teściowa nie była złą kobietą, w to nigdy nie wątpiłam. Pomagała finansowo, kiedy Czarek stracił pracę, potrafiła upiec najlepszy sernik na świecie. Miała jednak jedną cechę, która powoli, ale skutecznie wysysała z nas energię życiową – jej wiara nie była prywatną sprawą, lecz publicznym spektaklem, w którym wszyscy musieliśmy grać przypisane role.

Każdy dzień zaczynał się od głośnego nastawiania religijnej stacji radiowej w kuchni. Nie przeszkadzało mi to, dopóki głośność nie osiągała poziomu, przy którym trudno było zebrać myśli nad poranną jajecznicą. Jednak najgorsze przychodziło po południu. O godzinie piętnastej, jak w zegarku, siadała w fotelu w salonie i rozpoczynała odmawianie koronki. Nie robiła tego w myślach czy szeptem. Robiła to głosem, który miał przebić ściany i dotrzeć bezpośrednio do sumień domowników.

Dla naszej córki Mileny, która w tym czasie wracała ze szkoły i próbowała odrobić lekcje w pokoju obok, było to torturą. Cienkie ściany w bloku z wielkiej płyty nie stanowiły żadnej przeszkody dla monotonnego tonu babci. Córka zakładała słuchawki, puszczała głośno muzykę, co z kolei prowokowało teściową do jeszcze głośniejszej modlitwy.

Osaczyła nas

Czułam się w tym wszystkim jak zakładnik we własnym domu. Z jednej strony szacunek do starszej osoby, o którym tak wiele mówili moi rodzice, z drugiej – narastająca frustracja i widok córki, która coraz bardziej zamykała się w sobie. Mój mąż stosował taktykę strusia. Wychodził naprawiać samochód albo zostawał dłużej w pracy, zostawiając mnie na placu boju między dewocją matki a buntem dorastającej córki.

Tego popołudnia w domu panowała rzadka chwila względnego spokoju. Teściowa udała się na drzemkę, a ja próbowałam nadrobić zaległości w dokumentach, które przyniosłam z biura. Milena weszła do kuchni, nalała sobie soku i usiadła naprzeciwko mnie. Jej twarz była poważna, pozbawiona tej typowej dla nastolatków maniery przewracania oczami.

– Mamo, wypisałam się dzisiaj z religii – powiedziała to tak spokojnie, jakby informowała mnie o pogodzie. – Ponieważ mam szesnaście lat, potrzebuję tylko twojego podpisu dla formalności, ale decyzję już podjęłam.

– Jesteś pewna? – zapytałam ostrożnie. – Wiesz, że za rok bierzmowanie, babcia już planuje przyjęcie…

– Mamo, proszę cię – przerwała mi. – Nie wierzę w to. A przynajmniej nie wierzę w to, co próbuje mi wcisnąć babcia i katecheta. W szkole ksiądz puszcza nam filmy o egzorcyzmach, zamiast rozmawiać o etyce, a w domu… sama widzisz.

Miała rację

Trudno było się z nią nie zgodzić. Teściowa potrafiła przerwać modlitwę, by skomentować ubiór sąsiadki widocznej przez okno, używając przy tym słów dalekich od miłosierdzia, po czym płynnie wracała do Zdrowaś Mario. Ta hipokryzja była dla Mileny nie do przełknięcia.

– Rozumiem cię – powiedziałam cicho. – Ale wiesz, co się stanie, gdy ona się dowie?

– Wiem. Będzie piekło. Ale wolę piekło w domu przez tydzień niż hipokryzję w moim życiu przez kolejne lata. Podpiszesz?

Patrzyłam na moją córkę i czułam dumę. Była odważniejsza ode mnie. Ja od lat gryzłam się w język, by nie robić przykrości mamusi. Milena postanowiła postawić granicę. Wzięłam kartkę, którą położyła na stole, i złożyłam zamaszysty podpis.

– Dziękuję – powiedziała i po raz pierwszy od tygodni uśmiechnęła się do mnie szczerze.

Nie udało się utrzymać tajemnicy długo. Właściwie, to nawet nie próbowałyśmy. Milena po prostu przestała zostawać w szkole na ostatniej godzinie w czwartki i piątki. Teściowa, która miała w zwyczaju przepytywać wnuczkę z planu lekcji i kontrolować każdą minutę jej życia, szybko zauważyła zmianę.

Wpadła w szał

To było we wtorek wieczorem. Czarek wrócił z pracy, jedliśmy kolację. Atmosfera była napięta, bo teściowa milczała od godziny, co zawsze zwiastowało katastrofę.

– Milenko – zaczęła teściowa. – Spotkałam dzisiaj sąsiadkę pod kościołem. Jej wnuczka chodzi z tobą do klasy. Mówiła, że podobno nie chodzisz na religię.

– Wypisałam się.

– Co zrobiłaś?

– Zrezygnowałam z lekcji religii. Nie chcę już na nie chodzić.

– Cezary! – Teściowa zwróciła się do syna, ignorując wnuczkę. – Słyszysz to? Twoja córka schodzi na złą drogę, a ty milczysz?

– Mamo, Milena jest już duża, ma prawo do własnych wyborów… – zaczął niepewnie.

– Wyborów?! – teściowa wstała, przewracając przy tym krzesło. – To jest kwestia życia wiecznego! Ja się modlę za was dniami i nocami, kolana zdzieram, a wy mi taki cios w serce zadajecie? Co ludzie powiedzą?

Od tego wieczoru nasz dom zamienił się w pole bitwy, gdzie amunicją były litanie i różańce. Teściowa zwiększyła intensywność praktyk religijnych do poziomu absurdu. Zaczęła zostawiać w różnych miejscach obrazki z Jezusem Miłosiernym, na przykład w plecaku Leny.

Miarka się przebrała

Czułam, jak w mojej córce narasta gniew. Była coraz bardziej drażliwa, przestała zapraszać koleżanki.

– Mamo, ja tak nie mogę – powiedziała mi pewnego wieczoru, gdy siedziałyśmy w łazience, jedynym miejscu, gdzie szum wody zagłuszał zawodzenie babci. – Czuję się, jakbym mieszkała w zakonie o zaostrzonym rygorze. Ona mnie prześladuje.

– Wiem, kochanie. Wytrzymaj jeszcze trochę. Porozmawiam z tatą, musimy coś wymyślić – obiecywałam, choć sama nie wiedziałam, co możemy zrobić.

Mieszkanie było własnością Czarka i jego matki po połowie. Nie mogliśmy jej wyrzucić, a na wyprowadzkę nie było nas stać, zwłaszcza przy obecnych cenach kredytów. Przełom nastąpił w sobotę. To był dzień, w którym miałam posprzątać całe mieszkanie, a Milena przygotowywała się do ważnego projektu grupowego. Do naszego domu przyszły dwie jej koleżanki. Siedziały w jej pokoju.

Teściowa krążyła po korytarzu jak sęp. Widziałam jej zaciśnięte usta. Nie podobał jej się ten śmiech. Dla niej radość, która nie wynikała z obcowania z Bogiem, była podejrzana. W pewnym momencie drzwi do pokoju Mileny otworzyły się i jedna z dziewczyn wyszła do toalety. Teściowa natychmiast ją zaczepiła.

– A ty, dziecko, do kościoła chodzisz? – zapytała, blokując przejście.

Postawiliśmy granice

Dziewczyna stanęła jak wryta.

– Słucham?

– Pytam, czy wiarę znasz. Bo widzę, że masz czarne paznokcie, to znak złego. I ten tatuaż na nadgarstku…

– Babciu! – Milena wybiegła z pokoju, czerwona ze wstydu i złości. – Zostaw ją!

– Wprowadzasz mi tu poganki pod dach! To dom katolicki!

Stałam z odkurzaczem w ręku na środku przedpokoju. Patrzyłam na przerażoną koleżankę mojej córki, na zapłakaną Milenę i na mojego męża, który właśnie wyszedł z łazienki i jak zwykle wyglądał, jakby chciał zniknąć. Spojrzałam na niego wzrokiem, który mówił: „Albo zrobisz coś teraz, albo pakuję się i wychodzę w tej chwili”. Mój mąż zrozumiał.

– Dość! – jego krzyk był tak głośny, że teściowa aż cofnęła się o krok. – Dość tego cyrku! To, co robisz teraz, to nie jest wiara. To jest przemoc.

– Przemoc?! Ja się modlę o wasze… – próbowała przerwać.

– Nie! – ucięłam. – To jest nękanie. Stoisz pod drzwiami szesnastolatki i szepczesz o piekle. Obrażasz jej gości.

– I co? Wyrzucisz starą matkę na bruk?

– Nie. Ale jeśli jeszcze raz usłyszę choć jedno słowo krytyki pod adresem Mileny, jej wyborów albo jej znajomych, to przestaniemy być rodziną. Będziemy tylko lokatorami. Przestaniemy jeść wspólne posiłki, przestaniemy z tobą rozmawiać. Czy tego uczy twój Bóg? Samotności i nienawiści do najbliższych?

Opamiętała się

W pokoju zapadła grobowa cisza. Koleżanki Mileny cichaczem wróciły do pokoju i zamknęły drzwi.

– Ada ma rację, mamo – powiedział. – Przesadziłaś. Milena nie chce chodzić na religię i musisz to zaakceptować. Nie zmusisz nikogo do wiary krzykiem.

Teściowa patrzyła to na mnie, to na syna. Po raz pierwszy od lat zabrakło jej argumentów. Zawsze wygrywała poczuciem winy, ale tym razem stanęliśmy murem. Zrozumiała, że posunęła się za daleko. Że jej strach przed utratą kontroli nad nami doprowadził do tego, że prawie straciła nas naprawdę.

Bez słowa odwróciła się i weszła do swojego pokoju. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi, a potem ciszę. Nie było głośnej modlitwy. Nie było radia. Po prostu cisza. Nie powiem, że stał się cud i teściowa nagle zmieniła się w nowoczesną, liberalną babcię. Wciąż słucha radia, choć teraz znacznie ciszej i przy zamkniętych drzwiach. Wciąż wzdycha ostentacyjnie, gdy widzi, że nie żegnamy się przed jedzeniem.

Coś się zmieniło

Skończyły się komentarze o szatańskich paznokciach. Teściowa wciąż się modli, jestem tego pewna, może nawet więcej niż wcześniej, ale robi to w swoim pokoju. Zrozumiała, że granica została postawiona i że tym razem nie żartowałam.

Milena odetchnęła. Zauważyłam, że odkąd presja zniknęła, paradoksalnie stała się bardziej otwarta na rozmowy o duchowości – ale na swoich warunkach. Czasem pyta mnie o sens życia, o to, co jest po śmierci. Bez strachu, że zaraz zostanie oceniona. Relacje z teściową są chłodne, ale poprawne. Ostatnio, gdy robiłam herbatę, weszła do kuchni.

– Zrobić ci też, mamo? – zapytałam, spodziewając się odmowy.

Spojrzała na mnie zmęczonymi oczami. Zobaczyłam w nich starą, samotną kobietę, która po prostu boi się świata, którego nie rozumie.

– Tak, poproszę. Ale słabą – odpowiedziała.

Podałam jej kubek. Wiem, że to nie koniec. Będą jeszcze spięcia, będą ciche dni, ale odzyskałam swój dom, a moja córka odzyskała spokój. A Bóg? Mam wrażenie, że On też woli tę ciszę od tamtego hałasu.

Adela, 47 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama