Reklama

Czasem sobie myślę, że te ferie u teściowej to jakaś forma kary, tylko jeszcze nie wiem, za co dokładnie. Może za to, że się nie sprzeciwiam. Że jadę co roku, mimo że każda komórka w moim ciele mówi „zostań”. Albo za to, że daję się rozgrywać, pozwalam, by mnie porównywano, ignorowano, zbywano.

Pakowanie zaczęłam już tydzień wcześniej. Dla dzieci – dwie walizki. Ubrania na sanki, na narty, do kościoła i na „spontaniczne wyjścia Ewy”, czyli do najbliższego kurortu, gdzie można wypić latte za piętnaście złotych i pokazać się w wełnianym płaszczu. Dla siebie wrzuciłam parę rzeczy byle jak, między jednym „Mamo, gdzie są moje rękawice?!” a drugim „Dlaczego Zuzia ma nowy kombinezon, a ja nie?!”. Maciek? On tylko zapytał, czy wzięłam ładowarki.

Droga długa i nerwowa, jak zwykle. Dzieci znudzone, Maciek zamyślony, a ja… ja milczę. Wiem, że jak tylko przekroczymy próg domu teściowej, wejdziemy do jakiegoś dziwnego spektaklu. I nie chodzi o to, że tam jest źle – dom czysty, ciepły, pachnie rosołem. Chodzi o rolę, jaką mi przydzielono. Statystka. Ewa gra pierwsze skrzypce. Zawsze ogarnięta, zorganizowana, uśmiechnięta. Ona mówi, teściowa kiwa głową, Maciek potakuje. Ja… ja robię jajecznicę.

Już czuję ten dreszcz frustracji. Już słyszę: „Ewa, ty to masz zawsze wszystko pod kontrolą!”. I z góry wiem, że cokolwiek zrobię, będzie „takie sobie”. Dla nich jestem jak cień – obecna, ale niewidoczna. I chyba właśnie to boli najbardziej. Nie to, że mnie nie lubią. Tylko to, że nawet nie zauważają, że znikam.

Wszystko, co robiłam, było przezroczyste

– Ewa, mów, co zaplanowałaś dla dzieciaków, jestem bardzo ciekawa – powiedziała teściowa, ledwie usiadłyśmy przy stole.

Ewa wyciągnęła z torebki kartkę i zaczęła recytować plan dnia, jakby właśnie organizowała zimowisko dla VIP-ów. Zajęcia z instruktorem, kulig, kino, później konkurs budowania igloo, a wieczorem teatrzyk kukiełkowy. Dzieci aż piszczały z radości. Teściowa co chwilę kiwała głową z uznaniem, a ja siedziałam przy kuchence, kończąc jajecznicę, bo nikt inny nie raczył się tym zająć.

– Ewa, ty to masz zawsze wszystko pod kontrolą – westchnęła z zachwytem teściowa, patrząc na szwagierkę z takim podziwem, jakby przynajmniej zorganizowała olimpiadę.

Podałam patelnię na stół. Nikt nie spojrzał. Dzieci już w połowie pochłaniały kanapki, Maciek siorbał herbatę, a Ewa ciągnęła dalej – że trzeba będzie jeszcze zaplanować turniej gier planszowych i może jakiś dzień tematyczny, na przykład „wielka przygoda w dżungli”.

– Możemy zrobić też pokaz talentów, prawda, mamo? – rzuciła z uśmiechem w stronę teściowej.

– Świetny pomysł – odpowiedziała. – Zawsze wiedziałam, że ty to masz głowę na karku.

Spróbowałam coś powiedzieć.

– Może w piątek moglibyśmy po prostu…

– A tak, piątek – przerwała mi Ewa. – Wtedy moglibyśmy pojechać do tego ośrodka z basenem. W zeszłym roku dzieciaki były zachwycone.

Spojrzałam na Maćka. Nic. Patrzył na telefon. Przestałam mówić. Wróciłam na swoje miejsce przy stole i przez chwilę jadłam w milczeniu. Patrzyłam, jak z entuzjazmem planują dzień za dniem. Czułam się jak ktoś, kto dostał zaproszenie na imprezę, tylko po to, żeby podać ciasto i zmyć naczynia. Miałam być wdzięczna, że mogę siedzieć przy tym samym stole, słuchać tych samych słów, choć żadne nie było skierowane do mnie.

Wszystko, co robiłam, było przezroczyste. Każda decyzja Ewy była najlepsza. Każde słowo przyjmowane z zachwytem. A ja? Jakby mnie tam nie było. Jakby wystarczyła do obsługi, do opieki, do uzupełnienia tła. Dlaczego w ogóle się starałam? Po co planowałam zakupy, pakowałam dzieci, jechałam przez pół Polski, skoro w tym domu nie miałam żadnego znaczenia?

Czułam, że nie jestem nikomu potrzebna

Wieczorem, kiedy dzieci w końcu poszły spać, a teściowa z Ewą rozsiadły się w salonie, by obejrzeć serial, Maciek zamknął się w sypialni z laptopem. Weszłam do środka i usiadłam na brzegu łóżka. On nawet nie podniósł wzroku.

– Jeśli następnym razem Ewa wszystko załatwi, to ja nie muszę jechać. Nikt nie zauważy różnicy – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Maciek zaśmiał się krótko.

– Znowu przesadzasz, przecież wszystko było super.

– Dla ciebie – odpowiedziałam. – Ty miałeś ferie.

W końcu spojrzał na mnie, ale nie powiedział nic. Wzruszył ramionami, jakby to, co powiedziałam, nie wymagało reakcji. Jakby nie widział powodu, żeby się tym przejąć. Patrzyłam na niego i czułam, jak rośnie we mnie żal. On naprawdę nic nie rozumiał. Przespał cały dzień, przesiedział przy telefonie większość popołudnia, wieczorem zjadł kolację i uznał, że wszystko gra. Bo nie musiał się spinać, planować, dźwigać walizek, ogarniać dzieci. Ktoś to zrobił – ja. Ktoś był na posterunku – znowu ja. Ale za wszystko i tak dziękowano Ewie, bo to ona miała kolorowe karteczki i harmonogram.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam po chwili. – Że nawet jakbym zniknęła jutro, nikt by nie zapytał, gdzie jestem. Dla nich nie ma znaczenia, czy tu jestem, czy nie.

Maciek pokręcił głową z niedowierzaniem, jakbym właśnie opowiadała dramat rodem z filmu.

– Przecież nie musisz się tak do tego przykładać. Nikt ci nie każe.

– A tobie nie przeszkadza, że mnie to boli?

Zamilkł. Wrócił do pisania. Nie miał nic do powiedzenia. Może rzeczywiście myślał, że przesadzam. Może w jego świecie wystarczy, że dzieci się śmieją, obiad jest na stole, a ktoś inny załatwia resztę. A w moim? W moim to był kolejny dzień, kiedy czułam, że nie jestem nikomu potrzebna. Że mogłabym przestać mówić, przestać próbować, przestać być. I nikt by tego nie zauważył.

Naprawdę tak mnie widziały?

Zeszłam do kuchni po wodę, ale usłyszałam głosy z salonu. Zatrzymałam się. Nie chciałam podsłuchiwać, to stało się samo. Ton teściowej był ciepły, jak zawsze, gdy mówiła do Ewy. Taki, którego nigdy nie użyła wobec mnie.

– Ty to jesteś prawdziwa gospodyni – westchnęła z zachwytem. – Wszystko przemyślane, zorganizowane. Klaudia nawet nie wie, jak się za to zabrać.

Zamarłam. Ewa zaśmiała się cicho.

– No cóż, nie każdy się nadaje.

W tej jednej sekundzie wszystko, co czułam od miesięcy, zebrało się we mnie jak ciemna chmura. Odwróciłam się i niemal bezgłośnie weszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i osunęłam się na podłogę. Łzy cisnęły się same, ale ich nie wypuściłam. Wpatrywałam się w chłodne kafelki. Myśli wirowały, a każda z nich wbijała się we mnie jak igła. Naprawdę tak mnie widziały? Naprawdę uważały, że jestem nieudolna?

Tego się nie dało nie słyszeć. Nie mogłam udawać, że to nie padło. A jednak najbardziej bolało to, że... już mnie to nie poruszyło tak, jak powinno. Nie było złości, nie było rozpaczy. Była pustka. Obojętność. Zgoda na to, co się dzieje. Tak, może rzeczywiście się nie nadaję. Może to ja jestem problemem. Wpatrywałam się w swoje dłonie, jakby mogły mi powiedzieć, kim jestem. Przecież potrafię wszystko – ugotować, zorganizować, dopilnować. Ale przy niej, przy Ewie, wszystko blednie. Jakby cały mój wysiłek był tylko hałasem, który przeszkadza w ich idealnym świecie.

Myśl o odejściu

Nie planowałam tej rozmowy. Po prostu weszłam do pokoju, w którym Maciek siedział na łóżku i przewijał coś na telefonie. Usiadłam naprzeciwko niego. Wiedziałam, że jeśli teraz się wycofam, to już nigdy nie wrócę do tego tematu.

– Nie chcę tu więcej przyjeżdżać – powiedziałam spokojnie. – Nie chcę być tłem. Nie chcę udawać, że wszystko jest w porządku.

Podniósł wzrok, wyraźnie zaskoczony.

– O co ci znowu chodzi?

– O to, że czuję się tu zbędna. O to, że twoja matka i twoja siostra traktują mnie jak kogoś gorszego. O to, że ty na to pozwalasz.

Westchnął ciężko, jakby to była rozmowa, którą musi odbyć z obowiązku.

Przecież to tylko twoje odczucia – powiedział. – Nikt cię nie atakuje.

Poczułam chłód. Ten rodzaj chłodu, który pojawia się, gdy ktoś właśnie unieważnia wszystko, co czujesz.

– Nie – odpowiedziałam. – To twoja bezczynność. To twoje milczenie. To to, że siedzisz i patrzysz, jak mnie pomijają, i nic z tym nie robisz.

Zmarszczył brwi.

– Co mam zrobić?

– Wystarczyłoby, żebyś raz stanął po mojej stronie.

Zapadła cisza. Krótka, ciężka. Wiedziałam już, że nic z niej nie będzie. On nie miał zamiaru mnie zrozumieć, bo musiałby przyznać, że coś zawalił. Łatwiej było uznać, że przesadzam. Patrzyłam na niego i nagle dotarło do mnie, że czuję się bardziej samotna obok niego niż wtedy, gdy siedziałam sama w łazience. Przynajmniej tam nikt nie udawał, że mnie słucha. W głowie pojawiła się myśl. Nie gwałtowna, nie dramatyczna. Spokojna, chłodna. Myśl o odejściu. Nie dziś, nie jutro. Bez krzyków, bez scen. Jak plan, który dojrzewa w ciszy. Zrozumiałam, że jeśli zostanę w tym układzie, to będę znikać dalej. Powoli, codziennie, aż nie zostanie nic.

Wszystko bierzesz do siebie

Złapałam Ewę w kuchni następnego dnia po południu. Dzieci były zajęte sobą, teściowej nie było w domu. Idealny moment, choć wiedziałam, że żaden nie będzie naprawdę dobry. Stała przy blacie, spokojna, pewna siebie, jak zawsze. Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby nie spodziewała się, że w ogóle mam coś do powiedzenia.

– Muszę z tobą porozmawiać – powiedziałam.

– Jasne – odpowiedziała, bez napięcia. – O co chodzi?

– Mam dosyć tego, że jestem w tej rodzinie tłem, że traktujecie mnie z wyższością – powiedziałam wprost.

Uniósła brwi.

Nie wiem o co, ci chodzi.

– O to, że zawsze zgrywasz tą idealną. A ja jestem tą, która wszystko robi źle albo wcale.

Westchnęła z irytacją.

– Klaudia, to nie jest mój problem. Ja po prostu ogarniam i nie robię tego dla poklasku. Ty wszystko bierzesz do siebie.

Patrzyłam na nią i czułam coś dziwnego. Już nie wstyd, nie zazdrość. Raczej zmęczenie. Jakby ta rozmowa była tylko formalnością, domknięciem czegoś, co i tak było skończone.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam. – Że przez długi czas myślałam, że to ze mną jest coś nie tak. Że muszę się bardziej starać. Mniej przeszkadzać.

Wzruszyła ramionami.

– Każdy odpowiada za siebie.

Miała rację. I właśnie to mnie uwolniło. Ta rozmowa niczego nie zmieniła między nami. Nie miała zmienić. Ale pierwszy raz powiedziałam głośno to, co bolało mnie od dawna. Bez tłumaczenia się. Bez proszenia o zrozumienie. Wyszłam z kuchni lżejsza. Nie dlatego, że wygrałam. Tylko dlatego, że przestałam udawać.

Nie dam się już zepchnąć na marginesNie podjęłam jeszcze decyzji.

Pakowałam się wcześnie rano, kiedy dom jeszcze spał. Robiłam to cicho, bez nerwowych ruchów, bez pośpiechu. Dzieci miały zostać jeszcze kilka dni, Maciek też. Ja powiedziałam tylko, że muszę wrócić wcześniej, że mam sprawy. Nie dopytywał. To było chyba najbardziej wymowne. Składałam swoje rzeczy metodycznie, jakby ten porządek miał mi pomóc poukładać myśli. Nie czułam ulgi ani dramatyzmu. Był we mnie jakiś dziwny spokój. Taki, który przychodzi po długim zmęczeniu, kiedy nie ma już siły na udawanie. Zeszłam na dół, zostawiłam torbę przy drzwiach i spojrzałam jeszcze raz na ten dom. Nie był ani wrogi, ani bliski. Po prostu obcy.

Droga powrotna była cicha. Radio wyłączyłam po kilku minutach. Nie chciałam słuchać niczyich głosów. Myślałam o sobie sprzed lat, o tym, jak łatwo zgodziłam się na bycie tą mniej ważną. Jak stopniowo oddawałam przestrzeń, głos, znaczenie. Oddawałam je sama, kawałek po kawałku, w imię spokoju. Zrozumiałam, że zniknęłam, będąc cały czas obecna. Byłam wszędzie, gdzie trzeba, robiłam wszystko, co należało, a jednak nie było mnie w tym ani trochę. Jeśli zostanę w tym układzie, nie odzyskam siebie. Zostanie tylko rola, funkcja, cień.

Nie podjęłam jeszcze decyzji. Nie wiedziałam, jak to wszystko się skończy. Wiedziałam jedno. Nie dam się już zepchnąć na margines. Nawet jeśli ceną będzie samotność. Wolę być sama jako ktoś, niż obecna jako nikt.

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.

Klaudia, 39 lat


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama