Reklama

Wigilia miała być wyjątkowa. Chciałam pokazać teściowej, że jestem dobrą gospodynią i że potrafię stworzyć ciepły, rodzinny klimat, jakiego ponoć zawsze jej brakowało. To była nasza pierwsza wspólna kolacja wigilijna i bardzo się starałam – dekoracje, ręcznie lepione pierogi, barszcz na domowym zakwasie.

Chciałam zaimponować, przypodobać się, może nawet zyskać jej aprobatę. Bo przecież każda z nas, choćby nie wiem jak niezależna, gdzieś tam w głębi pragnie być zaakceptowana przez rodzinę partnera. Nie spodziewałam się jednak, że ta kolacja zamieni się w pokaz pogardy, a moje starania zostaną brutalnie podeptane.

Święta pod kontrolą

– Musimy ją zaprosić – powiedział Mateusz, odkładając widelec na talerz. – To przecież moja matka.

Wiedziałam, że to się kiedyś wydarzy. Od tygodni unosiło się w powietrzu, czułam, że nadchodzi moment konfrontacji. Ale to była Wigilia. Miałam nadzieję, że może jakoś się uda – jeszcze jeden rok bez niej. Bez tych jej oceniających spojrzeń, sugestii wypowiedzianych półgębkiem i tej ciszy, która aż bolała.

– Jasne – odpowiedziałam. – Zaprośmy ją.

Uśmiechnął się z ulgą. A ja tego samego wieczoru wzięłam do ręki zeszyt z przepisami. Wiedziałam, że musi być perfekcyjnie. Od obrusa po potrawy. Nie mogłam pozwolić sobie na choćby jeden błąd. Pamiętałam tamte święta u niej dwa lata temu – jak zapomniałam przynieść domowego ciasta i dostałam przy stole uwagę, że „młode to dziś wszystko kupne jada”.

W tym roku miało być inaczej. Planowałam wszystko z chirurgiczną precyzją: pierogi z kapustą i grzybami lepiłam tydzień wcześniej i zamroziłam. Barszcz kisiłam trzy dni w słoju przykrytym lnianą ściereczką. Zrobiłam też kompot z suszu, choć sama go nie znoszę. Kupiłam biały obrus z haftem, świece w kształcie choinek i opłatek z tłoczeniem.

– Nie przesadzasz trochę? – zapytał Mateusz, widząc moje zapiski w kuchennym zeszycie.

– Chcę, żeby było dobrze – odpowiedziałam krótko.

Wcale nie chodziło o teściową. Chodziło o mnie. Chciałam pokazać, że potrafię. Że zasługuję. Chciałam poczuć się wystarczająco dobra. Nawet jeśli tylko przez jeden wieczór.

Przygotowania pełne napięcia

W dzień Wigilii wstałam o szóstej rano. Chociaż większość rzeczy miałam przygotowaną wcześniej, wciąż czekała mnie masa pracy. Zaparzyłam kawę, zawiązałam fartuch i zaczęłam od podgrzewania kapusty. Potem barszcz – czerwony, klarowny, pachnący czosnkiem i zielem angielskim – wyglądał idealnie.

O siedemnastej wszystko było gotowe. W domu pachniało cynamonem i suszonymi grzybami, stół lśnił – biały obrus, sianko pod talerzem, opłatek na ozdobnym talerzyku. Nawet serwetki złożyłam w małe choinki.

– Wygląda super – pochwalił Mateusz, wkładając białą koszulę. – Mama na pewno doceni.

Skinęłam głową, choć nie byłam pewna. Ubrałam się w prostą, granatową sukienkę, spięłam włosy i pomalowałam usta. Czułam się jak przed jakimś egzaminem. Jakby ta kolacja miała zadecydować, czy zostanę oficjalnie zaakceptowana w rodzinie.

Gdy zadzwonił dzwonek, serce podskoczyło mi do gardła.

– Otworzysz? – zapytał Mateusz.

– Jasne – odpowiedziałam, choć nogi miałam jak z waty.

Stała w progu, jak zwykle sztywna, w płaszczu w kratkę i szaliku zawiązanym idealnie równo. Podała mi dłoń, jakbyśmy były sąsiadkami, nie rodziną.

– Dobry wieczór – powiedziała chłodno. – Wesołych Świąt.

– Wesołych – wymusiłam uśmiech.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tego wieczoru na moim stole rozegra się prawdziwa batalia.

Wigilijny wieczór grozy

Siedliśmy do stołu, gdy tylko pierwsza gwiazdka rozbłysła na niebie. Mateusz złożył życzenia, podał opłatek matce, potem mi, a potem ruszył z talerzami. Zaczęliśmy od barszczu.

– Domowy zakwas? – spytała teściowa, zbliżając łyżkę do ust.

– Tak – przytaknęłam z dumą. – Kiszony od trzech dni, z czosnkiem i majerankiem.

Zanurzyła łyżkę, włożyła do ust... i wtedy to się stało. Zmrużyła oczy, skrzywiła się, a potem teatralnie poszła wypluć zupę do toalety.

– Przepraszam, ale nie jestem w stanie tego przełknąć – oznajmiła, jakby chodziło o jakąś truciznę, a nie barszcz, który gotowałam z czułością przez pół dnia.

Mateusz zamarł z talerzem pierogów w ręku.

– Mamo, daj spokój – szepnął zaskoczony.

– Kwaśne jak ocet – rzuciła lodowato. – Nie wiem, co tu się kisiło, ale nie na moje kubki smakowe.

Poczułam, jak rumieniec wstydu i złości wspina się po mojej szyi. Chciałam coś powiedzieć, ale bałam się, że głos mi zadrży.

Potem przeszła do pierogów. Wbiła widelec, rozsunęła je na pół, po czym zaczęła w nich grzebać, jakby szukała robaka.

– Za dużo kapusty. I grzyby jakieś... nieprzebrane – mruknęła.

– Sama je suszyłam – odparłam cicho.

– To na przyszłość proponuję sprawdzić, co się wkłada do środka.

Mateusz popatrzył na mnie z przerażeniem. A ja siedziałam w ciszy, zaciskając dłonie pod stołem, żeby nie wstać i nie wyjść.

Gość nie do zniesienia

Z każdą minutą teściowa zdawała się coraz bardziej rozsiadać w swoim poczuciu wyższości. Kiedy zaczęłam podawać rybę po grecku, rzuciła tylko:

– Mam nadzieję, że przynajmniej tu nie ma niespodzianek.

Spojrzałam na Mateusza, ale on już uciekł wzrokiem w stronę choinki. Jedliśmy w napięciu, jakby każdy widelec mógł wywołać kolejny komentarz. A te nie ustawały.

– A co to za ciasto? – zapytała, wskazując na sernik. – Wygląda... interesująco.

– Klasyczny, z przepisu mojej mamy – odparłam.

– Och, czyli z korzeniami – uniosła brwi. – Może i klasyczny, ale bardzo zbity. Jak cegła.

Nie odpowiedziałam. Przełknęłam ślinę i wróciłam do nalewania kompotu z suszu. Ręce mi drżały.

Po chwili sięgnęła po bombkę z choinki i zaczęła nią obracać w palcach.

– Plastik? – zapytała, jakby to był zarzut karny.

– Tak. Dzieciaki ją wybierały – rzucił Mateusz.

– No tak, teraz wszystko plastikowe. Tradycja się kończy.

Gdy usiadła znów do stołu, podsunęła sobie miseczkę z orzechami i... rozłupała jednego zębami. A potem wytarła ręce w obrus.

Patrzyłam na to wszystko i czułam, jak coś się we mnie gotuje. Cały wysiłek, całe serce włożone w ten wieczór – zdeptane, zignorowane, oplute. Czułam, że zbliża się do granicy. Że za chwilę powiem coś, czego nie cofnę.

I stało się

Wstałam od stołu, niby tylko po to, by sięgnąć po serwetki, ale tak naprawdę musiałam złapać oddech. Stałam przez chwilę przy kuchennym blacie i liczyłam do dziesięciu, próbując się uspokoić. Nie chciałam awantury przy świątecznym stole. Nie w Wigilię. Nie przed Mateuszem.

Gdy wróciłam, zobaczyłam, że teściowa znów coś komentuje szeptem, nachylona do syna. Uśmiechał się niezręcznie, jakby go to bawiło. Ale mnie już nie było do śmiechu.

Czy coś nie tak? – zapytałam, nie kryjąc już zdenerwowania.

– Ja tylko powiedziałam Mateuszowi, że nie każdy ma rękę do kuchni. Ale to przecież nie grzech – rzuciła z tym swoim zimnym uśmiechem. – Chciałaś dobrze, może po prostu brakuje ci doświadczenia.

– Ty też je kiedyś zdobywałaś – odpowiedziałam twardo. – Tylko może nikt wtedy nie pluł twoim jedzeniem.

Zapadła cisza. Nawet Mateusz zamarł z widelcem w powietrzu.

– Jak ty się do mnie odzywasz?! – warknęła teściowa.

– Dokładnie tak, jak się zachowujesz. Z brakiem szacunku.

Nie powiedziała już nic. Z trudem wstała od stołu, włożyła płaszcz, nawet nie czekając na deser. Trzasnęła drzwiami tak, że aż dzwonek zadźwięczał. Mateusz milczał. W końcu wstał i bez słowa poszedł do sypialni. A ja zostałam sama przy pięknie nakrytym stole, przy którym nikt nie chciał siedzieć.

Zderzenie dwóch światów

Siedziałam w ciszy jeszcze długo po tym, jak teściowa wyszła, a Mateusz zamknął się w sypialni. Świece dopalały się powoli, na talerzach zastygł barszcz, którego nikt nie dokończył. Za oknem prószył lekki śnieg, ale w środku było duszno od napięcia. Tyle wysiłku, tyle emocji – wszystko rozsypało się w kilka godzin.

Nie wiedziałam, czy bardziej mi żal świąt, które miały być piękne, czy samej siebie – tej kobiety, która tak bardzo próbowała przypodobać się komuś, kto nigdy nie będzie chciał mnie zaakceptować. To nie ja zawiodłam, tylko prysły złudzenia, które sobie stworzyłam?

Następnego dnia Mateusz usiadł przy kuchennym stole i spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Po co to było? Nie mogłaś się ugryźć w język?

– Po co to było? – powtórzyłam, patrząc mu prosto w oczy. – Może po to, żeby w końcu przestać się bać. Żeby nie dać sobą pomiatać. Bo ja nie zapraszam gości po to, żeby mnie poniżali.

Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł z kuchni. I tak, przez resztę świąt było między nami cicho. Ale pierwszy raz od dawna czułam, że chociaż wszystko się posypało, ja przynajmniej nie straciłam samej siebie. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze zaproszę ją na Wigilię. Ale jeśli tak – to już nie po to, by się jej przypodobać.

Natalia, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama