Reklama

Codzienność w domu Heleny, mojej teściowej, przypominała niekończący się egzamin z cierpliwości. Każdy poranek zaczynał się od tych samych gorzkich słów krytyki.

– Znowu sól sypiesz, jakbyś studnię zasypywała – mówiła teściowa, ledwo zajrzała do garnka.

– Przepraszam, może trochę za dużo… – odpowiadałam, jak zawsze, starając się, by głos nie drżał.

Piotr siedział wtedy przy stole z gazetą. Nie mówił nic. Nigdy nic nie mówił. Udawał, że go to nie dotyczy, że między mną a jego matką jest jakiś inny, osobny świat, do którego on nie ma wstępu. A przecież to jego dom. Nasz dom – teoretycznie.

Teściowa mnie krytykowała

Zupa za słona. Dziecko źle ubrane. Pranie źle rozwieszone. Nawet sposób, w jaki składam ręczniki, był niewłaściwy. Helena wiedziała wszystko najlepiej, a ja coraz częściej miałam wrażenie, że nawet mój oddech jej przeszkadza. Czasem, gdy Antoś śmiał się w salonie, biegł z klockami w rękach, próbowałam złapać oddech. Uśmiechałam się do niego, jakby to miało wystarczyć, żeby nie czuć w środku tego, co naprawdę się działo. Ale po chwili słyszałam zza ściany głos Heleny:

– Nie biegaj, bo się spocisz! Marta, zobacz, jak on wygląda!

– i znowu czułam, jak coś we mnie maleje.

W nocy, gdy Piotr spał obok mnie, wpatrywałam się w sufit. Czasem chciałam go obudzić, powiedzieć: Zrób coś. Powiedz jej, że przesadza. Powiedz, że to też mój dom. Ale jego sen był głęboki i spokojny – jakby naprawdę nic nie słyszał. A ja z każdym dniem czułam się coraz bardziej jak intruz. Jak ktoś, kto nie pasuje do tej przestrzeni, do tych starych ścian.

Kiedyś mówiłam sobie, że to tylko przejściowe, że po prostu się dotrzemy. Ale teściowa się nie zmieniała. I ja też już nie miałam siły udawać, że wszystko jest w porządku. Pamiętam tamten wieczór. Gotowałam rosół – dokładnie tak, jak zawsze. Cichutko, żeby nie obudzić Antosia, żeby nie prowokować dyskusji. Helena weszła do kuchni, spojrzała w garnek i uniosła brew.

Znowu za dużo wody. Tak to nie może być, Marta – powiedziała chłodno, jakby diagnozowała chorobę.

Uśmiechnęłam się wtedy. Automatycznie. Tak jak uczyłam się przez te wszystkie miesiące – żeby nie wybuchnąć, żeby nie okazać gniewu. To był mój ostatni uśmiech dla niej.

To było jak policzek

Tego dnia w powietrzu wisiało coś ciężkiego. Helena od rana chodziła po domu z miną sędziego, który czeka tylko na pretekst, żeby wydać wyrok. Antoś bawił się klockami na dywanie, a Piotr jak zwykle wlepiał wzrok w ekran telefonu, jakby tam mogło się znaleźć coś ważniejszego od tego, co działo się między nami. Gotowałam rosół. Cichy bulgot w garnku był jedynym dźwiękiem, który nie przyprawiał mnie o dreszcze. Zupa pachniała domem, bezpieczeństwem, wszystkim, czego w tym miejscu coraz bardziej brakowało.

Helena weszła do kuchni bez słowa. Usiadła przy stole i przez chwilę patrzyła, jak nalewam zupę do talerza. Czułam jej spojrzenie na plecach.

Nie będę tego jadła. To nawet nie pachnie jak rosół – powiedziała spokojnie, ale w tym spokoju było coś lodowatego.

– Zrobiłam, jak zawsze – odparłam cicho.

– Właśnie. I zawsze jest źle.

Jej głos przeciął powietrze jak nóż. Nie podniosłam wzroku. Wzięła talerz, podeszła do zlewu i bez cienia zawahania wylała zawartość. Patrzyłam, jak złoty wywar spływa do kratki. Ten gest był jak policzek. Nie zrobiła tego pierwszy raz, ale dopiero wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o zupę. Chodziło o mnie. W tej samej chwili do kuchni wszedł Piotr. Zatrzymał się w progu, spojrzał na matkę, potem na mnie. Miałam nadzieję, że powie coś, choć jedno słowo. Nic. Usiadł przy stole, udając, że szuka czegoś w telefonie.

– Widzisz, Piotrek? – Helena zwróciła się do niego, jakbym nie stała dwa kroki dalej. – Nawet zupy nie potrafi zrobić.

Nie odpowiedział. Wtedy coś we mnie ucichło. Nie czułam złości ani wstydu, tylko chłód. Wzięłam ścierkę, przetarłam blat, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, i wyszłam z kuchni. Helena coś jeszcze mówiła, ale już jej nie słyszałam. W tym monecie podjęłam decyzję, z którą zwlekałam zbyt długo.

Miałam tego dość

W pokoju Antoś siedział na dywanie i śpiewał cicho swoją ulubioną piosenkę. Spojrzałam na niego, a potem na plecak leżący przy szafce. Włożyłam do środka piżamę, szczoteczkę do zębów i jego ulubionego misia. Słyszałam, jak drzwi od kuchni się otwierają.

– Marta, a ty dokąd…?

– zapytał Piotr, zaskoczony, jakby dopiero teraz zauważył, że istnieję.

– Do miejsca, gdzie nie komentują, jak pachnie obiad – odpowiedziałam spokojnie.

Antoś przytulił się do mnie, jakby wiedział, że to nie spacer. Wyszliśmy. Za drzwiami pachniało zimnym powietrzem i wolnością, o której dawno zapomniałam. Nocowaliśmy u mojej mamy. Nie zadawała pytań, tylko otworzyła drzwi i przytuliła mnie mocno. W jej mieszkaniu było cicho i spokojnie. Antoś zasnął od razu, wtulony w koc, a ja długo siedziałam przy stole w kuchni, słuchając ciszy.

– A Piotr? Nic nie powiedział? – spytała mama, kiedy nalała mi herbaty.

– Nie musiał. Jego milczenie wszystko mi powiedziało – odpowiedziałam, wpatrując się w parę unoszącą się znad kubka.

Pierwszego dnia czułam spokój, drugiego – pustkę. Myślałam, że zadzwoni. Nie zadzwonił. Zastanawiałam się, czy w ogóle zauważył, że nas nie ma. Antoś bawił się spokojnie, a ja słuchałam jego śmiechu jak muzyki. To był pierwszy śmiech od dawna, który nie budził we mnie lęku, że ktoś zaraz powie: „Ciszej, bo głowa boli”.

Dwa dni później telefon wreszcie zadzwonił. Na ekranie pojawiło się jego imię.

Mama chce porozmawiać – powiedział Piotr.

Zacisnęłam palce na słuchawce.

– Niech to będzie nasza rozmowa, nie jej – odparłam i rozłączyłam się.

Postawiłam mu ultimatum

Wróciłam trzy dni później. Nie po to, by przepraszać, tylko żeby postawić granicę. W drzwiach czułam ten sam zapach, co zawsze – gotowanego rosołu i lawendy z szafy. Helena siedziała w salonie w swoim ulubionym fotelu, Piotr stał obok niej, jak uczeń wezwany do tablicy.

– Nie rozumiem, co w ciebie wstąpiło – powiedziała teściowa, nie odrywając wzroku od telewizora.

– Ja też długo nie rozumiałam – odpowiedziałam.

– Usiądźmy, porozmawiajmy spokojnie – Piotr próbował złagodzić ton.

– Nie przyszłam rozmawiać o zupie – przerwałam.

Położyłam na stole teczkę z dokumentem. Helena zmarszczyła brwi. Piotr spojrzał na mnie niepewnie.

Znalazłam nam dom. Mały, ale własny. Taki, w którym nikt nie musi przepraszać za to, jak kto gotuje – powiedziałam.

W pokoju zrobiło się cicho. Helena odłożyła okulary i spojrzała na syna.

– To szantaż?

– Nie. To wybór. Twój syn ma go po raz pierwszy – odparłam spokojnie.

Piotr spuścił głowę. Wiedziałam, że nie powie nic przy niej. Odwróciłam się i wyszłam z pokoju. Na korytarzu słyszałam jeszcze, jak Helena mówi:

– Jak wyjdzie, to już niech lepiej nie wraca.

Nie obejrzałam się. W mojej torbie leżał klucz do nowego mieszkania. Czułam, że pierwszy raz od dawna to ja decydowałam o sobie.

Nie miałam zamiaru tam zostać

Spotkaliśmy się następnego dnia, już bez Heleny. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, który pamiętał każde nasze milczenie. Piotr wyglądał na zmęczonego. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało.

Mama się zmieni. Daj jej czas – powiedział w końcu.

– Nie chcę wychowywać Antosia w domu, gdzie dorosły mężczyzna nie ma głosu – odpowiedziałam spokojnie.

– A jeśli pójdę z tobą? – zapytał po chwili.

To będzie twój wybór, nie jej decyzja.

Oparł łokcie na stole i ukrył twarz w dłoniach. Widziałam, że walczy sam ze sobą, jakby po raz pierwszy miał coś naprawdę postanowić. W końcu wstał, podszedł do okna i długo patrzył na ogród, który pielęgnowała jego matka.

Nie potrafię jej zostawić – powiedział cicho.

– Wiem – odparłam i położyłam na stole kopię kluczy do nowego mieszkania. – Ale ja już nie potrafię tu zostać.

Wyszłam, zanim zdążył odpowiedzieć. Na klatce czułam jeszcze zapach jej obiadu. Przyspieszyłam kroku, żeby nie przesiąknąć nim i tą grobową atmosferą.

Wieczorem wyobrażałam sobie, jak siedzą naprzeciw siebie przy tym samym stole. Milczą, jak zawsze. Helena pije herbatę, Piotr patrzy w okno. A między nimi głucha cisza.

Teraz gotuję dla siebie

Nowe mieszkanie pachniało farbą i świeżym chlebem. Było małe, zbyt ciche, ale moje. Antoś spał w pokoiku obok, z misiem pod pachą. Siedziałam przy stole z kubkiem herbaty i patrzyłam na światła miasta odbijające się w szybie. Przez chwilę ogarnęło mnie uczucie pustki, ale zaraz potem przyszło coś innego – spokój.

Nie wiedziałam, czy Piotr kiedyś przyjdzie. Przez pierwsze dni włączałam telefon, czekając na jego wiadomość, ale im dłużej milczał, tym wyraźniej rozumiałam, że już nie muszę czekać. W tym milczeniu było coś uwalniającego.

Rano poszłam do sklepu po warzywa. Kupiłam marchew, pietruszkę, kawałek kurczaka. Wróciłam i nastawiłam zupę. Kiedy woda zaczęła bulgotać, uniósł się zapach rosołu. Usiadłam przy stole i nalałam sobie talerz. Jadłam powoli, słuchając ciszy, która wcale nie była pusta.

Pierwszy raz od dawna nikt nie mówił, że coś jest za słone, że nie tak, że można lepiej. Byłam tylko ja, Antoś i zupa, którą zrobiłam tak, jak chciałam. Może to nie był nowy początek, raczej oddech po długim, dusznym dniu. Ale kiedy spróbowałam kolejnej łyżki, poczułam, że wreszcie gotuję dla siebie.

Marta, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama