Reklama

Nie mieszkamy razem, ale mam wrażenie, że i tak jest ciągle z nami. Krystyna – matka mojego męża. Teściowa. Słowo, które w moim słowniku zawsze miało nieprzyjemny posmak. Niby tylko telefon tu, wizyta tam, ale kiedy pojawia się w naszym życiu, robi to z przytupem. Wszystko wie najlepiej – jak prać, jak wychowywać dzieci, czym leczyć katar i na co mój Marek ma uczulenie (choć on sam twierdzi, że nie ma żadnych alergii).

Zawsze grzeczna, zawsze z uśmiechem, ale tak, że człowiek czuje się jak po egzaminie u surowej profesor. Czasem mam ochotę jej odpowiedzieć, że dzieci też czasem jedzą fast-foody i jakoś nie umarły. Ale tylko zaciskam zęby.

Kiedy powiedziała, że wyjeżdża do sanatorium – nie potrafiłam ukryć ulgi. Miesiąc ciszy. Miesiąc bez komentarzy. Bez pytania „co dziś ugotowałaś chłopakom?” i krytycznego spojrzenia na mój nieuprasowany obrus. Miałam idealny plan – wracać do domu po pracy, wyciągać nogi na kanapie i oglądać seriale. Wreszcie zjeść kolację bez świadków i nie myśleć o niczym, oprócz tego, który z bohaterów zginie w kolejnym odcinku.

Minął tydzień tego mojego małego raju. Telefon zadzwonił o 21:03. Marek był pod prysznicem, dzieci spały. Na ekranie – „Krystyna”.

Odebrałam z duszą na ramieniu.

– Iza... – zaczęła dramatycznie teściowa. – Źle się czuję… Strasznie źle. Może przyjechałabyś?

– Co się stało? – usiadłam, przeczuwając najgorsze.

– Coś mnie bierze. Gorączka, zawroty głowy… I ta kobieta z pokoju, Wanda... ona się śmieje, ale ja wiem, że to nie są przeziębienia. To może być coś poważniejszego.

– A lekarz? Byłaś?

– Taaaak, był. Ale oni tu mają jedną diagnozę na wszystko. A ja czuję, że coś jest nie tak. I nie mam tu nikogo. Przyjechałabyś na weekend?

Poczułam, jak moja planowana samotna kąpiel znika w otchłani.

– Dobrze – powiedziałam cicho. – Przyjadę.

Nie wiem, czemu się zgodziłam. Może przez poczucie winy. Może przez tę nutę w jej głosie, która była czymś więcej niż „choroba”. Czułam, że ten wyjazd nie będzie łatwy.

Na chorą nie wyglądała

Dojechałam przed południem. Wzięłam dzień wolnego, choć w pracy nie było to łatwe. Zamiast spokojnie sprawdzać wypracowania przy kawie, tłukłam się pociągiem przez pół Polski, a potem szukałam wiaty przystankowej z autobusem, który zatrzymywał się pod sanatorium. Wysiadłam z torbą, zmęczona i wściekła, bo nikt nawet nie zaproponował, żeby po mnie wyjść.

Krystyna czekała przy wejściu. Ubrana w płaszcz, jakby wybierała się na pogrzeb, z miną zwiastującą katastrofę. Gdy tylko mnie zobaczyła, westchnęła z przesadą, której mogłaby uczyć aktorów.

– W końcu jesteś… – powiedziała, jakby leżała na łożu śmierci.

– Cześć, mamo. Co się dzieje?

– No nic. Ale czuję się okropnie. Dobrze, że przyjechałaś. Ta Wanda to nie kobieta, to cygańska dusza w koronkach. W nocy chrapie, w dzień flirtuje. Z każdym, kto się rusza. Nawet do Edmunda się wdzięczy. A przecież ledwo go poznała!

Zatrzymałam się na schodach.

– Kto to Edmund?

– Nowy. Przystojny wdowiec z Ciechocinka. Dwa dni temu przyjechał, a już cała stołówka o nim mówi. I oczywiście ta Wanda... ledwo go zobaczyła, już zaprosiła go na wieczorek taneczny.

Patrzyłam na teściową i przez moment nie wiedziałam, czy się śmiać, czy uciekać. Miała wypieki na policzkach i błysk w oku, którego nie widziałam u niej od lat. Na chorą nie wyglądała.

– Czyli... nie gorączkujesz?

– Wczoraj miałam. Lekarka powiedziała, że to tylko zmęczenie. Ale ja wiem swoje. Czuję się osłabiona. I jeszcze ta kobieta. To nie na moje nerwy. Poza tym, jak Edmund spojrzał dziś na mnie przy śniadaniu, to Wanda aż przysunęła mu swój kompot.

– Mamo... przyjechałam, bo myślałam, że coś się dzieje poważnego.

– Bo się dzieje! Zostanę tu do końca turnusu jak cień tej baby? Mam prawo do odrobiny godności.

Nie odpowiedziałam. Weszłyśmy do środka. Pokój był nieduży, dwa łóżka, pomiędzy szafa i jedno krzesło. Wanda, jak się okazało, akurat była na zabiegach. Krystyna rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie, jakbyśmy były w jakimś szpiegowskim układzie.

– Zostaniesz na weekend?

Nie planowałam tego. Miałam wracać następnego dnia rano. Ale coś w jej głosie – nie słabość, raczej duma, która tym razem wydawała się poraniona – sprawiło, że się zawahałam.

– Zobaczę, czy znajdę pokój.

Krystyna pokiwała głową z takim triumfem, że od razu pożałowałam swojej miękkości. Ale coś mnie powstrzymało przed ucieczką. Może to był cień współczucia, może zwykła ciekawość, co jeszcze się wydarzy.

Nocna rozmowa

Wieczorem zjedliśmy kolację w stołówce. Było głośno, gwarno i nieco duszno. Wanda wróciła z zabiegów w doskonałym humorze. Przywitała mnie z przesadną serdecznością, jakbyśmy się znały od lat. Krystyna nie odpowiedziała na jej uśmiech, udawała, że właśnie musi dolać sobie herbaty.

Edmund siedział trzy stoliki dalej. Wanda pomachała do niego dłonią z lakierem w odcieniu ciemnego wina, a on ukłonił się lekko i wrócił do rozmowy z jakąś kuracjuszką w zielonym swetrze. Teściowa przez cały posiłek ani razu nie podniosła wzroku. Zjadła swoją kolację w milczeniu, odsunęła talerz i oznajmiła:

– Idziemy. Iza, zapraszam na herbatę do pokoju. Mam w termosie.

W pokoju rozgościłam się na krześle, a Krystyna rozlała napój do kubków. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie, na dwóch różnych biegunach. Ja – zmęczona. Ona – napięta, jakby czekała na jakąś walkę.

– No mów. Myślisz, że jestem zazdrosna?

Nie zdążyłam odpowiedzieć.

No jestem. I co z tego? Nie lubię być odstawiona na bok. Zawsze byłam tą, którą się widzi, słyszy. A tu... ludzie mnie mijają, jakbym była przezroczysta.

Upiła łyk. Spojrzała na mnie jak ktoś, kto nie chce litości, ale domaga się uznania.

– Nigdy mnie nie lubiłaś – rzuciła nagle. – I nie musisz się wypierać. Od razu było widać. Cicha, grzeczna, ale jak patrzysz, to jakbyś mnie rozliczała.

– Ty też nie robiłaś nic, żeby mi ułatwić życie – odpowiedziałam spokojnie. – Od początku uważałaś, że nie zasługuję na twojego syna.

– Bo myślałam, że go wyciągniesz z domu, że go zmienisz. A Marek... on potrzebował kobiety, która zadba, ugotuje, przypilnuje. Ty zawsze byłaś taka... wycofana. Z książką, z dystansem. Jakbyś była obok, a nie z nim.

– Może dlatego, że nie chciałam z nim konkurować o twoją uwagę.

Zapadła cisza. Długa, ciężka. Krystyna wypiła resztę herbaty i spojrzała na mnie z czymś, czego dawno u niej nie widziałam. Nie była to złośliwość, raczej zmęczenie.

– Wiesz, Iza... Ja po prostu nie umiem być inna. Całe życie ktoś czegoś ode mnie chciał. Mąż – żeby było czysto i cicho. Marek – żeby nie wchodzić mu w życie, ale mieć go pod ręką. A jak przychodzę z czymś do was, to czuję się jak intruz. Ty milczysz, on się śpieszy.

– Bo jesteśmy zmęczeni. A ty jesteś... intensywna. Nie da się przy tobie czuć całkiem swobodnie.

Krystyna roześmiała się, pierwszy raz tego wieczoru.

Marek mówił kiedyś to samo. „Mamo, przy tobie człowiek nie może być sobą, bo ty zawsze lepiej wiesz, kim powinien być”. A ja myślałam, że go chronię. Przed życiem, kobietami, porażkami. Może też przed tobą. Bo byłaś taka inna.

– Inność to nie grzech.

– Wiem. Teraz już wiem. I wcale nie jesteś taka zła, tylko… nie moja. I to boli najbardziej.

Siedziałyśmy jeszcze chwilę w ciszy. Za drzwiami słychać było głosy, śmiechy, jakiś trzask talerzy w kuchni. I nagle ten pokój, ten wieczór, wydawał się jedynym miejscem na świecie, gdzie mogłyśmy porozmawiać naprawdę.

Niedzielny poranek i wyjazd

Obudziłam się przed siódmą, choć planowałam spać dłużej. Zamiast hałasu dzieci czy budzika Marka, obudziło mnie skrzypienie łóżka obok i szuranie kapci o wykładzinę. Krystyna w piżamie w kratę siedziała przy oknie i wyglądała na zewnątrz. Zanim zdążyłam się odezwać, powiedziała cicho:

– Edmund już chodzi. Codziennie wychodzi o tej porze. Ma swój rytuał. I zawsze spacer. Dobrze, że jeszcze mu się chce.

Usiadłam na łóżku i przeciągnęłam się, ale jakoś bez entuzjazmu. Miałam dziwne uczucie – trochę jakby było mi lżej, a trochę jakby coś we mnie zostało rozgrzebane. Krystyna spojrzała na mnie przez ramię.

– Nie chrapię, prawda?

– Nie – uśmiechnęłam się. – Za to mówisz przez sen.

– Serio? Coś głupiego?

– Mówiłaś „zostaw ten kompot, głupi chłopie, to nie dla ciebie”.

Parsknęła śmiechem. Od razu zrobiło się jakoś… normalniej.

Przy śniadaniu była milsza niż zwykle. Nie komentowała, co biorę na talerz, nie krytykowała mojej kawy bez mleka. Rozmawiała z Wandą, ale spokojnie, bez cienia sarkazmu. O Edmundzie nie padło ani jedno słowo.

Po posiłku zaczęłam się zbierać. Teściowa odprowadziła mnie do drzwi. Zatrzymała się w progu, poprawiła kołnierz kurtki i powiedziała:

– Nie sądziłam, że tyle wytrzymasz.

– Nie sądziłam, że tyle powiesz – odpowiedziałam, patrząc jej prosto w oczy.

Chwilę milczała, a potem dodała:

– Nie pokochamy się, ale może… przestaniemy się ranić.

To nie było wyznanie, nie oczekiwała odwzajemnienia. Raczej umowa zawarta bez papieru, tylko spojrzeniem.

– Tego bym sobie życzyła – odpowiedziałam. – I tobie też.

Pociąg był opóźniony, ale tym razem nie byłam zła. Siedząc na peronie, patrzyłam na ludzi w sanatoryjnych kurteczkach, z tym samym spojrzeniem: trochę zdziwieni, że jeszcze coś ich obchodzi. Przypomniałam sobie Krystynę, jak mówi, że zawsze musiała być widoczna, że nie umiała inaczej. Może naprawdę próbowała. Może też jest zmęczona tą swoją intensywnością.

Nie myślałam, że ją kiedykolwiek zrozumiem

Wróciłam do domu wieczorem. Marek czekał z kolacją – jego klasyczne spaghetti z puszki i tartym serem. Dzieci kłóciły się o pilota, a w kuchni leżał rozładowany telefon. Wszystko było dokładnie tak, jak zostawiłam.

I jak było? – zapytał Marek, nalewając mi soku.

– Niespodziewanie dobrze – odpowiedziałam i nawet sama się zdziwiłam tonem głosu.

Usiadł naprzeciwko, przyglądał mi się chwilę, jakby próbował ocenić, czy mówiłam serio.

– Mówisz o tym samym sanatorium, gdzie mama walczy o Edmunda?

– Mówię.

– I o tej samej mamie, która dramatyzuje przy każdej okazji?

– Właśnie o niej.

Pokręcił głową z niedowierzaniem, ale nie dopytywał. Wiedział, że jeśli będę chciała, to opowiem. A ja nie miałam na to ochoty. Nie dlatego, że coś ukrywałam. Po prostu czułam, że te dwa dni były tylko dla mnie i... dla niej.

Następnego dnia, jak zwykle, odebrałam telefon od Krystyny. Głos miała pogodny, opowiadała o nowym planie zajęć, o tym, że Edmund zaczął siadać z nimi przy stoliku, a Wanda ma dziś wolne, więc może „przypadkiem” pójdą razem na spacer.

– A ty, Iza, jak się czujesz? Odpoczęłaś po tym swoim weekendzie?

– Trochę – odpowiedziałam.

– Bo wiesz… jesteś lepsza, niż myślałam. Po prostu inna.

Nie odpowiedziałam od razu. Ale potem, długo po rozmowie, wróciłam do tych słów.

Nigdy nie będzie między nami idealnie. Ale może już nie musimy się osądzać. Może wystarczy, że przestaniemy się przeganiać z życia nawzajem. To był tylko weekend. Nieplanowany. Ale czasem tyle wystarczy, żeby zmienić kierunek, w którym się patrzy.

Iza, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama