Reklama

Moja teściowa nigdy mnie nie zaakceptowała. Nawet nie próbowała. Dla niej byłam „tą dziewczyną z bloku”, która poderwała jej jedynego syna i odebrała go rodzinie. Krytykowała wszystkie moje wybory, nie zauważała sukcesów. Według niej skończyłam złe studia, miałam slabą pracę i zbyt nowoczesny styl.

Chciałam jakoś przebić ten mur. Przez lata starałam się zaskarbić sobie jej sympatię. Przynosiłam ciasta, zapraszałam na imieniny, kupowałam upominki. Ale to zawsze było jednostronne. Ona nie miała dla mnie nawet odrobiny ciepła. A odkąd urodził się Jasiek, zrobiła się jeszcze bardziej nieprzyjemna.

„Wnuk to obowiązek, nie radość” – powiedziała raz przy obiedzie. Z czasem przestaliśmy ją odwiedzać. Mąż wciąż próbował – jeździł z synem sam. A ja? Ja miałam dość. I w tym roku Dzień Babci będzie dla niej zupełnie inny niż zwykle. Samotny.

Teściowa mi nie odpuszczała

Kiedy zaczęłam spotykać się z Pawłem, jego mama udawała uprzejmą. Przysyłała słoiki z ogórkami, zapraszała na rosół w niedzielę. Ale wystarczyło, że wychodziłam do łazienki, a z kuchni słyszałam szepty:

– Ona nie umie nawet obrać ziemniaków... A ty, synu, zawsze miałeś gust do takich delikatnych.

Po ślubie zamieszkaliśmy razm, z dala od rodziców, co – jak wtedy sądziłam – było wybawieniem. Ale Paweł co tydzień jeździł do mamy. Wtedy zaczęły się porównania:

– Maryla, córka sąsiadów, zrobiła doktorat i wyszła za lekarza. A ty? Ty wziąłeś dziewczynę, która pracuje w spożywczaku i ma na sobie sweter z pętelkami.

Uśmiechałam się, zaciskałam zęby i milczałam. Przez pierwsze lata naprawdę próbowałam ją rozumieć. Była sama, od kilkunastu lat wdowa, może czuła się odtrącona? Ale im więcej dawałam z siebie, tym bardziej czułam, że nie jestem mile widziana. A najgorsze miało dopiero nadejść – wtedy, gdy pojawił się nasz syn.

Była dla nas zimna jak lód

Gdy zaszłam w ciążę, Paweł był zachwycony. Przyniósł do domu kwiaty, zadzwonił do mamy, a ta... nawet nie zapytała, jak się czuję. Zamiast tego powiedziała tylko:

– No to teraz się wkopaliście. Dziecko to nie tylko słodkie uśmieszki i kolorowe śpiochy. Sami zobaczycie.

W szpitalu nas nie odwiedziła. Nie zadzwoniła. Nie przyniosła nawet jednego body czy pieluchy. Gdy Jasiek miał trzy miesiące, postanowiliśmy podjechać do niej w odwiedziny. Paweł zapowiedział nas dzień wcześniej. Miałam nadzieję, że może teraz, kiedy zobaczy wnuka, coś się zmieni.

Na stole stała zimna herbata i paczka herbatników. Bez słowa podała mi krzesło, jakbyśmy przyszli z urzędu, nie z dzieckiem.

– Dziecko śpi? – spytała lodowatym tonem.

– Nie, tylko ziewa – odpowiedziałam łagodnie, podając jej Jaśka.

Wzięła go jakby był kimś obcym. Zerknęła, odłożyła do nosidełka i już więcej się nim nie zainteresowała. Wróciliśmy do domu z ciężkim sercem. Ja – z płaczem, Paweł – z frustracją. A ona? Ona nie zadzwoniła przez kolejne dwa miesiące.

Wreszcie przestało boleć

To było zaraz po Nowym Roku. Paweł znów pojechał do niej z Jaśkiem, bo mnie rozłożyła grypa. Wrócił szybciej, niż się spodziewałam. Wszedł do mieszkania, rzucił klucze i westchnął ciężko.

– Mam dość. Wiesz, co powiedziała, jak wszedłem z małym?

Pokręciłam głową.

– Że „z dzieckiem nie przychodzi się bez zapowiedzi, bo ktoś może sobie tego nie życzyć”.

Zamurowało mnie.

– A pięć minut później – dodał – wyciągnęła z kredensu kopertę, zasłoniła ją dłonią i powiedziała: „Ksiądz po kolędzie przyjdzie, nie wypada dać mniej niż stówkę”.

Stałam chwilę w ciszy. I nagle wybuchłam śmiechem. Nie z radości. Ze zmęczenia. Z poczucia absurdu.

– Dla wnuka nie ma nawet czekoladki, a księdzu daje stówkę „bo nie wypada”?

Od tego dnia przestaliśmy jeździć. Paweł miał dość. Powiedział, że nie chce, by Jasiek widział, że ktoś go traktuje jak mebel. A mnie... mnie wreszcie przestało boleć.

Przestałam się łudzić

W listopadzie Paweł dostał telefon. Teściowa przewróciła się na schodach. Noga w gipsie, trzeba się nią było zaopiekować, posprzątać mieszkanie, zrobić zakupy. Pojechał sam, bo Jasiek był chory. Gdy wrócił, był blady.

– Ola, ona... – zająknął się. – Ona spytała, czy może przyjść do nas na Wigilię.

Zdziwiło mnie to, ale nie zaskoczyło. Wiedziałam, że nie chce być sama. Zgodziłam się. Dla Pawła, nie dla niej.

W Wigilię przyniosła dwie sałatki i woreczek z orzechami. Usiedliśmy przy stole. Nie odzywała się. Jaśkowi wręczyła książeczkę z naklejkami – z kiosku, wciąż z ceną. Dziecko podziękowało, przytuliło się do niej. A ona... odsunęła się.

Po kolacji wyszła wcześniej niż wszyscy. I wtedy wiedziałam już wszystko. Wiedziałam, że ta relacja nie ożyje, nie rozkwitnie. Bo żeby coś się zmieniło, trzeba chcieć. A ona – nie chciała nigdy.

Bałam się Dnia Babci

Nadszedł styczeń, zbliżał się Dzień Babci. Bałam sie tego. Wiedziałam, że wypada, że przecież jest jej wnuczkiem, ale za wszelką cenę chciałam tego uniknąć. Na szczęście Paweł powiedział:

W tym roku nie jedziemy. Nie chcę, żeby Jasiek znów patrzył na babcię, która nic o nim nie wie.

– Myślisz, że zadzwoni? – spytałam.

– Nie – odpowiedział. – Jeśli jej nie zaprosimy, to się obrazi. A jeśli zaprosimy, przyjdzie jak na złość.

Minął tydzień, potem drugi. Aż w końcu przyszedł 21 stycznia. Dzień Babci. Upiekliśmy z Jaśkiem babeczki z malinami. Zaniesione do mojej mamy. Były pocałunki, śmiech, kolorowe laurki. Wieczorem Jasiek zapytał:

– A do babci Heli nie jedziemy?

– Babcia Hela dzisiaj odpoczywa – powiedziałam.

Nie zadzwoniła, nie napisała. Nie zapytała, czy Jasiek pamięta o niej. A przecież jeszcze dwa tygodnie wcześniej dawała księdzu dwieście złotych i żegnała go słowami: „Niech się ojciec ciepło trzyma w tych trudnych czasach”.

Nie chciałam go zmuszać

Nie zadzwoniła ani w Dzień Babci, ani później. Przez cały tydzień cisza. Wiedziałam, że była w domu – sąsiadka widziała zapalone światło. Żadnych życzeń, żadnego: „Czy Jasiek o mnie pamiętał?”.

Zastanawiałam się przez chwilę, czy powinnam. Czy nie powinnam mu kazać zadzwonić. Ale potem pomyślałam: on ma dopiero sześć lat. I jeszcze zdąży się nauczyć, że uczucia działają w obie strony. Że jeśli ktoś nie chce być blisko, nie trzeba za nim biegać i prosić o uczucia. To powinno przychodzić naturalnie.

Dzień Babci minął. Jaśek narysował obrazek dla mojej mamy i powiedział:

– Babcia Ania to moja najlepsza babcia. A ta druga? Ta, co nie lubi moich urodzin?

Uśmiechnęłam się smutno.

– Ta druga chyba jeszcze się nie nauczyła, co to znaczy być babcią.

A potem zrobiliśmy gorącą czekoladę i przykryliśmy się jednym kocem. A teściowa? Siedziała tam, u siebie, z własną dumą, własną ciszą i brakiem wnuka na Dzień Babci.

Ola, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama