Reklama

Czasem mam wrażenie, że dla mojej teściowej nie istnieję. A przynajmniej nie jako człowiek. Jestem raczej dodatkiem do jej syna, kimś, kto zajmuje się praniem, gotowaniem i odwożeniem wnuczek na balet. Kiedyś naiwnie wierzyłam, że to się zmieni. Że mnie zaakceptuje, przyjmie do rodziny. Że choć raz spojrzy na mnie nie jak na konkurencję o względy swojego jedynaka, tylko jak na kobietę, która naprawdę go kocha. I która stara się każdego dnia, żeby nasze dzieci były szczęśliwe. Miałam nadzieję, że kiedyś, przy jakiejś okazji, powie coś miłego. Albo zaprosi mnie na herbatę. Uśmiechała się tylko do wnuczek i do mojego męża. A mnie – jakby w ogóle nie było. I kiedy sądziłam, że już mnie nic nie zdziwi, przyszedł ten jeden dzień. Dzień Babci.

Byłam wściekła

– Wiesz co, mama zaprosiła nas w niedzielę na obiad – oznajmił mąż przy śniadaniu, jakby mówił o czymś najzupełniej naturalnym.

Nas? – uniosłam brwi, już przeczuwając, że znowu będzie to samo.

– No, mnie i dziewczynki. Na Dzień Babci. Wiesz, że ona lubi takie... rodzinne okazje – dodał z lekkim uśmiechem, który natychmiast mnie zirytował.

– A ja? – zapytałam spokojnie, choć w środku już zaczynało mnie gotować. – Dostałam jakieś zaproszenie?

– No nie, ale przecież wiesz, że mama... no... jakoś tak pomyślała, że może będziesz mieć coś swojego – zaczął się plątać. – No wiesz, może jakieś swoje plany...

– Jasne. Jak zwykle. Ona „pomyślała”. Dziwne, że nigdy nie pomyśli, żeby mnie zaprosić, skoro też jestem częścią tej rodziny.

– Nie przesadzaj... To tylko obiad – próbował ratować sytuację, ale było już za późno.

– Tylko obiad? Tylko? Ty się w ogóle słyszysz? Co roku to samo. Was zaprasza, a ja mam siedzieć w domu i czekać, aż mi przywieziecie resztki z pańskiego stołu!

– Nie o to chodzi, no przecież nie powiedziała, że masz nie przyjeżdżać...

– Bo nie musi! Wystarczy, że nigdy nie mówi, że mam przyjechać. Wiesz co? Jedźcie sobie. Zróbcie jej dzień idealny.

– Przesadzasz... – powiedział jeszcze, ale uciekł wzrokiem.

– Nie, skarbie. To ty i twoja mamusia przesadzacie od lat.

Miałam swoją godność

– Dziewczynki, idziemy do babci! – zawołał mąż z przedpokoju, wkładając płaszcz.

Stałam w kuchni przy zlewie, myjąc filiżankę po kawi i udając, że mnie to wszystko nie rusza.

– Mamo, a ty nie jedziesz? – zapytała młodsza, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Nie, kochanie. Babcia zaprosiła tylko was i tatę – odpowiedziałam spokojnie, choć z trudem utrzymałam drżący głos. – Mam dziś inne plany.

Babcia o tobie zapomniała? – starsza już wszystko rozumiała. Nie dało się tego ukryć.

– Babcia ma taką przypadłość – mruknęłam pod nosem.

– Dziewczynki, ubieramy się! – przerwał nam mąż, podnosząc ton. – Nie każmy babci czekać.

– Tylko jej nie mówcie, że mama się obraziła – dodał ciszej, ale usłyszałam.

– Ja się nie obraziłam – rzuciłam ostro. – Po prostu nie chcę się wpychać tam, gdzie mnie nie chcą.

– Przestań. To tylko rodzinny obiad, nie rób z tego tragedii – westchnął. – Nie mam teraz czasu na tę rozmowę.

– No tak, lepiej mieć czas na kaczkę i komplementy dla mamusi.

Zapiął kurtkę, poprawił szalik córce. Starsza córka jeszcze raz na mnie spojrzała. Jakby się wstydziła tej całej sytuacji.

– Pa, mamo – powiedziała cicho.

Bawcie się dobrze – odpowiedziałam, ale drzwi już się zamykały.

Cisnęło mi się na język coś jeszcze, coś złośliwego, ale połknęłam to razem z gulą w gardle.

Zaśmiałam się gorzko

Długo siedziałam przy kuchennym stole, wpatrując się w parującą herbatę, której nawet nie miałam ochoty pić. W radiu leciały jakieś skoczne piosenki. Nagle zadzwonił telefon. Spojrzałam na ekran – mama.

– Cześć, córeczko. Wszystko w porządku? – zapytała z troską w głosie.

– Tak, świetnie – odparłam przesadnie wesoło. – Mój mąż pojechał świętować Dzień Babci. Z mamusią, oczywiście. Beze mnie.

– Znowu? – westchnęła. – Nie wierzę, że ta kobieta wciąż się tak zachowuje. A twój mąż? Nic?

– Nic. Jak zawsze. Grzecznie się podporządkował. A ja mam siedzieć cicho i się nie wychylać.

– Wiesz co? Przyjedź do mnie. Upiekłam szarlotkę, zrobiłam barszczyk. Będzie ciepło, będzie miło. I nie będziesz sama.

– Mamo... – głos mi się załamał. – Nie powinnam, ale chyba naprawdę tego potrzebuję.

– To się nawet nie zastanawiaj. Weź płaszcz i przyjeżdżaj. A tak między nami – szkoda twojego życia na czekanie, aż ta kobieta kiedykolwiek cię zaakceptuje.

– Wiem. Tylko wciąż się łudzę.

– Kochanie, ona po prostu zazdrości. Tylko nie umie tego pokazać inaczej, niż traktując cię jak powietrze.

Zaśmiałam się gorzko.

– Zazdrości? Czego?

– Tego, że mąż cię wybrał, a nie swoją mamusię. Nawet jeśli ona wciąż próbuje udawać, że rozdaje karty.

Wstałam, wytarłam oczy rękawem.

– Zaraz będę, mamo.

– Brawo. Czekam na ciebie – usłyszałam w słuchawce.

Robiłam dobrą minę do złej gry

Kiedy weszłam do mieszkania mamy, zapach szarlotki przywołał wszystkie ciepłe wspomnienia z dzieciństwa.

– No, jesteś. Zimno jak diabli, zrobiłam ci herbatę z cytryną. Tylko nie mów, że nie wypijesz – podała mi kubek.

– Wypiję. Nawet dwa kubki – uśmiechnęłam się słabo i usiadłam przy stole. – Dzięki, mamo.

– Ty dziękujesz? To ja dziękuję, że nie zostawiłaś mnie samej w ten dzień. Twoje córki są cudowne, ale jednak to nie to samo, co moja własna córka.

– Wiesz... One nawet nic nie powiedziały. Spakowały się, pojechały. Jakby to było normalne. Jakby tak miało być.

– Bo nie wiedzą, że może być inaczej. One widzą, jak wszyscy tańczą, jak gra teściowa. Myślisz, że twój mąż im to wytłumaczył?

– Oczywiście, że nie.

– A ty znowu robisz dobrą minę do złej gry. I tylko mówisz, że wszystko w porządku, a potem płaczesz do herbaty.

Spojrzałam na mamę. Mówiła spokojnie, ale jej oczy były pełne smutku.

– Tak długo próbuję się tam wpasować... I nic.

– To przestań próbować. Jak chcesz jechać z nimi na obiad – jedź. Jak nie – nie. Tylko nie czekaj, aż ktoś cię zaprosi. Sama siebie zaproś.

– A jak mnie wyrzucą drzwiami?

– To wejdź oknem. Albo lepiej: kup porządny parasol i idź swoją drogą.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem

Od mamy wróciłam przed obiadem, a mąż z córkami wrócili do domu przed szesnastą. Dzieci wbiegły do domu roześmiane, z torebkami pełnymi czekoladek.

– Mamusiu, zobacz, babcia dostała taki wielki bukiet! I była kaczka z jabłkami! – trajkotała młodsza, zanim zdjęła buty.

– A ja zrobiłam dla niej laurkę. Powiedziała, że ją sobie powiesi na lodówce – dodała starsza.

– Cieszę się, że wam się podobało – powiedziałam z lekkim uśmiechem, choć wewnątrz czułam się jak ktoś, kto znów został sam na pustym peronie.

Zanim zdążyłam zapytać o męża, wszedł do kuchni, rozpinając kurtkę. Spojrzał na mnie ostrożnie.

– Było miło – rzucił, jakby to miało wystarczyć za cały referat.

– Tak, słyszałam. Kaczka, laurki, bukiet, rodzinna sielanka.

– Słuchaj... nie wiedziałem, jak to rozegrać. Nie chciałem awantury przy dziewczynkach.

– I dlatego lepiej było udawać, że mnie nie ma?

– Byłaś u swojej mamy? – zapytał nagle, jakby chciał zmienić temat.

– Tak. I wiesz co? Zjadłam barszczyk, szarlotkę, wypiłam herbatę z cytryną. I pierwszy raz od dawna ktoś zapytał mnie, jak się czuję – odparłam chłodno.

Nie chcę, żebyś się czuła pomijana.

– Za późno. Wiesz, jak to wygląda? Jakbyś miał dwie rodziny. Jedna to wasza trójka z babcią. A ja? Jestem jak cień.

– Przesadzasz.

– Nie. Po prostu zaczynam widzieć wyraźniej. I nie wiem, czy chcę być częścią czegoś, gdzie jestem tylko ozdobą na wspólnych zdjęciach z wakacji.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, ale nie powiedział nic. Cisza, która mówiła więcej niż tysiąc słów.

Miałam wybór

Wieczorem dziewczynki oglądały bajkę, a ja siedziałam w sypialni z książką, której nawet nie próbowałam czytać. Mąż zapukał cicho do drzwi, jakby był gościem we własnym domu.

– Mogę? – zapytał.

– Przecież mieszkasz tu, nie? – odparłam, nie podnosząc wzroku.

Usiadł ostrożnie na skraju łóżka. Milczał chwilę, jakby szukał słów.

– Wiesz... Mama zapytała dziś przy stole, czemu cię nie ma. Powiedziała, że może powinna cię zaprosić.

– „Może”? Brzmi prawie jak komplement.

– To nie było złe. Ona po prostu… no, nie umie się do ciebie przekonać.

– A ty? Ty się kiedyś przekonasz, że mam uczucia?

Westchnął ciężko.

– Czasem czuję się między wami jak głupek. Jedna patrzy krzywo, druga gryzie się w język. I ja w środku.

– To może czas przestać być w środku. Czas wybrać.

– Wiesz, co mnie najbardziej boli? Że ciągle czuję, że ty jesteś osobno. Jakbyś stała za szybą.

– Bo jestem. I chyba już nie chcę się przez nią dobijać.

Zamilkł. Potem wstał i podszedł do drzwi.

– Może następnym razem ty zaprosisz wszystkich do nas? Na Dzień Matki. Albo bez okazji.

– Może – odpowiedziałam cicho. – Albo może wreszcie spędzę ten dzień tak, jak ja chcę. Z ludźmi, którzy mnie widzą.

Wyszedł, zostawiając drzwi lekko uchylone. A ja, po raz pierwszy od dawna, poczułam, że mam wybór.

Magda, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama