„Teściowa zgodziła się wziąć dzieci na ferie do siebie. Za jej rzekomo dobre serce przyszło mi zapłacić wysoką cenę”
„Dom jest piękny, zadbany, ogród zimowy wygląda jak z żurnala, ale panuje tam sterylność, która nie zachęca do zabawy. Kiedy wysiedliśmy z auta, ona czekała już w progu. Nie wyszła nas przywitać. Stała w drzwiach, z rękami skrzyżowanymi na piersi”.

To miał być tydzień oddechu. Tydzień, w którym ja i Tomek w końcu nadgonimy zaległości w pracy, zrobimy remont w przedpokoju i może choć przez jeden wieczór poczujemy się jak mąż i żona, a nie tylko jak logistycy zarządzający domowym chaosem.
Zgodziła się wziąć dzieci
Kiedy moja teściowa zaproponowała, że weźmie Stasia i Polę na całe ferie zimowe do swojego domku pod miastem, czułam, jak kamień spada mi z serca. Pakowanie walizek przy dwójce dzieci to zawsze operacja militarna. Tomek, mój mąż, biegał między sypialnią a samochodem, upychając kolejne torby z „niezbędnikami”, które teściowa kazała nam przywieźć.
– Ania, mama dzwoniła. Pytała, czy spakowałaś grube swetry, które im zrobiła dwa lata temu na drutach – rzucił Tomek, przecierając pot z czoła.
Zatrzymałam się w pół ruchu, trzymając w ręku nowoczesną, oddychającą odzież termiczną, za którą zapłaciliśmy krocie.
– Tomek, one gryzą. Dzieci ich nienawidzą. Poza tym Pola już dawno z niego wyrosła – westchnęłam, czując pierwszy ukłucie irytacji.
– Wiem, kochanie, wiem. Ale wiesz, jaka ona jest. Weźmy je, żeby był spokój. Niech leżą w walizce.
To „żeby był spokój” było mottem naszego małżeństwa, jeśli chodziło o relacje z jego matką. To kobieta z innej epoki, ale nie w tym uroczym, nostalgicznym sensie. To typowa matrona, która uważa, że synowa to zło konieczne, a wnuki są jej własnością, którą trzeba „urobić”, bo matka na pewno je psuje. Mimo to, zgodziła się na te ferie. Co więcej – sama to zaproponowała podczas świąt.
Chcieliśmy odpocząć
„Biedne dzieciaki, kiszą się w tym bloku. Przywieźcie je do mnie, nawdychają się świeżego powietrza, zjedzą domowy rosół, a nie to pudełkowe świństwo” – mówiła, patrząc wymownie na mój talerz z cateringiem dietetycznym. Powinnam była wtedy zauważyć ten błysk w jej oku. Ten sam, który pojawia się u drapieżnika, gdy ofiara przestaje uciekać, ale byłam zbyt zmęczona. Dwie prace, kredyt, ciągłe przeziębienia dzieci. Potrzebowałam tego wolnego. Sprzedałam swoją intuicję za wizję tygodnia ciszy.
Podjazd pod dom teściowej zawsze wywołuje we mnie dreszcze. Dom jest piękny, zadbany, ogród zimowy wygląda jak z żurnala, ale panuje tam sterylność, która nie zachęca do zabawy. Kiedy wysiedliśmy z auta, ona czekała już w progu. Nie wyszła nas przywitać. Stała w drzwiach, z rękami skrzyżowanymi na piersi, lustrując nasze auto, jakby szukała rysy, którą mogłaby skomentować.
– Spóźniliście się dwanaście minut – powiedziała zamiast „dzień dobry”. Potem jej wzrok przeniósł się na dzieci. – Pola, co ty masz na sobie? Wyglądasz jak chłopak. Gdzie sukienki?
– Mamo, są ferie, jest zima, mają być wygodnie ubrani do zabawy na śniegu – wtrącił Tomek, całując ją w policzek.
Była poważna
Uchyliła się lekko, jakby brzydziła się bliskości, ale na jej twarzy pojawił się ten fałszywy uśmiech, który rezerwowała dla sąsiadów i swojego syna.
– Zabawy? – prychnęła. – Tu nie ma miejsca na dzikie wrzaski. Sąsiedzi cenią sobie spokój. Ale wejdźcie, wejdźcie. Tylko buty zostawcie w wiatrołapie, dopiero co pastowałam podłogi.
Weszliśmy. Zapach pasty do podłóg mieszał się z duszącym aromatem perfum. Pożegnanie było szybkie. Czułam, jak Pola ściska moją rękę trochę za mocno.
– Będzie fajnie, kochanie – szepnęłam jej do ucha, kucając. – Babcia ma dla was plan. Zrobicie bałwana, pogracie w planszówki.
– Ale ona nie ma internetu – jęknął Staś.
– I bardzo dobrze! – krzyknęła teściowa z kuchni, choć teoretycznie nie powinna nas słyszeć. – Odmóżdżacie te dzieci ekranami. U mnie będzie dyscyplina i natura.
Zostawiliśmy ich. Kiedy wyjeżdżaliśmy z podjazdu, spojrzałam w lusterko wsteczne. Dzieci stały w oknie, a za nimi, jak cień, majaczyła sylwetka teściowej. Poczułam dziwny ucisk w żołądku.
– Przesadzasz – powiedział Tomek, widząc moją minę. – Mama jest specyficzna, ale kocha ich nad życie. Zrobi im detoks, wyjdzie im to na zdrowie.
– Obyś miał rację – mruknęłam, ale w głębi duszy wiedziałam, że detoks to ostatnie, co Teresa ma w planach.
Miałam przeczucie
Przez pierwsze dwa dni panowała cisza. Dzwoniłam wieczorami, ale rozmowy były krótkie. Teściowa zawsze stała obok, słyszałam jej oddech w słuchawce, kiedy rozmawiałam z dziećmi. Pola odpowiadała półsłówkami: „tak, mamo, „zjadłam”, „jest okej”. Staś był bardziej mrukliwy niż zwykle.
– Mamo, a czemu Pola płacze? – zapytałam trzeciego dnia, słysząc w tle szloch.
– Wymyśla – ucięła teściowa, przejmując słuchawkę. – Rozlała kompot na obrus. Musi się nauczyć szacunku do rzeczy. Kazałam jej siedzieć w pokoju i przemyśleć swoje zachowanie.
– Ale to tylko kompot. Ona ma siedem lat – starałam się zachować spokój, choć krew zaczynała mi pulsować w skroniach. – Nie krzycz na nią.
– Ja nie krzyczę, ja wychowuję. Wy na wszystko pozwalacie, to rosną wam dzikusy. Jak wyrośnie na niezdarę, to żaden mąż jej nie zechce. Kończę, muszę nastawić pranie, bo przywieźliście mi tu stertę brudów.
Rozłączyła się. Spojrzałam na Tomka, który akurat malował sufit w przedpokoju.
– Słyszałeś? – zapytałam.
– Ania, daj spokój. Mama jest pedantką. Przejdzie jej.
– Ona powiedziała, że nikt jej nie zechce jako żony! Do siedmiolatki!
– Przesadzasz. To takie gadanie starszych ludzi.
Nie przesadzałam, wiedziałam to, ale musieliśmy skończyć remont, a do teściowej były dwie godziny drogi. Postanowiłam zacisnąć zęby.
Był przerażony
Czwartek był przełomowy. Zadzwoniłam do Stasia na jego ukryty telefon, stary smartfon, który mu dałam na wszelki wypadek, każąc go trzymać głęboko w plecaku. Odebrał szeptem.
– Mamo?
– Stasiu, co się dzieje? Czemu szepczesz?
– Babcia zamknęła nas w sypialni. Powiedziała, że przeszkadzamy.
– Jak to przeszkadzacie? Przecież są ferie! Jest dopiero piętnasta!
– Przyjechały jej koleżanki. Te panie z kościoła. Babcia powiedziała, że jesteśmy brudni i wstyd nas pokazywać, bo nie mamy wyjściowych ubrań. Mamo… ja jestem głodny.
Serce zamarło mi w piersi.
– Nie jedliście obiadu?
– Babcia powiedziała, że jak Pola nie zje, to ja też nie dostanę. A ona zrobiła te… no… flaki.
– I co?
– I Pola płakała nad talerzem, a babcia stała nad nią i mówiła, że nie odejdzie od stołu, póki nie zje. W końcu Pola przewróciła talerz. Babcia wpadła w szał. Powiedziała, że marnujemy jedzenie i że za karę nie będzie kolacji, tylko chleb z wodą, jak w więzieniu, żebyśmy docenili to, co mamy.
Wychowywała ich
Czułam, jak łzy napływają mi do oczu, a zaraz za nimi fala wściekłości tak potężna, że mogłabym gołymi rękami zburzyć ścianę.
– Gdzie jest babcia teraz?
– Na dole, jedzą sernik i piją kawę. Słyszymy, jak się śmieją. Babcia opowiada im, że my śpimy, bo jesteśmy zmęczeni po spacerze. Ale mamo, my nie byliśmy na spacerze od wtorku. Babcia mówi, że nanosimy błota.
Tego było za wiele. Rzuciłam telefon na kanapę.
– Wsiadaj do auta – warknęłam do Tomka, który zamarł z wałkiem w ręku.
– Co się stało?
– Twoja matka głodzi twoje dzieci i zmusza Polę do jedzenia flaków. Jedziemy tam. Teraz.
Tomek próbował oponować, ale gdy zobaczył moją twarz, zrozumiał, że jeśli nie wsiądzie do samochodu, to ja pojadę sama i wrócę jako wdowa albo rozwódka. Jechaliśmy w milczeniu. Padał gęsty śnieg, droga była śliska, ale ja dociskałam gaz do dechy. W głowie miałam tylko obraz moich dzieci zamkniętych w zimnym pokoju, podczas gdy ta kobieta bawi się w najlepsze.
Bawiła się w najlepsze
Zajechaliśmy pod dom po zmroku. W oknach salonu paliło się ciepłe światło. Przez zasłony widziałam sylwetki trzech kobiet przy stole. Śmiały się. Parkując auto kawałek dalej, żeby nie zauważyły świateł, wyskoczyłam z wozu i pobiegłam do drzwi. Były otwarte. Otworzyłam drzwi cicho. Z salonu dobiegał głos teściowej:
– …no mówię wam, tragedia z tą dzisiejszą młodzieżą. Anka to w ogóle nie ma ręki do dzieci. Przyjechali tacy rozpuszczeni, że głowa mała. Ale ja ich krótko trzymam. Trochę dyscypliny nikomu nie zaszkodziło. A Tomek? Tomek to biedny jest, zapracowany, a ona tylko wymaga i wymaga…
Weszłam do salonu w kurtce, z butami pełnymi śniegu. Rozmowy ucięły się jak nożem. Trzy starsze panie z filiżankami w dłoniach zamarły. Teściowa, siedząca na szczycie stołu w swojej nienagannej bluzce z żabotem, zbladła, ale tylko na ułamek sekundy. Zaraz przybrała maskę oburzenia.
– Ania? Co ty tu robisz? I wchodzisz w butach na dywan?!
Nie darowałam jej
Zignorowałam ją. Minęłam stół i ruszyłam prosto na górę. Tomek wpadł do domu za mną.
– Mamo, co tu się dzieje? – zapytał, patrząc na matkę zszokowanym wzrokiem.
– Przyjechaliście bez zapowiedzi? Jaki brak kultury! – krzyczała za nami teściowa. – Dzieci śpią, nie budźcie ich!
Otworzyłam drzwi do sypialni gościnnej. Było tam zimno. Kaloryfer był odkręcony zaledwie na jedynkę. Staś i Pola siedzieli na łóżku opatuleni kołdrą. Pola miała zapuchnięte oczy. Na szafce nocnej stał talerz z dwiema suchymi kromkami chleba. Kiedy mnie zobaczyli, Pola wybuchnęła płaczem i rzuciła mi się na szyję.
– Mamo, zabierz nas stąd, proszę – łkała w moje ramię.
Tomek wszedł za mną. Zobaczył zimny pokój, zobaczył suchy chleb, zobaczył strach w oczach własnego syna. W tym momencie coś w nim pękło w widoczny sposób. Jego ramiona opadły, a twarz stężała w grymasie, jakiego nigdy u niego nie widziałam. Zeszliśmy na dół z dziećmi, niosąc ich rzeczy byle jak wrzucone do toreb. Teściowa stała w holu, jej koleżanki pospiesznie wkładały płaszcze, wyczuwając awanturę.
– Co to za cyrk? – syknęła teściowa, gdy goście wyszli. – Robicie mi wstyd przed ludźmi!
– Ty nam robisz wstyd, mamo – powiedział Tomek cicho, ale jego głos wibrował od tłumionej furii.
Byliśmy wściekli
– Ja?! Ja się poświęcam! Biorę te dzieciary na głowę, żebyście wy mogli sobie odpocząć! Gotuję, sprzątam po nich, a wy co? Wdzięczność?!
– Poświęcasz? – nie wytrzymałam. Podeszłam do niej tak blisko, że widziałam pękające naczynka na jej policzkach. – Głodzenie dzieci to poświęcenie? Wyłączenie ogrzewania w ich pokoju w środku zimy to poświęcenie? Zmuszanie Poli do jedzenia czegoś, czego nie chce? Jesteś potworem, nie babcią. Potworem.
– Wymyślają! – wrzasnęła, tupiąc nogą jak mała dziewczynka. – Manipulują wami! Chciałam ich nauczyć szacunku!
– Mamo – przerwał jej Tomek. Jego głos był zimny jak stal. – Dlaczego kaloryfer u nich był odkręcony na jeden, a u ciebie na dole jest jak w saunie?
– Bo… zdrowe jest spanie w chłodzie! Hartuję ich! Wy ich przegrzewacie!
– Jedli suchy chleb – kontynuował Tomek.
– Bo nie zjedli obiadu! Nie będę marnować jedzenia! U mnie w domu panują zasady!
– To nie są zasady, to sadyzm – Tomek wziął Polę na ręce. – Wychodzimy. I nie wiem, kiedy wrócimy. Może nigdy.
– Jak wyjdziesz, to nie masz po co wracać! – krzyczała za nami, stojąc w progu. – Wydziedziczę cię! Słyszysz?! Wszystko przepiszę na fundację!
Zrobiła to złośliwie
Tomek zatrzymał się na chwilę, nie odwracając głowy.
– Rób co chcesz z pieniędzmi, mamo. Ale moich dzieci już nie skrzywdzisz.
Droga powrotna była koszmarem i ukojeniem jednocześnie. Dzieci zasnęły niemal natychmiast po wejściu do ciepłego auta. Zatrzymaliśmy się na pierwszej stacji benzynowej, żeby kupić im hot-dogi, bo były tak głodne, że burczenie w ich brzuchach zagłuszało silnik. Patrzyłam, jak jedzą te niezdrowe bułki z parówkami z taką łapczywością, jakby to był najwspanialszy posiłek świata. Serce mi pękało. W domu, kiedy już wykąpaliśmy ich i położyliśmy do własnych łóżek, usiadłam z Tomkiem w kuchni.
– Przepraszam – powiedział, chowając twarz w dłoniach. – Powinienem był wiedzieć. Powinienem był słuchać ciebie, kiedy mówiłaś, że ona ich nie lubi.
– Ona ich lubi jako trofea – odparłam, patrząc w ciemność za oknem. – Lubi ideę wnuków. Ale nienawidzi dzieci. A najbardziej nienawidzi tego, że są moje, a nie tylko twoje. Że nie są pod jej kontrolą.
– Zrobiła to wszystko na złość – szepnął Tomek, jakby dopiero teraz dochodziło do niego całe okrucieństwo sytuacji. – Wiedziała, że potrzebujemy pomocy. Wiedziała, że nie mamy wyjścia. I postanowiła pokazać nam, kto tu rządzi, używając dzieci jako zakładników.
Dostałam nauczkę
Następnego dnia Pola obudziła się z gorączką. Przeziębienie z zimnego pokoju rozwinęło się w zapalenie oskrzeli. Staś przez dwa tygodnie budził się w nocy z krzykiem, bo śniło mu się, że babcia zamyka go w piwnicy. Teściowa zadzwoniła raz. Nie po to, żeby przeprosić. Zadzwoniła, żeby powiedzieć, że zostawiliśmy u niej ładowarkę do tabletu i że jeśli jej nie odbierzemy, to ona ją wyrzuci. Tomek powiedział jej, żeby wyrzuciła i zablokował numer.
Dziś wciąż leczymy rany. Nie te fizyczne, bo Pola wyzdrowiała, a remont w końcu skończyliśmy zatrudniając ekipę, co nadszarpnęło budżet, ale uratowało nam nerwy. Leczymy rany w relacjach. Dzieci boją się słowa „babcia”. Kiedy widzą starszą panią na ulicy, Pola chowa się za moją nogę.
To była najdroższa „darmowa” opieka w naszym życiu. Zapłaciliśmy za nią zaufaniem naszych dzieci i utratą resztek złudzeń co do rodziny męża. Zrozumiałam wtedy jedną, bolesną prawdę: nie ma nic gorszego niż pomoc, która jest bronią. Teściowa nie chciała pomóc. Chciała ukarać nas za naszą niezależność, a dzieci za to, że nie są marionetkami.
Anna, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że na wsi nie czeka mnie nic prócz śniegu po kolana. Sąsiad ogrzał moje serce w zimowe wieczory”
- „Babcia zrobiła czterodaniowy obiad na kolędę. Wytrzeszczyłam oczy, gdy zobaczyłam, co włożyła księdzu do koperty”
- „Obiad w restauracji miał być ukoronowaniem Dnia Babci. Wydałam majątek, a nie dostałam nawet marnej laurki”