„Teściowa zrobiła awanturę, bo usmażyłam w piątek schabowe. Nie zmuszę dzieci do jedzenia ryby, bo tak każe tradycja”
„Panierowanie szło sprawnie: mąka, jajko, bułka. Rozgrzałam olej. Kiedy pierwsze kotlety wylądowały na patelni, a kuchnię wypełnił ten specyficzny, domowy zapach smażonego jedzenia, poczułam ulgę”.

Piątkowe popołudnia mają w sobie coś magicznego, ale i zdradliwego. Z jednej strony czujesz już na karku oddech weekendu, obietnicę porannego wylegiwania się w łóżku i kawy wypitej bez pośpiechu. Z drugiej jednak, jesteś wrakiem człowieka.
Byłam wykończona
Ten tydzień był dla mnie wyjątkowo brutalny. W firmie wdrażaliśmy nowy system księgowy, co oznaczało nadgodziny, niekończące się spotkania online i gaszenie pożarów, które wybuchały z częstotliwością serii z karabinu maszynowego.
Kiedy wreszcie zamknęłam laptopa o szesnastej trzydzieści, czułam się, jakby przejechał po mnie walec drogowy. Mój mąż Robert był w delegacji. Wracał dopiero późnym wieczorem, co oznaczało, że cały front domowy spoczywał na moich barkach. Odebrałam dzieci z przedszkola i szkoły. Antek i Zosia byli w nastrojach bojowych. Kłócili się o to, kto ma usiąść z przodu, kto ma ładniejszy plecak i dlaczego niebo jest szare.
Moja głowa pulsowała tępym bólem. Wiedziałam, że lodówka świeci pustkami, a moje ambitne plany przygotowania leczo z ciecierzycą, które snułam w poniedziałek, rozbiły się o skały rzeczywistości. Dzieci były głodne tu i teraz. Ja też. Weszliśmy do sklepu osiedlowego. Antek ciągnął mnie za rękaw.
– Mamo, zrobisz kotlety? Takie chrupiące? Proszę! W stołówce była dzisiaj ryba, ale ona smakowała jak stara ścierka – jęczał, robiąc przy tym minę, która zmiękczyłaby kamień.
Zosia zawtórowała mu natychmiast.
– Kotlety! Kotlety!
Byli głodni
Spojrzałam na zegarek. Schabowe. Klasyk. Szybkie, sycące, dzieci je uwielbiają i zjadają bez marudzenia. Wiedziałam, że w polskiej tradycji, w której wyrosłam, piątek to dzień bezmięsny. Ale byłam tak zmęczona, że teologiczne dylematy przegrały z wizją szybkiego, bezproblemowego posiłku, po którym będę mogła po prostu usiąść na kanapie i włączyć bajkę.
Kupiłam schab. Kupiłam ziemniaki i surówkę z kapusty. Czułam się jak zwyciężczyni, która właśnie rozwiązała logistyczny problem wieczoru. W domu panował względny chaos, ale był to chaos kontrolowany. Dzieci rzuciły plecaki w kąt i pobiegły do swojego pokoju budować bazę z koców. Włączyłam radio, nastawiłam wodę na ziemniaki i zabrałam się za rozbijanie mięsa.
Z każdym uderzeniem wyrzucałam z siebie stres związany z raportami, zrzędliwym szefem i korkami na mieście. Panierowanie szło sprawnie: mąka, jajko, bułka. Rozgrzałam olej. Kiedy pierwsze kotlety wylądowały na patelni, a kuchnię wypełnił ten specyficzny, domowy zapach smażonego jedzenia, poczułam ulgę. Jeszcze piętnaście minut i będziemy jeść.
Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Nikogo się nie spodziewałam. Spojrzałam na wideofon, ale obraz był zamazany przez deszcz. Westchnęłam ciężko, wytarłam ręce w ścierkę i poszłam otworzyć. W progu stała teściowa.
– Dzień dobry, Kamilko – powiedziała, wchodząc do środka, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć. – Przechodziłam w pobliżu, wracałam z kościoła, pomyślałam, że zajrzę do wnuków. Robert dzwonił, że go nie ma, więc pewnie jesteś sama.
Nie spodziewałam się jej
Słowo „sama” w jej ustach brzmiało jak „nieporadna”.
– Dzień dobry, mamo – wymusiłam uśmiech. – Nie spodziewaliśmy się gości. Mamy trochę bałagan.
Rozejrzała się po przedpokoju, przesuwając czubkiem buta porzucony but Zosi.
– Widzę – skwitowała krótko. – Ale nie przejmuj się, nie przyszłam na inspekcję czystości, choć te kurtki mogłyby wisieć na wieszakach.
Zdjęła płaszcz, powiesiła go starannie i wtedy to się stało. Pociągnęła nosem. Raz, drugi.
– Co to za zapach? – zapytała.
– Robię obiad – odpowiedziałam, starając się brzmieć naturalnie. – Dzieci były bardzo głodne.
– Smażysz mięso? – Jej głos stał się cichszy, bardziej lodowaty. – Dzisiaj? W piątek?
Weszła do kuchni krokiem inkwizytora. Podeszła do kuchenki i spojrzała na patelnię z taką odrazą, jakbym smażyła tam co najmniej czyjeś sumienie.
– Jest piątek. Dzień Męki Pańskiej. Dzień postu. A ty serwujesz im schabowe?
Oskarżyła go
Czułam, jak krew napływa mi do twarzy. Próbowałam zachować spokój.
– Mamo, proszę. To był ciężki tydzień. Dzieci prosiły o kotlety. Antek nie jadł obiadu w szkole, Zosia jest niejadkiem. Cieszę się, że w ogóle chcą zjeść coś ciepłego. Poza tym post ścisły nie obowiązuje dzieci.
– Nie cytuj mi tutaj regułek z internetu, dziecko. Tu chodzi o tradycję. O to, co buduje kręgosłup moralny. Jak Antek ma wyrosnąć na porządnego człowieka, jeśli matka uczy go, że zaspokajanie własnego brzucha jest ważniejsze od symboli?
W tym momencie do kuchni wbiegły dzieci.
– Babcia! – Zosia rzuciła się teściowej na nogi. Antek podszedł wolniej, zerkając na patelnię.
– Mamo, już gotowe? Umieram z głodu! – zawołał.
Teściowa odsunęła delikatnie Zosię i spojrzała na wnuka z boleściwym wyrazem twarzy.
– Antosiu, naprawdę chcesz to jeść dzisiaj? Wiesz, że Pan Jezus cierpiał w piątek, a my, żeby o tym pamiętać, odmawiamy sobie przyjemności? Jedzenie mięsa dzisiaj to grzech obżarstwa i braku szacunku. Chcesz zrobić przykrość Panu Bogu?
Spojrzałam na syna. Jego radosna buzia nagle posmutniała. Spuścił wzrok na swoje skarpetki, a jego ramiona opadły.
– Ja… nie wiedziałem – wydukał cicho. – Mamo, to ja nie chcę. Zjem chleb.
Czuł się winny
To była manipulacja emocjonalna wymierzona w siedmiolatka. Teściowa właśnie wpędziła mojego syna w poczucie winy tylko dlatego, że chciał zjeść obiad, który mu ugotowałam. Odstawiłam patelnię. Huknęło trochę za głośno, aż tłuszcz prysnął na kafelki. Wytarłam ręce w ścierkę, powoli, dając sobie czas na opanowanie drżenia głosu. Podeszłam do Antka i kucnęłam przy nim.
– Antosiu, spójrz na mnie – powiedziałam stanowczo, ale łagodnie. Podniósł na mnie wzrok, w którym czaiły się łzy. – Jedzenie obiadu, który mama przygotowała z miłością, nigdy nie robi nikomu przykrości. Nie robisz nic złego. Jesteś głodny, rośniesz, potrzebujesz siły. To jest dobry obiad. I zjesz go, jeśli masz ochotę.
Następnie wstałam i odwróciłam się do teściowej.
– Mamo – zaczęłam, nie podnosząc głosu. – Czy możemy porozmawiać w pokoju? Dzieci, umyjcie ręce. Zaraz nakładam.
Wyglądała na zszokowaną. Chyba nie przywykła do tego, że wydaję jej polecenia. Ruszyła jednak do salonu. Gdy tylko zamknęłam drzwi do pokoju, by dzieci nas nie słyszały, ruszyła do ataku.
– Jak śmiesz podważać mój autorytet przy wnukach? Ja ich uczę pobożności! Ty chcesz wychować pogan, dla których liczy się tylko konsumpcja! Mój syn zawsze był wychowywany w rygorze i wyrósł na ludzi. A ty? Co ty wnosisz do tej rodziny? Smażony tłuszcz i wygodnictwo?
Te słowa bolały
Uderzyła w moje najczulsze punkty – w moje macierzyństwo, w moją pracowitość, w moje oddanie rodzinie. Przez lata milczałam, gdy krytykowała moje firanki, sposób prasowania koszul Roberta czy wybór przedszkola. Ale dzisiaj zaatakowała moje dzieci.
– To jest mój dom i Roberta. I to my decydujemy o tym, co jemy, kiedy jemy i jak wychowujemy nasze dzieci. Nie pozwolę, byś przychodziła tutaj niezapowiedziana i wpędzała moje dzieci w poczucie winy za to, że są głodne.
– Ty jesteś bezczelna! – sapnęła, chwytając się za serce w teatralnym geście.
– A ty chcesz kontroli – poprawiłam ją bezlitośnie. – To nie ma nic wspólnego z wiarą. To ma związek z twoją potrzebą dyrygowania wszystkimi dookoła. Antek ma siedem lat. Nie rozumie teologii cierpienia, ale doskonale rozumie, że babcia powiedziała mu, że jest zły. Widziałaś jego twarz? Zgasiłaś go w sekundę. Nie pozwolę na to.
– Wychodzisz na to, że jestem potworem! – krzyknęła, a jej twarz poczerwieniała. – Powiem Robertowi, jak mnie potraktowałaś! Że wyrzucasz matkę z domu!
– Nie wyrzucam cię – odparłam spokojnie. – Mówię tylko, że jeśli chcesz tu bywać, musisz szanować nasze zasady. A pierwszą zasadą jest to, że nie krytykujesz rodziców przy dzieciach i nie straszysz ich piekłem za zjedzenie kotleta. Jeśli nie potrafisz tego zaakceptować, to może faktycznie lepiej, żebyś dzisiaj wyszła.
Po prostu wyszła
Patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Przez dziesięć lat byłam dla niej miłą, cichą Kamilką. Dzisiaj zobaczyła kogoś innego. Zobaczyła matkę, która broni swojego gniazda.
– Nie poznaję cię – syknęła w końcu.
– Może nigdy nie próbowałaś mnie poznać – odpowiedziałam smutno. – Zawsze widziałaś we mnie tylko kogoś, kogo trzeba naprawić i uformować na swoje podobieństwo. Ale ja jestem dorosła, mamo. I radzę sobie całkiem nieźle.
Wyszła do przedpokoju. Nie zatrzymywałam jej. Nie prosiłam, by została na herbatę. Obserwowałam, jak drżącymi rękami zakłada płaszcz. Czułam, że ta scena będzie miała swoje konsekwencje, że będą telefony, ciche dni, może awantury z Robertem. Ale czułam też coś jeszcze. Niesamowitą lekkość.
– Nie spodziewaj się mnie prędko – rzuciła, chwytając za klamkę.
– Drzwi są otwarte, ale tylko dla babci, która kocha, a nie ocenia – odpowiedziałam.
Trzask drzwi był głośny. Aż zatrzęsły się szybki w witrynie.
Odzyskałam spokój
Stałam w przedpokoju jeszcze przez chwilę, opierając się plecami o ścianę. Adrenalina powoli opadała, ustępując miejsca zmęczeniu, ale było to inne zmęczenie niż to po pracy. To było zmęczenie po wygranej bitwie.
– Mamo? – z kuchni wyjrzała główka Zosi. – Babcia poszła?
– Tak, kochanie. Babcia musiała pilnie wracać – skłamałam gładko, wracając do roli.
– A będziemy jeść? – zapytał nieśmiało Antek, wychylając się zza siostry.
Uśmiechnęłam się do nich szeroko.
– Oczywiście, że będziemy. Siadajcie do stołu.
Nałożyłam im po dużym kotlecie, dołożyłam ziemniaki z koperkiem i surówkę. Antek patrzył na talerz nieufnie.
– Na pewno mogę? – upewnił się.
Usiadłam obok niego, kładąc dłoń na jego ramieniu.
– Antosiu, Bóg woli, żebyś był najedzony, radosny i dobry dla siostry, niż głodny i zły. Jedz na zdrowie.
Miałam w nim wsparcie
Zaczął jeść. Najpierw ostrożnie, potem z apetytem, mlaskając z zadowolenia, co normalnie bym skrytykowała, ale dzisiaj brzmiało to jak muzyka. Wieczorem, gdy dzieci już spały, zadzwonił Robert.
– Cześć, kochanie. Mama dzwoniła – powiedział. Jego głos był zmęczony, ale spokojny.
Spięłam się.
– I co powiedziała?
– Że jesteś opętana przez nowoczesność, że ją wyrzuciłaś i że ona nie postawi nogi w naszym domu, dopóki nie przeprosisz – zrelacjonował beznamiętnie.
– A ty co na to? – zapytałam, wstrzymując oddech.
– Zapytałem, czy dzieci zjadły obiad.
– Zjadły.
– To dobrze. Powiedziałem jej, że ma ochłonąć. I że jak będzie chciała przyjść następnym razem, to ma zadzwonić i zapytać, czy mamy czas.
Wypuściłam powietrze z płuc.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Wiem, jaka ona jest. Przepraszam, że musiałaś to wziąć na siebie. Jestem z ciebie dumny, że nie dałaś sobie wejść na głowę. Dzieci są najważniejsze.
Rozpłakałam się. Tak po prostu, z ulgi, trzymając telefon przy uchu.
Kamila, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mama nie jest w stanie zrozumieć, że lubię być sama. W Dzień Singla tłumaczyła mi, że brak dziecka to nieszczęście”
- „W Dzień Singla kupiłem sobie luksusowy zegarek. Niestety żadne błyskotki nie są w stanie przyćmić samotności”
- „Znajomi łapią się za głowę, bo wciąż nie mam żony. A ja obchodzę Dzień Singla i nie żałuję, że jestem sam”