Reklama

Moje życie to nieustanny wyścig z czasem, którego nie da się wygrać. Budzik dzwoni o 4:30. To ten moment dnia, kiedy nienawidzę świata najbardziej. Za oknem jest jeszcze ciemno, w naszym dwupokojowym mieszkaniu na parterze ciągnie chłodem od nieszczelnych okien, a ja czuję się, jakbym wczoraj przebiegła maraton. Ale nie przebiegłam. Po prostu pracowałam.

Haruję na 2 etaty

Mam 32 lata i wyglądam na 45. Moje cienie pod oczami nie dają się już zakryć pudrem, a dłonie mam szorstkie od tanich detergentów. Pracuję jako asystentka w biurze od 8 do 16. To moja „dobra” praca. Ta, która opłaca ZUS i daje pozory normalności. Ale pensja starcza dokładnie na czynsz, ratę kredytu za to nieszczęsne mieszkanie i bilety miesięczne.

Dlatego od 17:30 do 22, a czasem dłużej, sprzątam biurowce. Tak, jestem tą niewidzialną kobietą, która opróżnia kosze na śmieci i poleruje biurka, przy których w dzień pracownicy piją latte za dwadzieścia złotych. Nie wstydzę się pracy. Wstydzę się tego, że harując po dwanaście, trzynaście godzin na dobę wciąż muszę wybierać: kupić lepsze mięso na obiad czy odłożyć na dentystę?

Leon to mój mąż. Kocham go, mimo że czasem mam ochotę nim potrząsnąć tak mocno, by wypadły z niego wszystkie lęki. Łapie zlecenia, stara się, siedzi po nocach, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb. Jesteśmy zmęczeni. Chronicznie, boleśnie zmęczeni. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie musielibyśmy tak żyć. Teoretycznie. Bo 15 kilometrów dalej, w domku pod miastem, mieszka moja teściowa. Kobieta, która mogłaby rozwiązać wszystkie nasze problemy jednym przelewem, nie zauważając nawet ubytku na koncie.

Dostała fortunę

O teściowej można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest biedna. Dwa lata temu zmarła jej matka. Okazało się, że babcia mojego męża była „cichą milionerką”. Ziemia pod miastem, którą jej rodzina posiadała od pokoleń, została przekwalifikowana na tereny inwestycyjne. Deweloperzy zapłacili krocie. Do tego doszły kamienice w centrum odzyskane po latach batalii sądowych. Kiedy odczytano testament, nam opadły szczęki.

Wszyscy myśleliśmy – ja, Leon, nawet dalsza rodzina – że babcia zabezpieczyła wnuka. Przecież uwielbiała Leona. Ale testament był krótki i brutalny w swojej prostocie: „Cały majątek ruchomy i nieruchomy przekazuję mojej jedynej córce, Barbarze”. Koniec. Kropka. Nie było żadnych zapisów o wnukach. Żadnych funduszy powierniczych. Prawnik powiedział, że babcia ufała, iż jej córka postąpi słusznie i podzieli się z synem. Och, jakże się myliła.

Teściowa, która całe życie narzekała na brak pieniędzy, nagle zachłysnęła się bogactwem. Z dnia na dzień stała się ekspertką od luksusu. Kupiła dom, wymieniła garderobę na taką z metkami, których nazw nawet nie potrafię wymówić, i zaczęła podróżować, ale nie z nami. Sama albo z koleżankami z klubu fitness, które nagle objawiły się, gdy poczuły zapach pieniędzy.

Nie podzieliła się

Dla nas miała tylko dobre rady.

– Pieniądze psują charakter – mówiła, kiedy odwiedzaliśmy ją. – Leon musi nauczyć się męskości. Musi sam do wszystkiego dojść. Gdybym wam teraz dała pieniądze, skrzywdziłabym was.

Siedziałam wtedy na jej welurowej kanapie, bojąc się ruszyć, żeby czegoś nie zabrudzić, i patrzyłam na mojego męża. Kulił się w sobie.

– Masz rację, mamo. Radzimy sobie.

Wszystko zaczęło się sypać w listopadzie. Najpierw padła skrzynia biegów w naszym aucie. Bez samochodu nie miałam jak dojechać do drugiej pracy na czas, co oznaczało ryzyko zwolnienia. Koszt naprawy: 3500 złotych. Dla nas to była fortuna. Dwa dni później Leona rozbolał ząb, twarz mu spuchła jak balon. NFZ? Termin za trzy tygodnie. Prywatnie? 1500 złotych. Siedzieliśmy w kuchni nad stosem rachunków. Wyłam z bezsilności.

– Nie płacz, wezmę chwilówkę – powiedział Leon drżącym głosem.

– Nie! – krzyknęłam. – Już spłacamy jedną pożyczkę na pralkę. Nie udźwigniemy kolejnych rat. Musisz poprosić matkę.

– Ona nie da – spuścił głowę.

– To niech pożyczy! Oddamy jej. Podpiszemy weksel, cokolwiek. Ty wyjesz z bólu, a ja zaraz stracę pracę przez ten samochód. Ona śpi na milionach! To twoja matka!

Bał się jej

Długo się opierał. Teściowa potrafiła spojrzeć na człowieka w taki sposób, że czuł się jak robak. Ale ból zęba zwyciężył. Zadzwonił.

– Mamo, czy możemy wpaść w sobotę? Mamy… mały kryzys.

Pojechaliśmy do niej autobusem, bo nasze auto stało u mechanika. Dom teściowej lśnił. Wszystko było tam białe, beżowe i złote. Weszliśmy do środka. Teściowa siedziała na tarasie.

– Wyglądacie okropnie – przywitała nas, nie wstając. – Alicja, ty w ogóle o siebie nie dbasz. Te włosy… może powinnaś iść do mojego stylisty? Bierze 400 złotych za strzyżenie, ale warto.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż mnie zabolały.

– Nie stać mnie na fryzjera, mamo. Pracuję na dwa etaty.

Machnęła ręką, jakby odganiała muchę.

– Kwestia priorytetów, moja droga.

Usiedliśmy. Leon trzymał się za spuchnięty policzek.

– Mamo… – zaczął. – Chodzi o to, że mamy trudny moment. Samochód się zepsuł, a ja muszę leczyć zęby. To pilne.

Teściowa spojrzała na niego. Jej wzrok był lodowaty.

– I czego oczekujesz?

– Chcieliśmy pożyczyć pięć tysięcy. Oddamy w ratach, przysięgam. Rozpiszę to, podpiszę umowę – Leon mówił szybko, nerwowo.

Zapadła cisza

– Leon, jesteś dorosłym mężczyzną. Masz ponad trzydzieści lat. Przychodzisz do matki po jałmużnę?

– To nie jałmużna, to pożyczka! – wtrąciłam się. – Mamo… Ledwo wiążemy koniec z końcem. Ty masz spadek.

– To były jej pieniądze, a teraz są moje. Zasłużyłam na nie. Opiekowałam się nią! Nie pożyczę wam ani grosza – dokończyła spokojniej, poprawiając kaszmir. – To dla waszego dobra. Musicie się nauczyć gospodarowania zasobami. Jeśli wam dam, nigdy się nie nauczycie. Będziecie jak pijawki. Poza tym mam teraz duże wydatki.

W tym momencie coś we mnie drgnęło. Wydatki? Jakie wydatki może mieć kobieta, która ma na koncie miliony, dom bez kredytu i zero zobowiązań?

– Jakie wydatki? – zapytałam cicho.

– Remontuję letni domek na Mazurach. No i planuję wyjazd na Malediwy w styczniu. Muszę odpocząć, ten polski klimat mnie dobija.

Popatrzyłam na mojego męża. Miał łzy w oczach. Z bólu fizycznego i z upokorzenia.

– Mamo, mnie naprawdę boli – szepnął.

– Weź ibuprom. Nie histeryzuj.

Wydawała na psa

Wstałam. Musiałam skorzystać z toalety, a tak naprawdę musiałam wyjść.

– Przepraszam na chwilę – rzuciłam i weszłam do domu.

Toaleta dla gości była na parterze, tuż obok gabinetu teściowej. Drzwi do gabinetu były uchylone. Wiem, że nie powinnam, wiem, że to wścibstwo, ale targały mną emocje, których nie potrafiłam kontrolować. Weszłam do środka.

Biurko było zawalone papierami. Projekty domku na Mazurach i faktury. Leżały na wierzchu, jakby czekały na segregację. Mój wzrok padł na jedną z nich. Ekskluzywne SPA dla psa. Zacisnęłam dłonie na kartce papieru. Dwanaście tysięcy na jej pudla, który wabił się Fifi i sikał na dywany, bo był niewychowany. Ona wydała dwanaście tysięcy na psa w tym samym tygodniu, w którym jej syn nie miał na dentystę, a jej synowa myła kible, żeby zapłacić za prąd.

Ale to nie było wszystko. Pod fakturą leżał wydruk maila od dewelopera. Potwierdzenie rezerwacji apartamentu dla Tomasza. To jej trener personalny, chłopak, który miał może 25 lat. Kupowała mu mieszkanie. Obcemu facetowi, który pewnie sypiał z nią dla korzyści, kupowała mieszkanie, podczas gdy własnego syna nazywała pijawką chcącą pięć tysięcy pożyczki.

Nie mogłam uwierzyć

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Wróciłam na taras. Musiałam wyglądać strasznie, bo Leon, gdy mnie zobaczył, aż wstał.

– Co się stało? Jesteś blada.

Podeszłam do stołu.

– Kupujesz mieszkanie trenerowi? – zapytałam.

– Słucham? Grzebiesz mi w papierach?! Jak śmiesz!

– Pytam cię, czy kupujesz mieszkanie swojemu trenerowi, podczas gdy twój syn zwija się z bólu?! – teraz już krzyczałam. – I dwanaście tysięcy na psa?!

– Alicja… – Leon próbował mnie uspokoić, ale odtrąciłam jego rękę.

– Nie uciszaj mnie! Zobacz, kim ona jest! Twoja matka woli wydać fortunę na spa dla zwierzęcia niż pomóc ci wyleczyć zęby! Woli sponsorować jakiegoś żigolaka niż pomóc nam naprawić auto, dzięki któremu zarabiam na chleb!

Teściowa wstała. Była czerwona na twarzy.

– Wynoście się! Natychmiast! To moje pieniądze i mogę je spalić w kominku, jeśli będę miała taką ochotę! Nic wam do tego! Jesteście roszczeniowi, leniwi i niewdzięczni!

– Leniwi?! – zaśmiałam się histerycznie. – Pracuję po 14 godzin dziennie! Myję cudze kible w biurowcach, żeby przeżyć! A ty? Co ty w życiu przepracowałaś? Czekałaś tylko, aż twoja matka umrze!

Mieliśmy swoją dumę

Leon stał jak wryty. Patrzył to na mnie, to na matkę. W końcu, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam w jego oczach coś innego niż strach. Zobaczyłam wstręt.

– Nigdy więcej – powiedział cicho, ale dobitnie. – Nigdy więcej nie zobaczysz ani mnie, ani moich dzieci, jeśli kiedykolwiek je będziemy mieć. Dla mnie umarłaś.

– Nie bądź śmieszny, wrócisz tu, jak tylko zgłodniejesz – prychnęła.

– Nie, mamo. Wolę głodować. Chodź, Alicja.

Wyszliśmy stamtąd. Szliśmy na przystanek autobusowy w milczeniu. Gdy usiedliśmy na ławce, Leon objął mnie i zaczął płakać. Co było potem? Nie było happy endu jak w filmach, gdzie nagle wygrywamy na loterii.

Wróciliśmy do domu. Sprzedaliśmy wszystko, co miało jakąkolwiek wartość – mój stary laptop, nawet moją suknię ślubną. Uzbieraliśmy na dentystę i naprawę auta. Zmieniłam pracę. Zrezygnowałam ze sprzątania, a w zamian zaczęłam uczyć się po nocach obsługi programów graficznych. Razem zaczęliśmy budować małą agencję. Jest ciężko. Nadal jemy makaron z sosem pomidorowym trzy razy w tygodniu.

Dostała nauczkę

A teściowa? Słyszałam od ciotki, że Tomasz wprowadził się do niej. Dwa miesiące później zniknął razem z jej nowym Audi i zawartością sejfu. Policja umorzyła sprawę, bo podobno dała mu to dobrowolnie. Próbowała dzwonić. Raz, drugi, dziesiąty. Nie odebraliśmy. Kiedy w zeszłym tygodniu pod drzwiami znaleźliśmy kopertę z 10 tysiącami złotych i liścikiem „Przepraszam”, Leon wziął ją, wsadził w nową kopertę i odesłał na adres fundacji ratującej dzieci.

– Nie chcemy jej pieniędzy – powiedział wtedy, patrząc mi w oczy. – Jesteśmy wolni.

To była najdroższa lekcja życia, jaką odebrałam, ale dzięki niej wiem jedno: rodziny się nie wybiera, ale to my decydujemy, kto ma prawo siedzieć przy naszym stole. Teściowa ma teraz swój stół, cały ze złota, i siedzi przy nim zupełnie sama. A ja mam zupę pomidorową, męża, który w końcu stał się mężczyzną, i czyste sumienie. I to jest warte więcej niż cały spadek po babci.

Alicja, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama