Reklama

Zanim jeszcze wychodziliśmy z domu, czułam napięcie w karku. Rodzinne obiady zawsze zaczynały się dużo wcześniej – w spojrzeniach Michała, w jego milczeniu, w moim przyspieszonym oddechu. Wiedziałam, że padną pytania zadane niby mimochodem, że ktoś coś porówna. Najbardziej jednak bolało mnie to, że mój mąż coraz rzadziej szukał we mnie oparcia. Jakby te spotkania zabierały mu coś, czego nie potrafił już odzyskać.

Wszystko się we mnie napinało

Stół u teściów zawsze był za duży, jakby zaprojektowany po to, by wyraźniej było widać różnice między nami. Szymon siedział naprzeciwko, rozluźniony, z ramieniem swobodnie opartym o oparcie krzesła Oliwii. Ona uśmiechała się lekko, pewnie, jak ktoś, kto wie, że wszystko robi „jak trzeba”.

– W przyszłym miesiącu zamykamy kolejny projekt – powiedział Szymon, nalewając sobie herbaty. – Sporo się dzieje, ale to dobry czas.

Wiedziałam, że sobie poradzisz – Barbara niemal promieniała. – Zawsze miałeś głowę do takich rzeczy.

Spojrzałam na Michała. Skinął tylko głową, jakby potwierdzał coś, co już dawno zostało ustalone. Jego dłonie spoczywały na kolanach, splecione, nieruchome.

– A u was? – zapytała Oliwia z uprzejmym zainteresowaniem. – Też coś nowego?

To pytanie zawsze brzmiało tak samo. Neutralnie. Bezpiecznie. A jednak czułam, jak we mnie wszystko się napina.

– Na razie bez zmian – odpowiedział Michał, zanim zdążyłam się odezwać.

Barbara westchnęła cicho, ale wystarczająco głośno, żebym to usłyszała.

– Czas leci – dodała po chwili. – Trzeba czasem odważniej zacząć działać.

Ambicja to kwestia decyzji – dorzucił Szymon, jakby mówił o pogodzie.

Poczułam pieczenie w policzkach. Wbiłam wzrok w talerz, licząc wzory na obrusie. Złość mieszała się ze wstydem, a najgorsze było to, że część mnie zaczynała im przyznawać rację.

– Michał zawsze był spokojniejszy – odezwał się Jerzy, nie podnosząc wzroku znad filiżanki. – Każdy ma swoje tempo.

To miała być obrona, ale zabrzmiała jak usprawiedliwienie. Zerknęłam na męża. Nie spojrzał na mnie. Jakby obecność przy tym stole była jego osobistą porażką, którą musiał przełknąć w ciszy. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że to nie tylko ja czuję się oceniana. Że siedzimy tu razem, a jednak osobno, wystawieni na widok publiczny jak dowód na to, że można „lepiej”. Kiedy Barbara zapytała z uśmiechem:

– A wy kiedy w końcu ruszycie do przodu?

Michał tylko wzruszył ramionami. A mnie zabolało to bardziej niż same słowa.

Bolesna cisza między nami

Wracaliśmy w milczeniu. Ulica była niemal pusta, latarnie odbijały się w mokrym asfalcie, a ja miałam wrażenie, że każdy krok oddala nas od siebie bardziej niż ta cała kolacja. Michał szedł pół kroku przede mną, jakby nieświadomie wyznaczał dystans, którego nie potrafiłam już skrócić. W mieszkaniu nie zapalił od razu światła. Zdjął buty, odwiesił kurtkę, wszystko dokładnie, mechanicznie. Patrzyłam na jego plecy i czułam narastający ciężar w sercu.

– Michał… – zaczęłam cicho.

– Jestem zmęczony – przerwał, nie odwracając się. – To był długi dzień.

Kiwnęłam głową, choć wiedziałam, że nie o to chodziło. Usiadłam na brzegu kanapy, wsłuchując się w dźwięki dochodzące z kuchni. Każdy szelest, każde przesunięcie szklanki brzmiało jak komunikat: „Nie teraz. Nie pytaj”. Kiedy usiadł naprzeciwko mnie, spojrzał gdzieś obok, jakby rozmowa miała się odbyć bez mojego udziału.

– Oni nie muszą tak mówić – powiedziałam w końcu. – To nie jest w porządku.

– Nie przesadzaj – odpowiedział szybko. – Po prostu mówią, jak jest.

Te słowa zabolały mnie bardziej niż wszystkie komentarze Barbary.

– Czyli jak jest? – zapytałam, czując, jak głos mi drży. – Że jesteśmy gorsi?

Westchnął ciężko, przetarł twarz dłońmi.

– Kasia, ja po prostu… – urwał. – Może moglibyśmy robić więcej. Starać się bardziej.

Zamilkłam. W tej chwili zobaczyłam w jego oczach coś, czego wcześniej nie było. Nie złość. Nie pretensję. Wstyd. A obok niego cień rozczarowania, którego adresatem byłam ja. Poczułam, jak zaciska mi się gardło.

– Czy ty mnie obwiniasz? – zapytałam szeptem.

Nie odpowiedział od razu. Ta chwila zawieszenia była gorsza niż każde „tak”.

– Nie wiem – powiedział w końcu. – Może po prostu… chciałbym, żeby było inaczej.

Odsunął się, wstał i poszedł do sypialni. Zostałam sama w salonie, z myślą, która nie dawała mi spokoju, że zaczynam być dla niego przypomnieniem tego, czego mu brakuje. I że ta cisza między nami mówi więcej niż wszystkie rodzinne rozmowy razem wzięte.

Bałam się jego odpowiedzi

Zmiany nie przyszły nagle. Raczej wpełzały w nasze życie małymi krokami, tak cicho, że przez długi czas udawałam, że ich nie widzę. Michał zaczął wracać później. Najpierw o pół godziny, potem o godzinę. Tłumaczył się dodatkowymi obowiązkami, nowymi pomysłami, potrzebą „ogarnięcia spraw”. Kiwałam głową ze zrozumieniem, choć coraz częściej jadłam kolację sama. Kiedyś siadał obok mnie na kanapie, opowiadał o dniu, nawet jeśli nie działo się nic szczególnego. Teraz odkładał telefon dopiero wtedy, gdy kładliśmy się spać. A i wtedy leżał odwrócony plecami, jakby jego myśli były gdzie indziej.

– Wszystko w porządku? – zapytałam któregoś wieczoru.

– Jasne – odpowiedział zbyt szybko. – Po prostu chcę coś zmienić.

Nie dopytałam. Bałam się odpowiedzi. Zaczęłam za to patrzeć na Oliwię inaczej niż wcześniej. Na jej pewność siebie, na sposób, w jaki mówiła o planach, jakby przyszłość była czymś oczywistym. Złapałam się na tym, że porównuję swoje wybory do jej wyborów, swoje tempo do jej tempa. Coraz częściej zadawałam sobie pytanie, czy gdzieś po drodze nie skręciłam w złą stronę. Pewnego wieczoru Michał wrócił wyraźnie rozdrażniony. Rzucił klucze na stół, usiadł ciężko.

– Wiesz, Szymon znowu awansował – powiedział, patrząc w podłogę.

– Gratulacje dla niego – odpowiedziałam ostrożnie.

– On po prostu wie, czego chce – dodał. – Nie boi się ryzykować.

Spojrzał na mnie, jakby czekał na reakcję. Poczułam ukłucie w żołądku.

– A my? – zapytałam.

Wzruszył ramionami.

– My ciągle stoimy w miejscu.

Te słowa zawisły między nami jak ciężkie powietrze. Zrozumiałam wtedy, że świat zewnętrzny wdarł się do naszego związku na dobre. Że ambicja, która miała pchać go do przodu, zaczęła nas rozdzielać. A ja coraz częściej czułam, że muszę zasłużyć na jego spojrzenie – tak jak kiedyś przy tamtym rodzinnym stole.

Nie jesteśmy już drużyną

Już w drodze do nich czułam, że to spotkanie będzie inne. Michał prowadził szybciej niż zwykle, dłonie mocno zaciskał na kierownicy. Nie próbowałam zaczynać rozmowy. Miałam wrażenie, że każde słowo tylko pogorszy sprawę. Tym razem przy stole było ciaśniej, głośniej, bardziej oficjalnie. Barbara krzątała się nerwowo, jakby chciała, żeby wszystko wypadło idealnie. Szymon opowiadał o planach na najbliższe miesiące, a Oliwia uzupełniała jego wypowiedzi z naturalną swobodą. I znowu w kółko o tym samym.

– Najważniejsze to nie bać się decyzji – powiedziała w pewnym momencie. – Ambicja naprawdę wiele zmienia.

Barbara natychmiast podchwyciła.

– Dokładnie. Zawsze powtarzam, że kto chce, ten znajdzie sposób.

Spojrzała na Michała. Potem na mnie. Uśmiech miała uprzejmy, ale oczy chłodne.

– Czasem trzeba po prostu podnieść poprzeczkę – dodała. – Dla siebie. Dla rodziny.

Poczułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej.

– Nie każdy mierzy życie tym samym – powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zapadła cisza. Szymon uniósł brwi, Oliwia odsunęła talerz.

– Oczywiście – odpowiedziała spokojnie. – Ale chyba każdy chce czegoś więcej, prawda?

Spojrzałam na Michała. Czekałam. Na gest, słowo, jakikolwiek znak, że stoimy po tej samej stronie. On jednak siedział nieruchomo, wpatrzony w stół, jakby rozmowa go nie dotyczyła.

– Michał? – odezwała się Barbara. – Ty zawsze miałeś potencjał. Szkoda, żeby się marnował.

To wtedy coś we mnie pękło, ale nie krzyczałam. Nie zrobiłam sceny. Po prostu zrozumiałam. Nie jesteśmy już drużyną. Droga powrotna była jeszcze cichsza niż poprzednim razem. W domu zdjęłam płaszcz i od razu usiadłam przy stole.

– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytałam wprost.

Michał długo stał przy oknie, zanim się odezwał.

– Bo może mają rację – powiedział cicho. – Może naprawdę utknęliśmy.

Słowo „utknęliśmy” zabrzmiało jak wyrok. Wiedziałam już, że to nie była tylko rozmowa przy stole. To był moment, po którym nic nie mogło wrócić do dawnego kształtu.

Miłość nie znika tak nagle

Wieczorem nie potrafiłam już udawać, że wszystko da się jeszcze przeczekać. Michał siedział przy stole, przeglądał coś w telefonie, jakby ten dzień był jednym z wielu. Jakby słowa jego matki i cisza przy stole nie rozbiły we mnie czegoś na dobre.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam.

Podniósł wzrok, zmęczony, czujny.

– Teraz?

– Właśnie teraz.

Odłożył telefon. Przez chwilę siedzieliśmy naprzeciwko siebie, obcy, jakbyśmy spotkali się pierwszy raz.

– Dlaczego tam nic nie powiedziałeś? – zapytałam spokojniej, niż się czułam. – Dlaczego pozwoliłeś, żeby mówili o nas jak o problemie do naprawienia?

Michał zacisnął usta.

– Bo nie wiem już, czy to nieprawda.

Te słowa uderzyły we mnie mocniej niż wszystkie wcześniejsze sugestie.

– Czyli co? – poczułam, jak drży mi głos. – Jestem dla ciebie częścią tego „utknięcia”?

– Nie chodzi o ciebie – odpowiedział szybko. – Chodzi o mnie. O to, że czuję się niewystarczający.

– A ja? – przerwałam mu. – Myślisz, że jak to słyszę co tydzień, to nic ze mną nie robi? Że nie zaczynam wątpić w siebie, w nas?

Milczał. A to milczenie było odpowiedzią.

– Kiedyś patrzyłeś na mnie inaczej – powiedziałam ciszej. – Jakbyśmy byli razem po coś więcej niż tylko dla porównania. Teraz mam wrażenie, że widzisz we mnie dowód na to, że nie jesteś tam, gdzie powinieneś.

Wstał, przeszedł kilka kroków, potarł kark.

– Ja po prostu nie chcę całe życie tłumaczyć się przy tym stole – rzucił. – Nie chcę czuć się gorszy.

– A ja nie chcę być ceną za twoje ambicje – odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie w końcu. W jego oczach nie było złości. Było zagubienie. Zrozumiałam wtedy, że porównania nie stworzyły tej przepaści. One tylko ją odsłoniły. I że jeśli mamy coś odbudować, to nie przeciwko innym, ale wbrew temu, co zaczęliśmy o sobie myśleć. Nie wiedziałam, czy to jeszcze możliwe. Wiedziałam tylko, że miłość nie znika nagle. Ona kruszy się wtedy, gdy obie strony zaczynają wierzyć, że „mają za mało”.

Katarzyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama