„Teściowie darli ze mnie łacha, bo poszłam na grzyby w pantofelkach. Pokazałam kto jest królową grzybobrania”
„Gdy tylko przekroczyliśmy próg domu Kuby, poczułam się jak na scenie. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym przyleciała z innej planety. Jego mama, pani Zosia, miała na sobie fartuch poplamiony czymś, co wyglądało jak sos pomidorowy. Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech nie był do końca szczery”.

- Redakcja
Zawsze byłam typową dziewczyną z miasta. Znałam na pamięć rozkład tramwajów, zamawiałam kawę przez aplikację, a zamiast kaloszy miałam kolekcję kozaczków na obcasie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że pewnego dnia wyląduję po kolana w błocie... i to dosłownie. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka. Kiedy Kuba zaprosił mnie do siebie na wieś, ucieszyłam się jak dziecko. Chociaż nasze światy były zupełnie inne – on wieś, ja miasto – to wierzyłam, że dam radę. Po cichu liczyłam, że jego rodzina mnie polubi, że uznają mnie za „swoją”. Dlatego spakowałam najlepsze ciuchy i... zabrałam buty na obcasach. Tak, bo przecież to miała być zwykła wizyta, nie survival.
– Jak mam się zachowywać? – zapytałam, kiedy jechaliśmy autem przez ciągnące się w nieskończoność pola. – Myślisz, że twoja mama mnie polubi?
– Oj, przestań – zaśmiał się Kuba i sięgnął po moją dłoń. – Po prostu bądź sobą. Moja mama to nie bestia z bagien, tylko normalna kobieta.
– Tak, tylko że ja jestem z miasta – rzuciłam z lekkim niepokojem. – Oni pewnie od razu poznają, że nie odróżniam łopaty od motyki.
– No i co z tego? – wzruszył ramionami. – Jak cię poznają, to cię pokochają. A jak nie, to ich strata.
Patrzyłam przez okno na drewniane płoty i krowy pasące się przy szosie. Czułam, jak rośnie we mnie napięcie, którego nie potrafiłam już ukryć. Chciałam, żeby wszystko poszło idealnie. Nie wiedziałam jeszcze, że pierwsze wrażenie... nie zawsze działa na korzyść.
Ja im jeszcze pokażę
Gdy tylko przekroczyliśmy próg domu Kuby, poczułam się jak na scenie. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym co najmniej przyleciała z innej planety. Jego mama, pani Zosia, miała na sobie fartuch poplamiony czymś, co wyglądało jak sos pomidorowy. Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech był... no cóż, nie do końca szczery.
– To ty jesteś ta z miasta? – zapytała, oceniając mnie wzrokiem od stóp do głów. – Ładnie, ładnie... Tylko te buty chyba nie na naszą drogę.
Spojrzałam na swoje jasnobeżowe kozaki. Niby nie szpilki, ale z pewnością nie były to kalosze. W duchu przeklinałam siebie, że nie posłuchałam Kuby, kiedy mówił: „Weź coś wygodnego”.
– A płaszczyk to skąd? – dorzuciła kuzynka Kuby, młoda blondynka w polarze i gumowcach. – Bo ja takie rzeczy to tylko w necie widzę.
– Z wyprzedaży – rzuciłam, próbując się uśmiechnąć. – Nic specjalnego.
– No nie wiem, jak dla mnie to wygląda na takie, co to później nie da się wyprać – zachichotała.
Wszystko we mnie krzyczało: „Uciekaj!”, ale stałam i udawałam, że mnie to nie rusza. Kuba tylko spojrzał na mnie z lekkim zakłopotaniem, jakby dopiero teraz zrozumiał, że jego świat i mój to jednak dwa zupełnie inne światy. Weszliśmy do kuchni. Pani Zosia postawiła przede mną talerz z wielką górą bigosu i rzuciła:
– Jedz, dziewczyno, bo chudzinka z ciebie. A jak chcesz coś pomagać, to Jadzia idzie jutro na grzyby. Zobaczymy, czy się do czegoś nadajesz.
W tamtej chwili postanowiłam, że się nie poddam. Choćby mnie mieli wyśmiać na amen – ja im jeszcze pokażę.
Wyśmiewali mnie na całego
W lesie byłam ostatni raz chyba w podstawówce, na zielonej szkole. I wtedy też zgubiłam się w krzakach i popłakałam. Więc, kiedy stanęłam przy aucie pani Zosi ubrana w ciemne rurki, płaszczyk w kratę i kozaki na niewielkim obcasie, mina obecnych mówiła wszystko.
– Ty serio w tym pójdziesz do lasu? – zapytała kuzynka Jadzia, łapiąc się za brzuch ze śmiechu. – Dziewczyno, ty się nie przewróć o własną dumę!
– Obawiam się, że może utknąć w mchu w takich bucikach – dodał jakiś sąsiad, zerkając na mnie z rozbawieniem.
– A parasolkę pani ma? Bo może deszcz się przestraszy i zawróci – rzucił pan Marian, ojciec Kuby, z ironią tak niedelikatną, że aż zabolało. Jakiś to był aburdalny tekst zresztą.
Zacisnęłam zęby i poszłam za nimi w głąb lasu. Gałęzie smagały mnie po twarzy, mokre liście kleiły się do butów, a w sercu robiło się coraz goręcej… od upokorzenia. Kuba próbował mnie pocieszyć:
– Kochanie, nie przejmuj się. Oni tak zawsze z nowymi.
– Spoko – odpowiedziałam cicho, choć w głowie wrzało mi od myśli w stylu: „Jeszcze zobaczycie. Jeszcze mnie popamiętacie”.
I wtedy go zobaczyłam.
Stał samotnie pod brzózką. Wielki jak moja dłoń. Borowik. Albo król borowików. Zbladłam.
– Kuba! – syknęłam. – Co to jest?!
– No co ty… – podszedł, spojrzał i aż mu oczy zabłysły. – Ty to znalazłaś?
– Tak!
Zawołaliśmy resztę. Kiedy przyszli, mina Jadzi mówiła wszystko. Już się nie śmiała.
– No, Matylda, chyba ci się poszczęściło – mruknęła, zerkając z ukosa.
Stałam tam z tym wielkim grzybem w dłoni i nagle ogarnęło mnie coś dziwnego. Duma. I... wściekłość. „Nie będę już dla nich tylko tą lebiegą z miasta”.
Nie jestem z porcelany
Kiedy wracaliśmy z lasu, niesamowicie bolały mnie stopy, ale trzymałam się dzielnie. Borowik leżał dumnie na wierzchu mojego koszyka, jakby sam chciał się pokazać wszystkim. Reszta zbiorów wyglądała przy nim jak jakiś żart. Wszyscy to widzieli. I wszyscy milczeli.
– No nieźle, dziewczyno – rzucił w końcu pan Marian. – Takiego bym się nawet ja nie powstydził.
Pani Zosia, która do tej pory traktowała mnie jak porcelanową lalkę z galerii handlowej, przyjrzała się grzybowi z uwagą, po czym rzuciła tylko:
– Trzeba go będzie dobrze ususzyć. Na wigilię jak znalazł.
Kuba szturchnął mnie łokciem i uśmiechnął się z dumą. A ja? Niby się cieszyłam, ale nie mogłam zapomnieć, jak jeszcze kilka godzin temu ledwo powstrzymywałam łzy wśród paproci.
– No, Matylda... może i nie takie z ciebie beztalencie – mruknęła Jadzia, z trudem kryjąc zdziwienie. – Myślałam, że będziesz się darła przy pierwszym ślimaku.
– A jednak nie – odpowiedziałam chłodno. – Nie jestem z porcelany.
W kuchni zrobiło się gwarno. Kosze z grzybami poszły na stół, wszyscy pochylili się nad swoimi zbiorami. A mój borowik? Trafił na osobny talerzyk, jakby był jakimś bohaterem dnia. Pani Zosia spojrzała na mnie z czymś na kształt... szacunku?
– A to wiesz, jak się go czyści? – zapytała.
– Jeszcze nie, ale chętnie się nauczę – odparłam, patrząc jej prosto w oczy.
Zamilkła, skinęła głową i podała mi nożyk. Może to jeszcze nie była akceptacja. Ale nie byłam już tylko nic nie wartą dziewczyną z miasta.
Nie byłam już nikim
Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Wieś miała to do siebie, że nie dało się spać długo – koguty robiły swoje. Zamiast przewracać się na drugi bok, ubrałam się i zeszłam do kuchni. Pani Zosia stała przy kuchence i obierała ziemniaki. Nie wyglądała na zaskoczoną, gdy mnie zobaczyła, ale coś błysnęło jej w oku.
– Wstałaś? Myślałam, że miastowe śpią do południa.
– Dziś nie – uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę. – Pomogę.
Pokręciła głową, ale podała mi nożyk. Usiadłyśmy przy stole. Przez chwilę była cisza, tylko skrobanie noży o ziemniaki.
– Dobrze się wczoraj spisałaś – powiedziała nagle. – Ten borowik to nie byle co.
– Miałam po prostu szczęście – odpowiedziałam z lekkim rumieńcem.
W tym momencie wszedł pan Marian, ziewając.
– Patrzcie państwo, panna z miasta przy robocie – zażartował. – Myślałem, że jeszcze śpi w tych swoich koronach i aksamitach.
– Daj spokój, Marian – pani Zosia skarciła go łagodnie. – Wczoraj się nie dała lasowi, to dziś się kuchni nie boi.
– No i słusznie – rzucił Kuba, który właśnie wszedł z podwórka. – Moja kobieta nie pęka.
Po śniadaniu poszłam z Jadzią karmić kury. Trzymałam w rękach wiaderko z ziarnem i patrzyłam, jak ptactwo rzuca się do jedzenia. Jadzia stała obok z rękami w kieszeni.
– Myślałam, że cię to obrzydzi – powiedziała.
– A co, w mieście nie ma gołębi? – rzuciłam z przekąsem.
Jadzia spojrzała na mnie, jakby pierwszy raz widziała człowieka, a nie „modną z miasta”. Może jeszcze nie byłam „swoja”, ale przynajmniej nie byłam już nikim.
Coś mnie uwierało
Wieczorem cała rodzina zebrała się przy długim stole. Pachniało świeżym chlebem, bigosem i ziołami, które suszyły się nad kuchenką. Wszyscy byli w dobrym humorze – śmiali się, przekomarzali. Nawet Jadzia się rozluźniła.
– A pamiętacie, jak to Matylda w szpilkach do lasu poszła? – zaśmiała się, pokazując na mnie palcem. – Myślałam, że się wywali przy pierwszej kępce mchu!
– A tu proszę – dodał pan Marian, popijając herbatę. – Największego borowika znalazła. Prawdziwy myśliwy grzybowy!
Sama się zaśmiałam. Właśnie tak, z dystansem. I to chyba zrobiło największe wrażenie.
– Widzisz, czasem pierwsze wrażenie bywa mylące – powiedziała pani Zosia, kiedy chwilę potem zebrała puste talerze. – Na początku to myślałam, że będziesz się brzydzić i bać wszystkiego.
– A teraz? – zapytałam półżartem.
– A teraz... toś nie taka najgorsza – rzuciła, ale już bez złośliwości.
Kuba położył dłoń na moim udzie pod stołem. Ciepły, lekki gest. Uśmiechnęłam się do niego ukradkiem. Nagle poczułam, że naprawdę tu jestem. Że nie muszę niczego udowadniać. Ale gdzieś w środku... coś mnie uwierało. Bo choć wszyscy się teraz śmiali ze mną, a nie ze mnie – wiedziałam, że jeszcze przez długi czas będę dla nich „tą z miasta”. I muszę się z tym pogodzić. Może na tym właśnie polega akceptacja. Że nie próbujesz już nikogo przekonać, tylko jesteś sobą. I patrzysz, kto zostanie przy tobie, gdy maski opadną.
Czułam się jak po maratonie
Kiedy wyjeżdżaliśmy z wioski, siedziałam w aucie z dłonią splecioną z dłonią Kuby. Za oknem przesuwały się znajome już krajobrazy – łąki, rżyska po żniwach, pola kukurydzy. Inaczej na nie patrzyłam. Już nie jak na obrazek z pocztówki, tylko... jak na miejsce, które coś dla mnie znaczy.
– I jak wrażenia? – zapytał Kuba, zerkając na mnie.
– W skali od zera do „nigdy więcej”... siedem i pół – odpowiedziałam z uśmiechem. – Ale serio? Jestem z siebie dumna.
– Ja też jestem z ciebie dumny – powiedział cicho.
Wspomnienia przesuwały mi się w głowie jak film. Te ironiczne spojrzenia, ten moment w lesie z gigantem borowikiem, śmiech przy stole, obieranie ziemniaków z panią Zosią. Czułam się jak po maratonie emocjonalnym. Ale z medalem na szyi. Czy byłam już „ich”? Jeszcze nie. Może nigdy do końca nie będę. Ale może wcale nie muszę być. Może wystarczy, że pokażę, że umiem się śmiać, ubrudzić ręce i znieść kpinę bez obrażania się. Ostatniego ranka stałam w kuchni z panią Zosią. Podsypywałyśmy mąkę na stolnicy, a ona pokazywała mi, jak lepić pierogi.
– Jak się nauczysz lepić, to będziesz już nasza – powiedziała półżartem.
– To lepię ile wlezie – odpowiedziałam z uśmiechem.
Nie wiem, czy wyjdę za Kubę. Nie wiem, czy kiedyś naprawdę będę tu mieszkać. Ale wiem jedno, że zrobiłam pierwszy krok. W szpilkach do lasu. A wróciłam z głową podniesioną wysoko.
Matylda, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zakochałam się w moim szefie, więc uknułam plan. Miałam zabrać go windą do nieba, a on mnie na szczyt zawodowej drabinki”
- „Poszliśmy do lasu na grzyby we czworo. Zamiast zbierać prawdziwki i rydze, nabraliśmy chętki na miłosne igrzyska”
- „Rzuciłam wszystko dla chłopaka z internetu. Miał mnie nosić na rękach, a zamiast tego do domu wracam na tarczy”