„Teściowie wpadli bez zapowiedzi na obiad, a potem rozliczali mnie z kasy. Myślałam, że wyjdę z siebie”
„Poczułam, jak zbiera mi się na śmiech. Zawsze uważałam, że teściowie mają rentgen w oczach, który pozwala im wyliczyć saldo naszego konta na podstawie zawartości lodówki. Jednak tym razem naprawdę przesadzili”.

- Redakcja
Lubiłam mieć wszystko pod kontrolą, nawet jeśli życie uparcie próbowało udowodnić mi, że nie na wszystko mam wpływ. Byłam jedną z tych osób, które robią listy zakupów, rezerwują stolik w restauracji na dwa tygodnie przed rocznicą i nie wyobrażają sobie, żeby ktoś przyszedł z wizytą bez uprzedzenia. Zwłaszcza jeśli tym kimś mieli być moi teściowie. Może to zabrzmi sucho, ale nawet gdyby zadzwonili z prośbą o nocleg podczas apokalipsy zombie, pewnie musiałabym przez chwilę rozważyć, czy dam radę ich jakoś przechować w spiżarni bez naruszania harmonogramu sprzątania. Jednak teściowie za to należeli do zupełnie innego gatunku ludzi – tych, którzy są przekonani, że skoro mają klucz do mieszkania, to mogą wpadać, kiedy chcą, bo „rodzina to rodzina”. Może gdybym lepiej znała mechanizmy ich myślenia, nie byłabym aż tak zaskoczona tym, co się wydarzyło w tamtą niedzielę. Długo się jednak łudziłam, że „rodzinne obiady” mogą być neutralnym spotkaniem. Cóż, jak się miało okazać, miałam się jeszcze sporo nauczyć.
Musiałam ich wpuścić
Niedziela zaczęła się zupełnie zwyczajnie. Robiłam kawę w ulubionym kubku, jeszcze w piżamie, z włosami związanymi w niedbały koczek. Mój mąż przewijał kanały w telewizji, udając, że szuka czegoś ciekawego, a naprawdę tylko uciekał przed domowymi obowiązkami. Nagle rozległ się dźwięk domofonu. Spojrzałam na zegarek – dziesiąta dwadzieścia. Podeszłam do domofonu.
– Dzień dobry, to my! – usłyszałam w słuchawce radosny głos mojej teściowej. – Przyszliśmy zjeść z wami obiad. No i mamy ciasto!
Przez chwilę się wahałam. Zerknęłam na męża, który już się prostował na kanapie, jakby nagle przypomniał sobie, że istnieje w tym domu.
– Twoi rodzice… – mruknęłam szeptem, zakrywając dłonią mikrofon domofonu. – Nie zapowiedzieli się?
– Nic nie wiem, przysięgam – szepnął równie zaskoczony.
Nie miałam wyboru, musiałam ich wpuścić. Otworzyłam drzwi i ledwie zdążyłam ogarnąć swój wygląd, a już słyszałam już ich tupot na schodach.
– Ooo, jaka piękna pogoda, co nie? – zawołał teść, wpychając się do środka, jeszcze zanim zdążyłam się przywitać. – No i patrz, przyszliśmy akurat na obiad. Cóż za zbieg okoliczności!
Teściowa wręczyła mi plastikowy pojemnik z sernikiem, jakby to był bilet wstępu do mojego mieszkania. Uśmiechnęła się szeroko, jakby zupełnie nie widziała mojej miny.
– Oj, córciu, nie przejmuj się, my tak na chwilkę. Przyszliśmy zobaczyć, co u was i zjeść coś domowego – dodała, rozglądając się po kuchni.
Byłam gościem w swoim domu
Zanim zdążyłam się odezwać, teściowa już ściągała płaszcz i układała go na oparciu krzesła. Teść rozsiadł się w salonie, jakby przyszedł tu na imieninowy obiad, a nie na niespodziewaną wizytę.
– To co, kochana, co dziś na obiad? – zagadnęła teściowa, zaglądając do garnka, który ledwie postawiłam na kuchence. – O, pomidorowa? Ja to zawsze powtarzam, że nic nie smakuje tak dobrze, jak domowa zupa.
– Miała być na dwa dni, więc… – zaczęłam nieco speszona.
– Oj tam, oj tam – machnęła ręką. – My się do wszystkiego dostosujemy, prawda, mężu?
– Byle nie było szpinaku! – zażartował teść, już sięgając po pilot od telewizora. – No, chyba że macie jeszcze coś do kawy.
Mój mąż podszedł do mnie z miną konspiratora.
– Przepraszam, naprawdę nie wiedziałem – wyszeptał.
– Dobrze, tylko mi tu pomóż, zanim twoja mama znajdzie resztki w lodówce i zacznie je recenzować – odparłam zrezygnowana.
Nie minęły trzy minuty, a teściowa już otwierała lodówkę.
– O, widzę, że jogurty już się kończą… A ziemniaki, masz? Bo mój Henio nie zje obiadu bez ziemniaków.
– Przecież ziemniaki się ugotuje, jeszcze nie ma jedenastej... – westchnęłam, próbując zachować resztki cierpliwości.
– To ja obiorę! – rzuciła teściowa, jakby to była nagroda, a nie kara.
– Może herbatki? – zaproponował teść, jakby był u siebie w domu.
Patrzyłam, jak moja kuchnia zamienia się w terytorium teściów. Czułam się tam jak gość we własnym domu. Mój mąż starał się być pomocny, ale sprawiał wrażenie, jakby najchętniej zniknął w łazience na resztę dnia.
Starałam się nie wybuchnąć
W kuchni zrobiło się gęsto. Teściowa już obierała ziemniaki, komentując przy okazji moje metody kulinarne.
– Zawsze obierasz tak cienko? Ja to wolę grubiej, wtedy nie trzeba się męczyć – rzuciła z uśmiechem, jakby wytykanie moich nawyków było formą serdeczności.
– Każdy ma swój sposób – wymamrotałam, starając się nie wybuchnąć.
Teść zerkał do salonu, w którym mój mąż siedział z telefonem, udając, że coś pilnego musi załatwić.
– Synu, pomożesz mamie? – zawołał teść, z wyraźną nutą rozkazu.
– Już idę, już… – odparł mąż, zerkając na mnie z miną „trzymaj się”.
Nagle teściowa zaczęła temat, którego obawiałam się najbardziej.
– A jak tam z waszymi wydatkami? Wiecie, że teraz wszystko drożeje… My już trzy razy przeliczaliśmy rachunki. Prawda, Henio?
– A no, prawda, rachunki jak z kosmosu. Wy to pewnie lepiej stoicie, dobrze się wam powodzi – dorzucił teść, wpatrując się w mnie z przesadnym zainteresowaniem.
Poczułam, jak zbiera mi się na śmiech. Zawsze uważałam, że teściowie mają rentgen w oczach, który pozwala im wyliczyć saldo naszego konta na podstawie zawartości lodówki. Jednak tym razem naprawdę przesadzili.
– U nas jak wszędzie – powiedziałam z wymuszonym spokojem. – Staramy się oszczędzać.
– A jak oszczędzacie? – dopytywała teściowa, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Może masz jakieś sposoby? Bo ja to czasem się zastanawiam, gdzie te pieniądze uciekają. A na rachunki, a na jedzenie, a na te całe abonamenty…
– Mamo, może nie teraz? – rzucił mój mąż, próbując przerwać przesłuchanie.
– Co się tak denerwujesz? Przecież rozmawiamy w rodzinie! – odpaliła teściowa.
Zaciskałam zęby, słysząc, jak temat pieniędzy wjeżdża na stół szybciej niż niedzielna pomidorowa.
Mąż próbował mnie ratować
Teściowa rozkręciła się na dobre. Nie musiała długo czekać, by przejść do konkretów, a mój mąż usiadł przy stole z miną, która mówiła wszystko.
– Wiecie, dzieci, my zawsze byliśmy za gospodarnością. Dlatego pilnujemy wydatków, sprawdzamy paragony, wszystko musi się zgadzać – zaczęła, łypiąc na mnie okiem.
– Mamo, nie przesadzaj, to nie przesłuchanie – westchnął mój mąż.
Teściowa wyjęła z torebki portfel i… stos paragonów.
– O, popatrz, ostatnio w sklepie za chleb daliśmy 8 złotych! Za masło 12! Wy też tyle płacicie? Bo ja słyszałam, że jak się kupuje w hurtowni, to taniej…
– Nie chodzę do hurtowni, nie mam na to czasu – odparłam cierpko. – Robię zakupy tam, gdzie jest najbliżej.
– Oj, córciu, czas to pieniądz! – pouczyła mnie, nie dając za wygraną. – A ile wydajecie miesięcznie na jedzenie? Bo u nas jak się podliczy, to prawie pół emerytury!
– Mamo, naprawdę, odpuść już… – próbował bronić mnie mój mąż.
Teść w tym czasie zaczął węszyć wokół telewizora.
– A wy ten nowy sprzęt na raty wzięliście, czy jak? – rzucił niby od niechcenia, ale spojrzenie miał bystre.
– Kupiliśmy na promocji, bez rat – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.
– No patrzcie, to się teraz dobrze powodzi… My na takie rzeczy musieliśmy oszczędzać latami – westchnął teść, nie kryjąc lekkiej zazdrości.
Przy stole zapadła niezręczna cisza, którą tylko teściowa próbowała ratować:
– Pytam, bo wiadomo – czasy ciężkie, niektórzy teraz wszystko na kredyt kupują, a potem płacz i zgrzytanie zębów.
Widziałam, jak mój mąż przewraca oczami.
Miałam dość
Teściowa rozgościła się w kuchni, kręciła się między garnkami, a ja pilnowałam, żeby nie zaczęła przeglądać szafek z dokumentami. Mąż coraz bardziej się kurczył, przyklejony do swojego krzesła, jakby marzył o tym, żeby po prostu się rozpłynąć.
– A ile macie jeszcze kredytu za mieszkanie? – dopytywała teściowa, sięgając po filiżankę kawy. – Bo te nasze czasy to były inne, człowiek musiał oszczędzać na każdą cegłę.
– Jeszcze trochę nam zostało – odparł mój mąż, nie patrząc jej w oczy.
– To dobrze, że spłacacie. Bo teraz młodzi to tylko: byle jak, byle na pokaz. A potem płacz, że bank dzwoni – westchnęła.
Teść też nie zamierzał odpuścić:
– Mówcie szczerze, ile wydajecie na jedzenie i rachunki. Zawsze się przyda porównać, bo my od lat wszystko notujemy.
– Nie liczymy każdej złotówki, mamo – powiedziałam, nie kryjąc już zmęczenia. – Staramy się po prostu nie żyć ponad stan.
– No widzisz, Heniek, młodzi mają inaczej. Za naszych czasów się nie dało tak po prostu nie liczyć, trzeba było każdą złotówkę obracać dwa razy – podsumowała teściowa, patrząc na mnie z pobłażaniem.
Nagle usłyszałam, jak teść zaczyna coś szeptać do mojego męża:
– A ile twoja żonka wydaje na ubrania? Tyle nowych bluzek tu widzę…
Mąż spojrzał na mnie z rozpaczą.
– No powiedz, ile wydałaś w tym miesiącu na zakupy? – zapytał, najwyraźniej próbując zamienić to w żart, ale głos mu zadrżał.
– Oj, zostawcie już te wasze rachunki – wtrąciłam, siląc się na uśmiech. – Lepiej powiedzcie, jak wam smakowała zupa.
– Dobra, dobra, my nie chcemy, żebyście wpadli w żadne kłopoty – odpowiedziała teściowa tonem, który równie dobrze mógł oznaczać: „I tak was sprawdzimy”.
W tamtym momencie myślałam, że wyjdę z siebie.
Odetchnęłam z ulgą
Obiad minął w atmosferze niekończących się pytań i subtelnych uwag. Kiedy w końcu przyszło do pożegnania, byłam już psychicznie wyczerpana.
– To co, dzieci, zrobicie nam kawę na drogę? – zaproponowała teściowa, jakby chciała przedłużyć swoją obecność o kolejne pół godziny. – Albo może zapakujecie kawałeczek ciasta? Jeszcze trochę zostało.
Teść powoli wstał, zerkając jeszcze na telewizor.
– No to co, idziemy, bo autobus tylko raz na godzinę, a nie będziemy dzieciom głowy zawracać – stwierdził, choć najwyraźniej wcale nie miał ochoty się zbierać.
Zebrałam talerze, udając, że nie słyszę kolejnej rozmowy o kredytach i zakupach.
– Jeszcze tylko ostatnie pytanie, córciu – zaczęła teściowa w progu. – Czy wy na pewno nie potrzebujecie żadnej porady finansowej? Mamy trochę doświadczenia, może się wam przyda…
– Naprawdę, dziękuję – odparłam z wymuszonym uśmiechem. – Damy sobie radę. Jeśli będziemy potrzebować porady, na pewno się zgłosimy.
– Obyście nie musieli, bo młodzi to się czasem za bardzo w siebie wierzą… – westchnęła teściowa.
W końcu wyszli. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, spojrzałam na męża.
– Wiesz już, dlaczego nikt ich nie zaprasza? – rzuciłam z przekąsem.
– Wiem. I od dzisiaj oficjalnie twierdzę, że jestem sierotą – odpowiedział, masując skronie.
Westchnęłam, zerkając na sernik. Miałam nadzieję, że z kolejną wizytacją nie zjawią się zbyt szybko.
Marta, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mam 40 lat i zostałam babcią. Córka swoją ciążą zrujnowała mi życie, na które pracowałam latami”
- „Prowadziłam sklep i nie sądziłam, że za ladą spotkam mężczyznę życia. Wraz z zakupami, dałam mu w gratisie swoje serce”
- „Rodzinne ferie w Karpaczu miały nas ocalić. Niestety paragon wstydu zgasił we mnie resztki nadziei”