„Teściowie zapisali nam połowę domu po dziadkach. Wydaliśmy 120 tysięcy na remont, a oni chcieli wejść na gotowe”
„Byłam tym wszystkim zmęczona. I zła, bo z dnia na dzień oszczędności na naszym wspólnym koncie topniały, a ja przestawałam widzieć w sens w tym całym remoncie. Pewnego dnia wróciłam z pracy, a mąż pokazał mi fakturę na kolejne dziewięć tysięcy. Miałam tego dość”.

- Redakcja
Dom po dziadkach mojego męża przez lata stał pusty i niszczał. Każdy z rodziny kręcił nosem, że to ruina, że nie warto się nawet schylać po klucz. Aż nagle teściowie ogłosili, że podzielą nieruchomość między siebie i nas. Niby „po równo”, ale w praktyce wyglądało to tak, że liczyli na to, iż to właśnie my zrobimy remont. Sami, za własne pieniądze. Zrobimy łazienkę, kuchnię, ocieplenie. Bo przecież jesteśmy „rozsądniejsi”, „stabilniejsi” i „nam się uda”. Tylko nikt nas o zdanie nie zapytał. I nikt nie zapytał, czy mamy na to ochotę.
Miało być sprawiedliwie
– Zrobimy to uczciwie, pół na pół – powiedział teść, wręczając mężowi kopertę z wypisanym udziałem własności. – Tak będzie sprawiedliwie.
Mój mąż spojrzał na mnie z miną typu: „Nie wiem, czy się cieszyć, czy uciekać”. I to był ten moment, w którym powinnam była zapytać: „A remont też dzielimy pół na pół?”. Ale milczałam. I to był błąd. Pojechaliśmy obejrzeć dom. A raczej jego resztki. Dach przeciekał, w łazience wisiała tylko rura po bojlerze, a zamiast podłogi – goły beton. Pamiętam, jak mój mąż próbował być entuzjastyczny.
– Przestrzeń jest! Potencjał też. Tu można zrobić salon z aneksem. Albo kuchnię z wyspą, jak zawsze chciałaś.
– I gdzie ta wyspa stanie? Na grzybie czy na wilgoci? – rzuciłam, bo nie miałam nastroju do żartów.
Wieczorem zadzwoniła teściowa.
– Tak się cieszę, że się dogadaliśmy. Kiedyś odziedziczycie naszą połowę i dom będzie wasz. Ale wiecie, my mamy swoje lata. Na razie to wy bądźcie pionierami.
„Pionierami” – czyli naiwniakami, którzy zrobią wszystko pierwsi i za własne pieniądze.
– Pół na pół, jasne... – mruknęłam do siebie, gasząc światło.
Poczułam się jak bankomat
– Ktoś musi ruszyć ten temat, no – powiedział mój mąż, przeczesując ręką włosy i wpatrując się w ekran laptopa, gdzie właśnie oglądał ceny materiałów budowlanych. – Rodzice nic nie zrobią, dopóki my nie zaczniemy.
– A czemu my? – zapytałam ostro. – Dlaczego my mamy zasuwać, a oni mają siedzieć na kanapie i czekać na gotowe?
– Bo mają już swoje lata. Całe życie pracowali – tłumaczył, jakby to wszystko miało sens.
– A teraz my mamy harować za nich?
Nie powiedział nic, tylko westchnął. To był jego sposób na unikanie odpowiedzialności: westchnąć, przytaknąć, a potem i tak zrobić swoje. A konkretnie: moje. Pojechaliśmy w weekend do domu, niby tylko „pomierzyć okna”. W praktyce – łaziliśmy po zimnych pomieszczeniach w kurtkach i mierzyliśmy wszystko: straty ciepła, skalę katastrofy, nasze granice wytrzymałości.
– Jakbyśmy chociaż mogli urządzić tylko naszą część – jęknęłam, patrząc na pęknięcie w ścianie, które wyglądało jak rysa w naszej przyszłości.
A potem przyszła wiadomość od teściowej:
– Ojcu przydałaby się wasza pomoc. Może na razie przynajmniej załatwicie ekipę remontową dla obu części?
Dla obu. Bez słowa o zwrocie kosztów. Poczułam się jak bankomat.
Miałam tego dość
Pierwszy przelew na ekipę budowlaną poszedł z naszego konta. Dwadzieścia osiem tysięcy. Połowę mieliśmy dopłacić później. Teść nawet nie odpisał na wiadomość, że załatwiliśmy ludzi.
– Ojciec jest zajęty, pewnie zapomniał – stwierdziła teściowa, jakby to była woda po herbacie, a nie nasze oszczędności życia.
Zamówiliśmy okna, potem drzwi wejściowe. Wszystko z dostawą „na wspólny dom”. Teść nawet się nie zjawił, żeby odebrać. Mój mąż tłumaczył go niezmiennie:
– W jego wieku to może być trudne. Wiesz, on nie jest taki zorganizowany jak ty...
Nie byłam „zorganizowana”. Byłam zmęczona. I zła, bo z dnia na dzień nasze wspólne konto malało, a ja przestawałam widzieć w tym wszystkim sens. Pewnego dnia wróciłam z pracy, a mąż pokazał mi fakturę na kolejne dziewięć tysięcy.
– Za wylewki. Wyszło trochę drożej, bo rodzice chcieli aneks do swojej części, mówili, że kiedyś zrobią tam spiżarnię.
– Spiżarnię? Oni tam nawet nie mają prysznica! – wrzasnęłam. – A my mamy płacić za ich fantazje?
– To przecież ich część…
– I ich życie. To niech za nie płacą!
To był pierwszy raz, kiedy powiedziałam na głos, że mam dość. I pierwszy raz, kiedy mój mąż nic na to nie odpowiedział.
Nie było mi do śmiechu
Zimą udało się doprowadzić dom do stanu „można wejść bez koca i termoforu”. Nasza część miała już podłączone ogrzewanie, prowizoryczną kuchnię i łazienkę, którą sami wykończyliśmy po godzinach pracy. Teściowie wciąż mieszkali u siebie. Podobno nie czuli się jeszcze gotowi, bo przecież „starych drzew tak łatwo się nie przesadza”.
– Przesadą jest brak wsparcia z ich strony – syknęłam, układając kafelki na podłodze.
Wprowadziliśmy się w marcu. Bez parapetów, bez lamp, bez mebli. Spałam na materacu i robiłam herbatę na kuchence turystycznej. Wmawiałam sobie, że to taki etap, że przygoda, że „kiedyś będziemy się z tego śmiać”. Nie było mi do śmiechu. Tydzień po przeprowadzce przyjechali teściowie. Nawet nie zapytali, czy mogą. Weszli jak do siebie.
– Zobacz, kochanie, salon będzie tu. I spiżarnia tam. Tylko musimy dokończyć – opowiadał teść, rozkładając ręce. – A oni na razie mieszkają po tej stronie.
„Na razie” – to słowo wbiło mi się w kark.
– To już nie nasz dom, prawda? – spytałam wieczorem męża.
– Nasz… po połowie – odpowiedział.
Połowa przestrzeni. Połowa spokoju. Połowa godności. A odpowiedzialność – w całości spoczywała wyłącznie na nas.
Rachunek za dobre serce
– A wiesz, że ojciec zabrał ostatnio ze wspólnego pomieszczenia drabinę i nie oddał? – powiedział mój mąż, wkładając głowę do piecyka, który właśnie próbował wyczyścić. – Twierdzi, że „pożyczył na chwilę”, ale minęły dwa tygodnie.
Nie odpowiedziałam, bo to nie była tylko drabina. To było wszystko. Teść „pożyczał” nasz czas, naszą kasę, nasz spokój. I nikt go z niczego nie rozliczał. Zaczęliśmy robić zakupy osobno. Oddzielne rachunki za prąd, wodę, opał. W naszej części zamontowaliśmy zamek na klucz. Kiedy teściowa się o tym dowiedziała, zadzwoniła z pretensją:
– Przesadzacie. Jesteśmy rodziną. A wy się zachowujecie jakbyśmy byli obcy.
– Może dlatego, że tak właśnie czujemy – odpowiedziałam.
Tydzień później teść przyszedł z pomysłem. Że oni by chcieli wynająć swoją część, żeby zarabiała. A my? No przecież możemy się cieszyć, że ktoś inny zajmie się „resztą”.
– Czyli najpierw robimy za darmową ekipę remontową, a potem mamy się wynieść, żebyście mogli zarabiać? – zapytałam. – Serio?
Teść wzruszył ramionami, jakby to było całkiem logiczne. Wtedy po raz pierwszy mój mąż powiedział do ojca:
– To sobie teraz zrób wszystko sam.
Było już jednak za późno. Bo rachunek za dobre serce i tak trzeba było zapłacić.
Ten dom okazał się pułapką
Dom po dziadkach w końcu stał się miejscem, w którym zamieszkaliśmy na stałe. Nasza część była względnie gotowa, choć wciąż brakowało wielu rzeczy – mebli, firanek, drobiazgów, które tworzą dom. Teściowie wprowadzili się dopiero po kilku miesiącach. W teorii miało być pięknie, w praktyce – zapanował chaos.
Każda decyzja, którą podejmowaliśmy, była konsultowana z teściami, którzy wydawali się zachwyceni, że wszystko idzie „zgodnie z planem”, podczas gdy my spłacaliśmy kolejne faktury, remontowaliśmy, sprzątaliśmy i próbowaliśmy nie zwariować. Czasami siadałam przy kuchennym stole i patrzyłam na ściany, które odmalowaliśmy własnymi rękami.
Remont zrujnował nasz budżet. Wszystko kosztowało 120 tysięcy złotych, ale nie chodziło tylko o pieniądze. Każdy nasz wysiłek, każda godzina spędzona na remoncie, wydawały się przeznaczone na spełnianie cudzych marzeń. Czasem żartowaliśmy z mężem, że powinniśmy wystawić rachunek teściom za „wynajem naszego czasu i pracy”. Nikt jednak nie miałby odwagi tego zrobić.
Zrozumieliśmy jedno: dom po dziadkach nie był tylko nieruchomością, był pułapką, która wymagała od nas poświęceń, a za które nikt nie chciał zapłacić. I choć teraz mieszkaliśmy w nim razem, wiedzieliśmy, że cena naszego spokoju była już zapłacona – całym naszym wysiłkiem i cierpliwością. Nauczyliśmy się, że w rodzinie czasami trzeba być pionierem, nawet jeśli pionierstwo kosztuje więcej niż można unieść.
Konstantyna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zaufałam mężczyźnie w marynarce i luksusowym zegarku. Nie sądziłam, że ma tylko 50 zł i zero honoru”
- „Złowiłam bogatego wdowca i czekałam na pierścionek. Miałam nosić markowe szpilki, a skończyłam w znoszonych trampkach”
- „Moje dzieci nie chciały spędzać czasu z dziadkiem. Córka w końcu przyznała, jakie bzdury im wmawiał”