Reklama

Wszystko wskazywało na to, że ten dzień skończy się kolejną cichą kłótnią i łzami wylanymi w poduszkę, gdy on już zaśnie. Nasz związek od miesięcy przypominał letnią herbatę – niby da się wypić, ale nie sprawia to żadnej przyjemności. Rutyna zabijała w nas to, co kiedyś wydawało się niezniszczalne.

Był tłusty czwartek, dzień, który teoretycznie powinien ociekać słodyczą i lukrem, a dla mnie zapowiadał się jako jeden z najbardziej gorzkich momentów w życiu. Nie miałam pojęcia, że w pudełku z taniej cukierni, które rzucił na stół mój zmęczony chłopak, kryje się odpowiedź na wszystkie moje wątpliwości. Jeden kęs zmienił absolutnie wszystko.

Czy to już koniec wielkich uniesień?

Pamiętam ten poranek, jakby to było wczoraj, choć minęły już trzy lata. Obudziłam się przed budzikiem, co w moim przypadku zawsze zwiastuje kłopoty. Za oknem panowała typowa lutowa szaruga – brudny śnieg topniał na chodnikach, a niebo miało kolor starej ścierki do podłogi. Spojrzałam na drugą połowę łóżka. Tomek spał odwrócony do mnie plecami, owinięty kołdrą tak szczelnie, że wyglądał jak wielki kokon. Nawet przez sen emanował dystansem.

Od kilku miesięcy czułam, że oddalamy się od siebie z prędkością światła. Byliśmy ze sobą od pięciu lat. Pięć lat to szmat czasu. Wystarczająco długo, by poznać każdą wadę partnera, i wystarczająco długo, by przestać się starać. Tomek, inżynier budownictwa, wracał do domu późno, zmęczony, i jego komunikacja ograniczała się do mruknięć: „Dobra zupa”, „Idę spać”, „Zapłaciłaś za prąd?”. Ja, pracując w agencji reklamowej, żyłam w ciągłym biegu i stresie. Potrzebowałam wsparcia, rozmowy, może odrobiny romantyzmu, którego na początku nam nie brakowało. Teraz? Teraz czułam się jak współlokatorka, a nie kobieta jego życia.

Tamtego ranka, w tłusty czwartek, miałam w sobie dziwną mieszankę złości i rezygnacji. Wstałam, zrobiłam kawę i nawet nie przygotowałam mu śniadania, co zazwyczaj było moim małym rytuałem. „Niech sobie radzi sam” – pomyślałam mściwie, smarując tosta dla siebie. Wtedy zadzwoniła moja mama. Oczywiście.

– Madziu, kochanie! Pamiętasz, że dziś tłusty czwartek? Musicie zjeść pączka na szczęście!

– Cześć mamo. Pamiętam. W pracy pewnie będzie ich tona – mruknęłam, patrząc na zegarek. Byłam spóźniona.

– A Tomek? Kupi ci coś? Wiesz, ojciec zawsze przynosił mi faworki z tej cukierni na rogu...

– Nie wiem, mamo. Tomek ostatnio zapomina nawet o wyniesieniu śmieci, więc na pączki bym nie liczyła.

– Oj, nie przesadzaj. To dobry chłopak. A właśnie, ciocia Stasia pytała, czy wy w końcu ustalicie jakąś datę? Bo kuzynka Ania to już drugie dziecko w drodze, a wy tak na kocią łapę...

Rozłączyłam się szybciej, niż pozwalała na to kultura. Presja otoczenia była gwoździem do trumny mojego humoru. Wyszłam z domu, trzaskając drzwiami, nie budząc Tomka. Niech myśli, że mnie porwali.

W biurze wrzało, a ja czułam tylko chłód

Praca w agencji w tłusty czwartek to istne piekło połączone z niebem. Wszędzie, dosłownie wszędzie, leżały pączki. Na recepcji, w kuchni, na biurkach. Pachniało smażonym ciastem, lukrem i skórką pomarańczową. Moi współpracownicy prześcigali się w jedzeniu.

– To mój piąty! – krzyczał Marek z działu graficznego, ocierając usta z cukru pudru. – Magda, a ty? Czemu nic nie jesz?

Siedziałam przy swoim biurku, patrząc tępo w monitor.

– Nie mam ochoty – skłamałam. Prawda była taka, że miałam ochotę zjeść ich dziesięć i zapić czymś mocniejszym, żeby zagłuszyć smutek.

Coś się stało? – zapytała Kaśka, moja jedyna zaufana koleżanka w tym chaosie. Przysiadła na brzegu mojego biurka, trzymając w ręku pączka z adwokatem.

– Tomek – westchnęłam. – To chyba koniec, Kaśka. Nie gadamy ze sobą. On mnie ignoruje. Ja jestem wściekła. Moja matka pyta o ślub, a on nawet nie pyta, jak mi minął dzień. Dzisiaj rano wyszłam bez słowa.

Kaśka pokiwała głową ze zrozumieniem, choć widziałam, że jej wzrok ucieka w stronę pudełka z pączkami.

– Może to tylko gorszy okres? Wiesz, faceci są prości. Może ma stres w pracy?

– Każdy ma stres w pracy! – uniosłam głos, aż Marek się obejrzał. – Ja też mam stres. Ale to nie powód, żeby traktować dom jak hotel. Wiesz co? Jeśli dzisiaj nie zrobi chociaż jednego miłego gestu... jeśli znowu wróci i włączy telewizor bez słowa, to pakuję walizki. Jadę do rodziców.

Wypowiedziałam to na głos. I kiedy to zrobiłam, poczułam dziwną ulgę, ale i przerażenie. Czy naprawdę byłam gotowa przekreślić pięć lat? Około godziny 14:00 dostałam SMS-a od Tomka. Serce mi podskoczyło. Może przeprosiny? Może zaproszenie na kolację? Otworzyłam wiadomość: „Będę później. Korki. Nie czekaj z kolacją”.

Opadłam na oparcie fotela, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Żadnego „kocham cię”, żadnego „miłego dnia”, nawet głupiej emotikony z pączkiem. To był ten moment, w którym zrozumiałam swój błąd – oczekiwałam od niego czegoś, czego on chyba nie był już w stanie mi dać. Zaangażowania.

Gdzie podział się tamten facet?

Wróciłam do mieszkania po 18:00. Było ciemno i cicho. Tomek jeszcze nie wrócił. Zrobiłam sobie herbatę i usiadłam w salonie, nie zapalając głównego światła, tylko małą lampkę. Wokół mnie panował idealny porządek, który nagle wydał mi się sterylny i zimny. Zaczęłam analizować nasz związek.

Pamiętam nasze pierwsze randki. Tomek był wtedy inny – zabawny, spontaniczny. Kiedyś zabrał mnie na dach wieżowca, żebyśmy oglądali spadające gwiazdy, mimo że bał się wysokości. Kiedy indziej przyjechał do mnie o 3 w nocy, gdy miałam grypę. Gdzie podział się tamten facet? Czy zjadła go rutyna, kredyt na mieszkanie i praca w korporacji budowlanej? A może to ja się zmieniłam? Może stałam się zrzędliwa, wymagająca, wiecznie niezadowolona?

Zegar tykał głośno, odmierzając minuty mojej samotności. Była 20:00. Potem 21:00. Zaczęłam się martwić, a złość powoli ustępowała miejsca niepokojowi. Zawsze dawał znać, gdy się spóźniał tak bardzo. Dzwoniłam dwa razy – nie odbierał. Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi najgorsze scenariusze. Wypadek. A może... inna kobieta? Może to dlatego jest taki nieobecny? Może te nadgodziny to tylko przykrywka? Ta myśl była jak cios w brzuch. Klucz zazgrzytał w zamku dopiero po 22:00. Zerwałam się z kanapy, gotowa do ataku, ale gdy zobaczyłam go w progu, słowa uwięzły mi w gardle.

To nie był ten sam Tomek, którego znałam

Wyglądał tragicznie. Jego kurtka była ubrudzona czymś białym, włosy w nieładzie, a pod oczami miał sińce, jakby nie spał od tygodnia. W ręku trzymał pomięte, tekturowe pudełko przewiązane sznurkiem, z którego sypał się cukier puder.

– Gdzie ty byłeś?! – krzyknęłam, ale w moim głosie było więcej ulgi niż złości. – Dzwoniłam!

Tomek oparł się ciężko o ścianę i wziął głęboki oddech.

– Przepraszam, Madzia. Telefon mi padł. A potem... to długa historia.

– Długa historia? Masz pojęcie, co ja sobie myślałam? Że masz kochankę, że leżysz w rowie!

– Kochankę? – prychnął, zdejmując buty. – Stałem w kolejce.

– W kolejce? Gdzie?

– Po to – wskazał brodą na pudełko, które położył na komodzie. – Po pączki.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Sześć godzin stałeś po pączki? W tłusty czwartek pączki są na każdym rogu, Tomek! W każdnym markecie, wszędzie!

– Nie chciałem tych z marketu – powiedział cicho, wchodząc do salonu. Usiadł ciężko na kanapie, nie zdejmując nawet kurtki. – Chciałem te domowe z pracowni przy głównej ulicy. Wiesz, te tradycyjne, co o nich zawsze mówiłaś. Że twoja babcia tam kupowała.

Zamilkłam. Rzeczywiście, kiedyś, może ze trzy lata temu, wspomniałam mu o tym, jak bardzo tęsknię za smakiem pączków z tej konkretnej, legendarnej warszawskiej pracowni. Mówiłam, że to smak mojego dzieciństwa. Ale żeby on to zapamiętał? I żeby stał w tej gigantycznej kolejce, która w tłusty czwartek ciągnie się kilometrami?

– Stałem od szesnastej – kontynuował, patrząc na swoje dłonie. – Myślałem, że pójdzie szybciej. Potem zaczął padać ten mokry śnieg. Ale nie chciałem wracać z niczym. Wiem, że ostatnio... że jestem beznadziejny. Że się nie dogadujemy. Chciałem zrobić coś miłego.

Cała złość uszła ze mnie jak powietrze z przekłutego balonu. Podeszłam do niego i usiadłam obok. Śmierdział zimnym powietrzem, spalinami i smażonym tłuszczem. Dla mnie był to w tamtej chwili najpiękniejszy zapach świata.

– Jesteś wariatem – szepnęłam, kładąc rękę na jego kolanie. – Mogłeś kupić zwykłe.

Nie mogłem. Otwórz. Są jeszcze trochę ciepłe, trzymałem je pod kurtką w samochodzie.

Moment, w którym czas się zatrzymał

Przyniosłam pudełko na stolik kawowy. Było zwyczajne, szare, nieco przesiąknięte tłuszczem. Rozwiązałam sznurek. W środku leżało sześć wielkich, nieidealnych pączków, hojnie polanych lukrem. Pachniały obłędnie.

Zjedz tego w środku – powiedział Tomek. Jego głos nagle stał się dziwnie napięty. Spojrzałam na niego. Patrzył na mnie z intensywnością, której nie widziałam u niego od miesięcy. Zmęczenie zniknęło z jego oczu, zastąpione przez coś w rodzaju... strachu?

– Dlaczego akurat tego? – zapytałam podejrzliwie, sięgając po pączka. Był dość ciężki.

– Bo... bo prosiłem panią, żeby dała tam więcej konfitury. Specjalnie dla ciebie.

Uśmiechnęłam się. To było słodkie. Dosłownie i w przenośni. Wzięłam pączka do ręki. Był lepki od lukru. Ugryzłam spory kawałek, spodziewając się eksplozji różanego nadzienia. Ciasto było idealne – puszyste, wilgotne, drożdżowe. Ale zamiast konfitury, moje zęby natrafiły na coś twardego. Zatrzymałam się w pół gryza. Czyżby pestka? Albo co gorsza, jakiś kawałek maszyny piekarniczej? Wyjęłam pączka z ust i zajrzałam do środka, rozchylając ciasto palcami.

W środku, zamiast różanej marmolady, tkwiło małe, plastikowe, jajowate pudełeczko. Takie, jakie czasem znajduje się w czekoladowych jajkach niespodziankach, tylko mniejsze i przezroczyste. Było starannie owinięte w folię spożywczą, żeby nie miało bezpośredniego kontaktu z ciastem (Tomek i jego inżynierskie podejście do higieny!).

Serce zaczęło mi bić jak młot. Spojrzałam na Tomka. On już nie siedział. Klęczał na dywanie, tuż przy moich nogach, ignorując fakt, że jego spodnie brudzą się od okruchów cukru pudru, które spadły mi z ust.

– Tomek... – wydusiłam, trzymając w ręku rozerwanego pączka z plastikowym „nadzieniem”.

– Wiem, że to nie jest Paryż – zaczął drżącym głosem. – I wiem, że ostatnio byłem dupkiem. Przepraszam cię za to. Praca mnie przytłoczyła, zapomniałem, co jest najważniejsze. Ale stojąc tam, w tej cholernej kolejce na mrozie, miałem cztery godziny na myślenie. I zrozumiałem, że nie chcę wracać do pustego domu. Nie chcę jeść tych pączków z nikim innym. Chcę się zestarzeć, jedząc pączki z tobą.

Drżącymi rękami wyjęłam plastikowy pojemniczek z pączka. Otworzyłam go. W środku lśnił pierścionek. Nie jakiś wielki brylant, ale delikatny, złoty pierścionek z szafirem – moim ulubionym kamieniem.

– Madziu – powiedział, biorąc mnie za rękę, która była cała lepka od lukru. – Czy zostaniesz moją żoną? Obiecuję, że będę się bardziej starał. I będę wynosił śmieci.

Rozpłakałam się. Tak po prostu, brzydko i szczerze, z ustami umazanymi cukrem. To była najbardziej absurdalna, najmniej romantyczna w klasycznym sensie i jednocześnie najpiękniejsza chwila w moim życiu.

– Tak – wychlipałam. – Tak, ty głupi pączku!

Tomek roześmiał się z ulgą, wstał i przytulił mnie mocno. Nie przeszkadzało mi, że jest brudny. Nie przeszkadzało mi, że pierścionek muszę najpierw umyć pod kranem, zanim go założę, bo mimo zabezpieczeń trochę się kleił.

– Bałem się, że go połkniesz – przyznał po chwili, gdy emocje nieco opadły. – Pani w cukierni patrzyła na mnie jak na wariata, kiedy błagałem ją, żeby włożyła ten pojemniczek do ciasta przed smażeniem. Musiałem jej tłumaczyć, że to taki specjalny plastik odporny na temperaturę, który sam przygotowałem w pracy.

– Czekaj, usmażyli go z tym w środku?! – wrzasnęłam ze śmiechu.

– No... tak. Chciałem, żeby to było autentyczne „nadzienie”. Inżynierska robota, nic się nie stopiło, sprawdziłem specyfikację materiałową trzy razy!

Słodki koniec gorzkiego tygodnia

Tamtego wieczoru zjedliśmy wszystkie pączki. Rozmawialiśmy do trzeciej nad ranem. O wszystkim – o tym, co nas boli, o tym, czego się boimy, i o tym, jak chcemy, żeby wyglądała nasza przyszłość. Okazało się, że Tomek też czuł to oddalenie, ale bał się odezwać, myśląc, że to ja przestałam go kochać, bo ciągle byłam wściekła.

To był moment przełomowy. Nie dlatego, że dostałam pierścionek. Ale dlatego, że ten gest – to absurdalne stanie w kolejce, to kombinowanie z odpornym na temperaturę plastikiem, to ryzyko – pokazał mi, że mu zależy. Że pod tą warstwą zmęczonego inżyniera wciąż jest ten sam chłopak, który chce dla mnie zrobić coś wyjątkowego.

Dziś jesteśmy dwa lata po ślubie. Mamy małego synka, Jasia. Tłusty czwartek to w naszym domu święto ważniejsze niż walentynki. Co roku Tomek kupuje pączki (już bez niespodzianek), siadamy razem i wspominamy ten wieczór.

Patrząc z perspektywy czasu, myślę sobie, że miłość nie zawsze smakuje jak wykwintna kolacja przy świecach. Czasem smakuje jak pączek zjedzony o 22:00 na kanapie, z rękami lepkimi od lukru i sercem pełnym nadziei. I wiecie co? Ten smak jest najlepszy na świecie. Gdyby nie te pączki i upór mojego męża, pewnie dziś byłabym sama, zgorzkniała i wciąż szukająca ideału, nie widząc, że ten prawdziwy, nieidealny ideał stał tuż obok.

Magda, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama