„To, co zrobiłem na studniówce, wszyscy będą pamiętać latami. Głupi zakład prawie zrujnował mi życie”
„Na początku studniówki nic nie zapowiadało afery. Siedziałem spokojnie przy stole z klasą, tańczyłem poloneza, zjadłem schabowego i nawet przybiłem piątkę z wychowawcą. A potem wydarzyło się coś, co postawiło całą imprezę na głowie. Wszyscy patrzyli tylko na mnie”.

- Redakcja
Wszyscy czekali na ten wieczór od miesięcy – garnitury z wypożyczalni, paznokcie jak z okładki, makijaże za trzy stówki i marzenia, że ta jedna noc będzie „jak z filmu”. U mnie też było podniośle, mama zrobiła milion zdjęć, babcia się popłakała, a ja… No cóż.
Nie miałem pary
W ostatnich tygodniach przed studniówką atmosfera w klasie była jak w szykującej się do wojny drużynie – niby wszyscy razem, a każdy nerwowy. Dziewczyny prześcigały się, która będzie miała bardziej „suknię marzeń”, chłopaki kalkulowali, czy starczy na garnitur i fryzjera. Ja miałem problem innego rodzaju – nie miałem pary. Wszyscy mieli już jakieś sympatie albo chociaż znajome, które „z litości” się zgodziły. Ja? Nic. Tylko mama pocieszała, że „może tak miało być, przynajmniej unikniesz rozczarowania”.
– No weź kogoś ogarnij, nawet z równoległej – cisnął mnie Maciek, mój kumpel. – Z kim będziesz siedział, z nauczycielami?
– Z tobą – odburknąłem. – Chyba że ty już masz księżniczkę.
– Ta, księżniczkę, co się śmieje jak piła łańcuchowa. Trudno, trzeba przeżyć – skrzywił się.
Ostatecznie poszliśmy sami, w ekipie. Plan był prosty – nie wychylać się, dobrze się bawić, nie narobić wstydu. Nic nie wskazywało, że tej nocy ja złamię każdy punkt. Wszystko przez jeden cholerny zakład, którego nawet nie brałem na poważnie. Do czasu.
W głowie miałem tylko ten zakład
Garnitur wypożyczyłem dwa dni przed balem. Leżał na mnie jak trzeba, może rękawy trochę za krótkie, ale tragedii nie było. Mama kazała założyć białą koszulę i czarną muchę, co miało wyglądać „klasycznie i z klasą”. Tyle że mnie klasa już nie interesowała. W głowie miałem tylko ten zakład.
– No dobra, powtórz, co mam zrobić, żebym się jutro nie wycofał – powiedziałem Maćkowi na dużej przerwie, dzień przed imprezą.
– Stary, wchodzisz na scenę podczas występu DJ-a i robisz pokaz tańca. Bez ostrzeżenia. Coś totalnie z kosmosu. Ma być show! – oczy mu błyszczały.
– I wtedy co?
– Wtedy wygrywasz – rzucił z uśmiechem. – I zostajesz legendą.
Zwariowałem. Naprawdę. Przez dwa dni oglądałem choreografie w necie, próbowałem kilku ruchów w pokoju, potknąłem się o łóżko i rozwaliłem stopę. Mimo to wciąż myślałem, że to tylko śmieszna gadanina. Że w końcu odpuszczę, jak zawsze. Tyle że im bliżej było północy, tym bardziej czułem, że muszę to zrobić.
– Tylko pamiętaj – przypomniał Maciek przed wejściem na salę. – Raz się żyje. Albo zrobisz to teraz, albo za dziesięć lat będziesz żałował.
Nie wiedziałem jeszcze, że będzie gorzej – że nie zapomnę tej nocy nigdy.
„Zrób swoje”
Sala gimnastyczna wyglądała jak pałac z bajki. Serio. Zasłonili kosze, rozciągnęli czerwony dywan, a sufit był cały w białych balonach i światełkach. Dziewczyny paradowały w sukniach za miliony monet, chłopaki w błyszczących lakierkach prężyli klaty. Orkiestra zagrała poloneza, pani dyrektor miała przemowę, a potem wszyscy rzucili się do jedzenia jak wygłodniałe wilki.
My z Maćkiem kręciliśmy się koło DJ-a, udając, że interesuje nas lista utworów. Naprawdę obczailiśmy, gdzie można się wedrzeć na scenę bez złapania. DJ był młody, bardziej wyglądał jak student niż nauczyciel. Idealnie.
– Teraz? – szepnąłem.
– Czekaj, niech wejdą w rytm – odpowiedział Maciek, patrząc na parkiet. – Jak zaczną tańczyć do jakiegoś hitu, wtedy wbijaj. Zrób swoje. Ja cię nagram.
To „zrób swoje” brzmiało jak wyrok. Miałem nogi z waty, dłonie mokre, a serce waliło mi jak młotem. I wtedy puścili kawałek, który znałem na pamięć – stary hit z internetu. Ludzie zaczęli piszczeć, parkiet eksplodował.
Spojrzałem na Maćka. Kiwnął głową. Wziąłem głęboki wdech. I ruszyłem.
Ciało ruszyło samo
Nie pamiętam pierwszych pięciu sekund. Pamiętam tylko, że znalazłem się na środku sceny, światła waliły mi po oczach, a tłum zamilkł. Muzyka grała, ale wszyscy patrzyli tylko na mnie. Serio, miałem ochotę uciec. Ale wtedy z głośnika poleciało „Hey, hey, let's go!” – i ciało ruszyło samo.
Najpierw klasyczny moonwalk, potem ten idiotyczny taniec, co wygląda, jakby się wykręcało żarówki w rytmie disco. Ludzie zamarli. Ktoś krzyknął:
– Zobaczcie, co on robi!
I wtedy sala eksplodowała. Piski, śmiechy, brawa. Dziewczyny zaczęły klaskać w rytm, chłopaki kręcili filmiki. Nawet DJ się rozpromienił, jakby ktoś mu wręczył Oscara.
– To mój ziomek! – wrzasnął Maciek z telefonu w dłoni.
Robiłem piruety, fale, jeden moment nawet zatańczyłem jakby w slow-motion. Wiedziałem, że to wygląda dziwnie, ale właśnie o to chodziło – żeby każdy zapamiętał. I zapamiętał. W kulminacyjnym momencie wskoczyłem na kolana i rozłożyłem ręce jak na koncercie rockowym. W tym samym czasie DJ wyciszył muzykę. Cisza.
– Jeeeeeeeeeeeszcze! – wrzasnęło pół sali.
Wtedy zrozumiałem, że to się właśnie stało. Że to nie był wstyd. To była chwila mojego życia.
Filmik w internecie
Po moim występie nie wróciłem już do stolika. Nie mogłem. Co chwilę ktoś mnie zaczepiał, przybijał piątkę, krzyczał „Ty to masz jaja!”. Dziewczyny, które jeszcze tydzień temu nawet nie wiedziały, jak mam na imię, teraz uśmiechały się szeroko i mówiły „szacun”. Nawet nauczycielka od matmy – ta, co miała wiecznie minę jakby piła sok z cytryny – powiedziała z uśmiechem:
– Odważny jesteś. I zdolny.
Maciek chodził jak paw, pokazując wszystkim nagranie. Wstawił je jeszcze tej samej nocy do sieci, a rano miał już kilka tysięcy wyświetleń i komentarze typu „Najlepsza akcja studniówki ever!”. Nawet ktoś z młodszych klas pisał, że chce mieć takiego kumpla jak ja.
Nie spałem całą noc. Nie z ekscytacji. Ze strachu, że może jutro to się ludziom odwidzi. Że zrobią ze mnie mema. Że ktoś znajdzie powód, by się pośmiać.
Nie znaleźli. Tydzień później zaproszono mnie, żebym wystąpił na apelu z okazji zakończenia karnawału. Serio. Ja, typ spod ściany. Wtedy dotarło do mnie, że zrobiłem coś więcej niż tylko głupi taniec. Zrobiłem coś, co zostanie z nami na długo. A kumple? Do dziś mówią: „Stary, pamiętasz, jak rozwaliłeś system na studniówce?”.
Nie byłem już tym samym chłopakiem
Patrząc na to z dystansu, wiem jedno – nie zrobiłem tego, żeby zabłysnąć. Zrobiłem to, bo miałem dość bycia przezroczystym. Przez całe liceum nikt mnie nie zauważał, nikt nie pytał o zdanie. Nie byłem ani najlepszy, ani najgorszy. Ot, średniak, co nie wadzi nikomu. I nagle, jedną decyzją, jednym szalonym tańcem, zmieniłem wszystko.
Niektórzy mówili, że musiałem być pijany. Inni, że to zaplanowałem na zimno. Prawda jest taka, że trząsłem się ze strachu jak galareta i miałem ochotę zejść ze sceny po pięciu sekundach. Ale zostałem. I zatańczyłem do końca.
Czy dziś bym to powtórzył? Nie wiem. Może. Może nie. Na pewno nie żałuję. Bo w tamtym momencie byłem kimś. Nie chłopakiem z ławki pod oknem, który nigdy się nie odzywa. Byłem gościem, który zrobił show. Który przestał się bać, co pomyślą inni. I wiecie co? To wystarczyło. A moja studniówka? Była jak film. Tylko że główną rolę grałem ja. I nikt mi tego nie odbierze.
Michał, 19 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik, który całą rodzinę powalił na kolana. I wtedy poczułam, że mam jeszcze po co żyć”
- „21 stycznia ktoś odwiedził grób mojej babci. Jak to jest możliwe, że przez całe życie kłamała mi prosto w oczy”
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”