„To miały być romantyczne walentynki, ale sąsiad zepsuł nam wieczór. Zamiast szeptów męża, słuchałam remontu zza ściany”
„Nie słyszeliśmy własnych myśli. Moja irytacja błyskawicznie zamieniła się we wściekłość. Cały dzień przygotowań, nastrój budowany godzinami – wszystko zostało zmiażdżone przez bezlitosny łoskot”.

- Redakcja
Miało być idealnie. Świeczki, starannie dobrane menu, nad którym ślęczałam od dwóch dni, i ta upragniona cisza, której tak bardzo nam brakowało w codziennym biegu między pracą a obowiązkami domowymi. Zamiast szeptów i czułych wyznań, dostałam wibracje wiertarki udarowej, które sprawiły, że tynk niemal sypał się z sufitu prosto do moich misternie przygotowanych dań. Kiedy wściekła szłam na górę, byłam gotowa zrobić awanturę życia i wezwać policję, ale to, co zobaczyłam, sprawiło, że cały mój gniew wyparował w sekundę, a te walentynki stały się najważniejszą lekcją pokory, jaką kiedykolwiek odebrałam.
Czułam ekscytację
Ostatnio między mną a Tomkiem nie układało się najlepiej. Oboje pracujemy w korporacjach, wracamy do domu wykończeni, mijamy się w korytarzu, wymieniając jedynie techniczne uwagi o zakupach czy wyprowadzaniu psa. Nasz związek, choć stabilny, zaczął przypominać dobrze naoliwioną maszynę, z której ktoś wymontował serce. Dlatego te walentynki miały być przełomem. Zrezygnowałam z drogiej restauracji, gdzie stoliki ustawione są tak blisko siebie, że intymność jest fikcją. Chciałam stworzyć magię w naszym mieszkaniu. Przygotowania zaczęłam tydzień wcześniej, przeglądając blogi kulinarne w poszukiwaniu przepisów wyglądających spektakularnie, ale niewymagających ode mnie umiejętności szefa kuchni z gwiazdką Michelin. Wybór padł na pieczoną kaczkę w pomarańczach z rozmarynem i domowe ravioli z dynią.
W pracy wzięłam dzień wolny, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Od rana biegałam ze ścierką, polerując podłogę, jakby od lśniących paneli zależało przetrwanie naszego małżeństwa. Kupiłam świeże kwiaty, rozstawiłam świece i wybrałam playlistę – jazz i soul, idealne tło dla rozmowy, której tak nam brakowało. Czułam narastającą ekscytację. Chciałam, żeby Tomek po przekroczeniu progu poczuł, że wciąż jest dla mnie najważniejszy.
Postarałam się
Tomek wrócił punktualnie o osiemnastej. Cienie pod oczami i poluzowany krawat świadczyły o ciężkim dniu, ale gdy zobaczył odświętnie nakryty stół, jego twarz pojaśniała.
– Wow – wydusił, zrzucając teczkę w kąt. – Nie spodziewałem się tego, kochanie. Myślałem, że po prostu zamówimy pizzę i obejrzymy serial.
Podeszłam do niego i objęłam go mocno.
– Czasami warto się postarać, prawda? – szepnęłam. – Idź się odświeżyć, za piętnaście minut podaję kolację.
Wszystko szło zgodnie z planem. Kaczka w piekarniku dochodziła, sos cytrusowy redukował się na patelni, wydzielając obłędny aromat. Zapaliłam świece. Salon wyglądał jak z katalogu, ale miał w sobie to ciepło, którego nie da się kupić. Kiedy Tomek, przebrany w świeżą koszulę, usiadł do stołu, uśmiechnął się tak, jak na początku naszej znajomości.
– Wyglądasz pięknie – powiedział, łapiąc mnie za rękę nad talerzem parujących ravioli. – Dziękuję, że to przygotowałaś. Naprawdę tego potrzebowałem.
To był ten moment. Idealny. Cisza, spokój, my dwoje. I wtedy to się stało.
Byłam wściekła
Najpierw usłyszeliśmy stukanie. Głuche, rytmiczne, jakby ktoś zrzucał ciężkie worki piętro wyżej. Spojrzeliśmy na siebie zaniepokojeni.
– Może sąsiadowi coś upadło? – zasugerował Tomek z nadzieją.
Chwilę później rozległ się najgorszy dźwięk świata. Wiertarka udarowa wwiercająca się w żelbeton. Hałas był tak potworny, że aż podskoczyliśmy. Dźwięk był agresywny, jednostajny i tak głośny, że mieliśmy wrażenie, iż wiercą nam prosto w czaszkach.
– Nie wierzę – jęknęłam, czując, jak wizja idealnego wieczoru pęka. – Jest dziewiętnasta w walentynki. Kto normalny robi remont o tej porze?
– Może to tylko jedna dziura? – Tomek próbował zachować spokój, choć widziałam, jak napina mu się szczęka.
Czekaliśmy. Wiertarka ucichła. Odetchnęłam z ulgą, uśmiechnęłam się nerwowo i spróbowałam wrócić do jedzenia.
– No więc, jak w pracy? – zapytałam.
Nie zdążył odpowiedzieć. Tym razem to nie była wiertarka, ale coś brzmiącego jak młot pneumatyczny. Sufit zaczął drżeć, żyrandol niebezpiecznie się kołysał. Nie słyszeliśmy własnych myśli. Moja irytacja błyskawicznie zamieniła się we wściekłość. Cały dzień przygotowań, nastrój budowany godzinami – wszystko zostało zmiażdżone przez bezlitosny łoskot.
Czułam łzy pod powiekami
– To są jakieś żarty! – krzyknęłam, rzucając widelcem. – Przecież tam mieszka ten starszy pan, on ledwo chodzi! Skąd ma siłę na taki remont?!
Tomek patrzył na sufit z rezygnacją.
– Może wynajął ekipę? Ludzie często robią remonty wieczorami po pracy. Chociaż w walentynki to faktycznie przesada.
– Przesada? To barbarzyństwo! – wstałam, czując pulsowanie w skroniach. – Moja kaczka stygnie, ravioli robią się gumowate, a my siedzimy na placu budowy!
Hałas powrócił ze zdwojoną siłą. Atmosfera przy stole stała się gęsta. Zamiast romantyzmu, pojawiła się frustracja.
– Mogłaś nie robić takiej pompy, to byś się teraz tak nie denerwowała – rzucił niefortunnie Tomek.
Zastygłam.
– Słucham? Mogłam nie robić pompy? Chciałam, żeby było miło! Chciałam, żebyśmy spędzili razem czas, a ty mi mówisz, że to moja wina, bo mam oczekiwania?!
– Nie o to mi chodziło! Po prostu zawsze musisz mieć wszystko idealnie. Jak coś idzie nie tak, to wpadasz w szał. To tylko hałas, przeżyjemy to.
– Tylko hałas? – głos mi drżał. – To brak szacunku! Co prawda cisza nocna jest od dwudziestej drugiej, ale są granice przyzwoitości!
Czułam łzy pod powiekami. Nie chodziło o remont, ale o poczucie niedocenienia. Ten hałas był katalizatorem moich lęków – że się nie staram wystarczająco, że nasze życie to pasmo rozczarowań, że nawet głupiej kolacji nie potrafię zorganizować bez katastrofy.
Byłam gotowa do ataku
Kolejna seria wiercenia przelała czarę goryczy. Wstałam gwałtownie.
– Idę tam – oświadczyłam twardo.
– Daj spokój – Tomek próbował mnie zatrzymać. – Nie rób scen.
– Nie, nie przestaną, jeśli nikt im nie zwróci uwagi! Mam dość. Nie pozwolę, żeby jakiś ignorant zepsuł nam wieczór, nad którym pracowałam cały tydzień.
Wyszłam, trzaskając drzwiami. Tupiąc głośno, weszłam na piętro wyżej, układając w głowie ostry monolog. Wyobrażałam sobie grupę robotników albo młodego wnuczka sąsiada. Stanęłam przed drzwiami numer 18. Hałas był tu ogłuszający. Nacisnęłam dzwonek. Długo, natarczywie.
Cisza.
Zadzwoniłam ponownie, uderzając dłonią w drzwi.
– Proszę otworzyć! – krzyknęłam. – Tu sąsiedzi z dołu!
Odgłosy ustały. Usłyszałam kroki. Zamek szczęknął i drzwi uchyliły się powoli. Byłam gotowa do ataku.
Poczułam ukłucie w sercu
Drzwi otworzyły się szerzej i słowa uwięzły mi w gardle. Nie było ekipy budowlanej. Stał tam pan Henryk, nasz ponad osiemdziesięcioletni sąsiad. Zawsze elegancki, teraz wyglądał tragicznie: siwe włosy w nieładzie, pot na czole, drżące ręce. Miał na sobie przybrudzoną marynarkę, a w dłoni ściskał ciężką, starą wiertarkę, która wyglądała, jakby ważyła tyle, co on. Za jego plecami panował chaos. Na środku salonu leżał przewrócony regał, a na ścianie widniało kilka nieudolnie wywierconych dziur, z których sypał się tynk. Wszędzie walały się książki, bibeloty i... płatki róż.
– Dobry wieczór... – wysapał, patrząc na mnie przerażonym wzrokiem. – Ja... ja bardzo przepraszam. Wiem, że jest głośno. Ja tylko...
Złość uleciała w sekundę, zastąpiona przez szok i współczucie.
– Panie Henryku, co się dzieje? Wszystko w porządku? – zapytałam, zapominając o stygnącej kaczce.
Staruszek oparł się o futrynę i spuścił wzrok.
– Chciałem powiesić portret – powiedział łamiącym się głosem. – Dzisiaj jest nasza rocznica. Moja i Basieńki. Pięćdziesiąta piąta.
Poczułam ukłucie w sercu. Jego żona zmarła rok temu. Pamiętam go na pogrzebie – samotnego i zagubionego.
– Chciałem powiesić jej portret – kontynuował, wskazując drżącą ręką zniszczoną ścianę. – Zdjąłem go do odkurzania ramy i spadł mi kołek. Chciałem wywiercić nowy, ale ściana jest twarda, wiertarka ciężka... Potknąłem się, pociągnąłem regał... Chciałem zdążyć przed kolacją. Zawsze jedliśmy o dziewiętnastej trzydzieści w rocznicę. Nakryłem stół dla niej...
Spojrzałam w głąb mieszkania. Na małym stole stały dwa nakrycia, ciasto i zapalona świeca. Obok stało zdjęcie uśmiechniętej kobiety w kapeluszu. Cały ten bałagan, ten hałas – to była desperacka walka o podtrzymanie tradycji, o pamięć ukochanej osoby. On nie robił remontu. On walczył z materią i własną słabością, by spędzić ten wieczór z żoną. Zrobiło mi się potwornie wstyd. Płakałam nad zimną kaczką, podczas gdy ten człowiek próbował stworzyć iluzję obecności kogoś, kogo stracił na zawsze.
Miałam ściśnięte gardło
– Proszę poczekać – powiedziałam szybko. – Zaraz wracam. Niech pan nic nie rusza.
Zbiegłam na dół, wpadając do mieszkania jak burza. Tomek wciąż siedział przy stole.
– I co? Nagadałaś im?
– Wstawaj – rzuciłam. – Bierz skrzynkę z narzędziami i idziemy na górę.
– Co? Po co? O co chodzi?
– Nie pytaj, tylko chodź. Pan Henryk potrzebuje pomocy.
Tomek, widząc moją minę, nie dyskutował. Wziął sprzęt i poszedł za mną. Kiedy zobaczyliśmy pana Henryka siedzącego w środku pobojowiska z twarzą w dłoniach, Tomek zrozumiał wszystko bez słów. Przystąpiliśmy do działania. Tomek w pięć minut wywiercił idealny otwór. Pan Henryk patrzył z niedowierzaniem, wciąż przepraszając. Ja w tym czasie podniosłam książki, ustawiłam regał i zmiotłam tynk. Pan Henryk podał mu dużą, oprawioną w złoconą ramę fotografię.
– Tutaj. Dokładnie na środku. Basia zawsze pilnowała, żeby było równo.
Gdy obraz zawisł, staruszek podszedł i delikatnie dotknął ramy. Po policzku spłynęła mu łza.
– Dziękuję – szepnął. – Uratowaliście mi wieczór. Nie wiem, jak się odwdzięczę.
– Nie musi się pan odwdzięczać – powiedziałam ze ściśniętym gardłem. – To przyjemność.
Spojrzałam na stół z dwoma nakryciami. Widok był bolesny i piękny zarazem.
– Panie Henryku... – zaczęłam nieśmiało. – A może... może zszedłby pan do nas? Mamy dużo jedzenia. Nie chcemy, żeby pan siedział tu sam.
Pan Henryk spojrzał na zdjęcie żony, jakby pytał o zgodę. Uśmiechnął się do nas smutno, ale ciepło.
– Jesteście bardzo mili, ale dzisiaj... dzisiaj mam randkę z moją Basią. Ona by mi nie wybaczyła, gdybym ją zostawił samą w rocznicę. Rozumiecie?
Zrozumieliśmy doskonale.
Zrozumiałam, co jest ważne
Wróciliśmy do mieszkania w ciszy. Hałas ustał definitywnie. W naszym salonie świece przygasły, kaczka była zimna, sos zastygł, a ravioli posklejały się w jedną masę. Jednak kiedy usiedliśmy do stołu, żadne z nas nie zwracało na to uwagi. Tomek spojrzał na mnie z szacunkiem i ciepłem, jakiego dawno nie widziałam.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Za to, co powiedziałem wcześniej. I dziękuję, że tam poszłaś.
– Ja też przepraszam – odpowiedziałam, chwytając jego dłoń. – Byłam tak skupiona na tym, żeby wszystko wyglądało idealnie, że zapomniałam, o co w tym wszystkim chodzi.
Zjedliśmy zimną kolację. Rozmawialiśmy o panu Henryku, o przemijaniu i o tym, jak ważne jest, że mamy siebie tu i teraz. Nasze problemy w pracy, brudne naczynia, niespełnione ambicje – to wszystko stało się błahe w obliczu miłości, która przetrwała nawet śmierć.
Zrozumiałam, że walentynki nie są od robienia zdjęć, czy imponowania kulinarnym kunsztem. Są po to, by zatrzymać się w biegu i docenić obecność drugiego człowieka. Pan Henryk, robiąc ten piekielny hałas, dał nam najpiękniejszy prezent. Przypomniał, że miłość to nie tylko uniesienia, ale też pamięć i wierność. Kładąc się spać, przytuliłam się do Tomka mocniej niż zwykle. Nad naszymi głowami panowała cisza. Wiedziałam, że piętro wyżej pan Henryk siedzi przy stole naprzeciwko portretu swojej żony, jedząc ciasto i wspominając wspólne życie. Ten wieczór zaczął się od katastrofy, a zakończył poczuciem głębokiego spokoju. To były najdziwniejsze, ale i najbardziej wartościowe walentynki w moim życiu.
Anita, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzice dali mi pieniądze na ślub, a teraz mną dyrygują. Gdybym wiedziała, że tak będzie, nie wzięłabym nawet złotówki”
- „Walentynki już zawsze będą mi się śniły po nocach. W święto zakochanych straciłam nie tylko pracę, ale i miłość życia”
- „Zostałam sama w tłusty czwartek i nawet pączki nie poprawiły mi humoru. Samotność ma gorzki smak”