Reklama

To wydarzyło się w najmniej spodziewanym momencie, kiedy wszyscy żyli przygotowaniami do tłustego czwartku i walentynek, a ja myślałam tylko o tym, żeby spokojnie przetrwać rodzinne spotkanie. Jedno przypadkowe spotkanie sprawiło, że poczułam się wciągnięta w cudze małżeństwo. Od tamtej chwili nosiłam w sobie sekret, który coraz mocniej mnie uwierał.

Nogi same mnie poniosły

Wyszłam wtedy po prezent. Nic wielkiego, drobiazg dla męża, żeby było miło, bez zadęcia. Mróz szczypał w policzki, a ja naciągnęłam czapkę na głowę i skręciłam w boczną uliczkę, żeby szybciej dojść do galerii. Właśnie wtedy ich zobaczyłam. Najpierw rozpoznałam płaszcz teściowej. Ten jasny, elegancki, który teściowa zakładała tylko „na specjalne okazje”. Stała pod kawiarnią, lekko pochylona w stronę mężczyzny, którego nie znałam. Śmiała się, jakby świat wokół nie istniał. Zatrzymałam się, a serce zaczęło mi walić, choć nie wiedziałam jeszcze dlaczego.

To niemożliwe… – szepnęłam sama do siebie.

Mężczyzna dotknął jej dłoni. Delikatnie, ale bez wahania. Ona nie cofnęła ręki. Spojrzała mu w oczy, a potem… przytuliła się do niego.

Mamo? – wyrwało mi się niemal bezgłośnie, choć stałam kilka metrów dalej.

Oczywiście mnie nie usłyszała. Była w swoim świecie. Weszli razem do kawiarni, a ja zostałam na chodniku, czując, jak robi mi się słabo. Chciałam odejść, zapomnieć, wmówić sobie, że źle widziałam. Jednak nogi same mnie poniosły. Usiadłam przy stoliku pod ścianą. Głowa dudniła mi od myśli. Oni siedzieli naprzeciwko siebie, nachyleni, szeptali coś, od czasu do czasu wybuchając śmiechem.

Poczułam, jak ściska mnie w żołądku. To nie był przypadek. To nie było niewinne spotkanie. Wyszłam stamtąd, zanim mnie zauważyli. Na zewnątrz oparłam się o ścianę budynku i wzięłam kilka głębokich oddechów. Przed oczami stanęła mi twarz teścia. Jego spokojny głos, kiedy nalewał herbatę. To, jak zawsze stawał po jej stronie.

– Co ja mam z tym zrobić… – wyszeptałam.

Tego dnia prezentu już nie kupiłam. Wróciłam do domu z pustymi rękami i głową pełną pytań, na które nie znałam odpowiedzi.

Nie wiedziałam, co robić

Przez kolejne dni żyłam jak na autopilocie. Uśmiechałam się do męża, odpowiadałam na wiadomości z pracy, a w środku czułam narastający ucisk. Obraz z kawiarni wracał do mnie w najmniej odpowiednich momentach. Najgorzej było wieczorami, kiedy zostawałam sama z myślami. Rodzinny obiad u teściów był dla mnie wielkim wyzwaniem. Walentynki zbliżały się wielkimi krokami, teściowa krzątała się po kuchni, a teść siedział w fotelu i opowiadał o drobnych sprawach, jakby świat był prosty i przewidywalny.

Pomożesz mi z sałatką? – zapytała teściowa, nawet na mnie nie patrząc.

Poszłam za nią do kuchni. Stałyśmy obok siebie, krojąc warzywa w ciszy. Z bliska widziałam, że jest jakaś inna. Co chwilę zerkała na telefon leżący na blacie.

Wszystko w porządku? – zapytałam w końcu, nie mogąc wytrzymać.

Zamarła na ułamek sekundy.

– Oczywiście – odpowiedziała zbyt szybko. – Dlaczego pytasz?

Wzruszyłam ramionami, ale ręce zaczęły mi się lekko trząść. Chciałam powiedzieć wszystko. Wyrzucić z siebie prawdę i mieć to za sobą. Zamiast tego milczałam. Przy stole teść podał jej kwiaty. Mały bukiet, jeszcze zapakowany.

– Tak po prostu – uśmiechnął się. – Bo niedługo będą walentynki.

Teściowa uśmiechnęła się, ale jej oczy pozostały puste. Spojrzała na mnie na krótką chwilę. W tym spojrzeniu było coś jak prośba. Albo ostrzeżenie.

– Ładne – powiedziałam cicho, czując, jak pali mnie gardło.

Po obiedzie mąż zapytał, czy wszystko ze mną w porządku. Odpowiedziałam, że jestem zmęczona. To była najbezpieczniejsza wersja prawdy. Tego wieczoru długo leżałam w łóżku, patrząc w sufit. Wiedziałam już, że to nie była jednorazowa sytuacja. Rzeczywistość wciągała mnie coraz głębiej w cudzą tajemnicę. A im dłużej milczałam, tym trudniej było mi sobie wyobrazić, że kiedykolwiek powiem prawdę.

Serce biło mi mocno

Nie wytrzymałam długo. Byłam rozdrażniona, nieobecna, reagowałam zbyt ostro na drobiazgi. Mąż w końcu to zauważył. Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy w kuchni przy herbacie, odstawił kubek i spojrzał na mnie uważnie.

– Co się dzieje? – zapytał spokojnie. – Od kilku dni jesteś jakby gdzieś indziej.

Przez chwilę udawałam, że poprawiam rękaw swetra. Serce biło mi tak mocno, że bałam się, iż to usłyszy.

To nic takiego – skłamałam odruchowo.

– Znam cię – odpowiedział. – To nie jest „nic”.

Westchnęłam. W głowie miałam chaos. Wiedziałam, że jeśli mu powiem, nie będzie już odwrotu. Że ta historia przestanie być tylko moja.

– Widziałam twoją mamę – zaczęłam cicho. – Kilka dni temu.

Uniósł brwi, ale nie przerwał.

– Nie była sama – dodałam. – I to… nie wyglądało niewinnie.

Zapadła cisza. Mąż wpatrywał się we mnie, jakby próbował zrozumieć sens moich słów.

Chcesz powiedzieć, że… – urwał.

Skinęłam głową. Ręce drżały mi już wyraźnie.

– Jesteś pewna? – zapytał po chwili. – Może to był ktoś z pracy? Albo stary znajomy?

– Słyszałam, co mówili – odpowiedziałam. – To nie było przypadkowe spotkanie.

Oparł się o oparcie krzesła i przetarł twarz dłońmi. Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie. Bezradnego.

– Tata… – powiedział tylko tyle.

Poczułam ukłucie winy, choć to nie ja zrobiłam coś złego.

– Nie wiem, czy powinniśmy mu mówić – dodałam szybko. – Nie wiem, czy to nasza rola.

Spojrzał na mnie z mieszaniną złości i strachu.

A jeśli on już coś przeczuwa? – zapytał. – A my będziemy udawać, że nic nie wiemy?

Nie mieliśmy odpowiedzi. Tej nocy długo siedzieliśmy w ciszy, każde pogrążone we własnych myślach. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że niezależnie od tego, co zrobimy, ktoś zostanie zraniony. Pytanie tylko — kto.

Byłam zdezorientowana

Od rana czułam napięcie. Mąż był milczący, krzątał się bez sensu, kilka razy sprawdził telefon i odkładał go z westchnieniem. Wiedziałam, że myśli o ojcu. Po południu pojechaliśmy do teściów. Miało być zwyczajne spotkanie, kawa i ciasto. Teściowa przywitała nas z uśmiechem, trochę zbyt szerokim. Miała na sobie nową bluzkę, starannie ułożone włosy, jakby szykowała się na coś więcej niż rodzinny wieczór.

– Dobrze, że jesteście – powiedziała, unikając mojego wzroku.

Teść wyszedł z pokoju z pudełkiem czekoladek.

– Dla was – oznajmił pogodnie. – Dziś trzeba się dzielić czymś miłym.

Usiedliśmy przy stole. Rozmowa toczyła się ospale, o niczym ważnym. Nagle teściowej zadzwonił telefon. Zerknęła na ekran i momentalnie spoważniała.

– Muszę odebrać – rzuciła szybko i wyszła do przedpokoju.

Zapanowała cisza. Teść spojrzał za nią, potem na nas.

Ostatnio jest jakaś nerwowa – powiedział półżartem. – Pewnie wiosna idzie.

Mąż ścisnął mnie pod stołem za rękę. Wiedziałam, że on też to czuje. Coś wisiało w powietrzu. Teściowa wróciła po kilku minutach. Jej policzki były zaróżowione, a głos lekko drżał.

– Muszę na chwilę wyjść – oznajmiła. – Pilna sprawa.

– W taki dzień? – zdziwił się teść. – Może poczekać?

Zawahała się. Spojrzała na niego, potem na mnie. Przez sekundę miałam wrażenie, że zaraz wszystko powie. Zamiast tego chwyciła płaszcz.

– Nie mogę – odpowiedziała krótko i wyszła.

Drzwi zamknęły się z głuchym dźwiękiem. Teść siedział nieruchomo, wpatrzony w pusty przedpokój. W jego oczach pojawiło się coś, czego wcześniej nie widziałam — niepewność.

Dziwne – mruknął.

Serce waliło mi jak oszalałe. Wiedziałam, że zbliżamy się do momentu, po którym nie da się już wrócić do udawanej normalności.

Wyszłam bez słowa

Nie zdążyłam podjąć decyzji. Los zrobił to za mnie. Teściowa wróciła późnym wieczorem. Usłyszeliśmy trzask drzwi i ciężkie kroki w przedpokoju. Teść wstał od razu, jakby czekał na ten dźwięk.

Gdzie byłaś? – zapytał spokojnie, aż zbyt spokojnie.

Stałam z mężem w kuchni, ale każde słowo słyszałam wyraźnie. Teściowa nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego powoli zdjęła płaszcz.

– Musimy porozmawiać – powiedziała w końcu.

Zapadła cisza. Taka, która boli w uszach.

Od dawna to czuję – odezwał się teść po chwili. – Nie chciałem pytać. Myślałem, że to ja coś robię nie tak.

Nie było krzyków. Nie było dramatycznych oskarżeń. Była prawda, wypowiedziana łamiącym się głosem i długa rozmowa, z której wyłaniało się coś, czego wcześniej nie widziałam — dwoje ludzi zagubionych, oddalonych od siebie od lat. Wyszliśmy bez pożegnania. Nikt nas nie zatrzymywał. W drodze do domu mąż milczał. Dopiero pod klatką objął mnie mocno.

Dobrze, że nic nie powiedziałaś – wyszeptał. – To musiało się wydarzyć między nimi.

Zrozumiałam wtedy, że nie każda prawda potrzebuje naszego udziału. Czasem wystarczy, że nie udajemy, iż jej nie widzimy. A reszta… i tak znajdzie drogę na powierzchnię. Do dziś myślę o tamtych walentynkach jako o dniu, w którym nauczyłam się, że nie wszystko da się naprawić.

Milena, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama