„U sąsiada drzwi się nie zamykają i muzyka nie milknie. Przypadkiem jednak odkryłam, że więcej nas łączy, niż dzieli”
„Przez chwilę stałam w milczeniu, bo cała moja złość nie wiedziała, gdzie się teraz podziać. Oczekiwałam tłumaczenia, może jakiejś obrony, a najlepiej – oburzenia. A on po prostu przeprosił z uśmiechem”.

- Redakcja
Zawsze powtarzałam, że największym luksusem w życiu jest święty spokój. I tak sobie żyłam – spokojnie, przewidywalnie, po swojemu. Sama, ale nie samotna, bo to różnica. Mam trzy ulubione dźwięki: bulgot ekspresu do kawy o poranku, tykanie zegara w kuchni i ciszę, która otula mnie jak koc, zwłaszcza po 22, gdy cały blok zapada w sen.
Uwielbiam ciszę
Pracuję zdalnie, więc moje życie toczy się w czterech ścianach. Życie w bloku to sztuka kompromisów, ale ja mam swoje zasady. I wszyscy je szanowali. Do czasu.
Nowy sąsiad wprowadził się dokładnie nade mną jakieś dwa miesiące temu. Hałas pojawił się razem z nim, niemal od razu. Stukające obcasy – bo oczywiście musiał mieć kobietę z obcasami – trzaskanie drzwiami, śmiechy na klatce, muzyka.
Właściwie nie muzyka, tylko walenie basem, jakby pod sufitem otwarto klub techno. Albo co gorsza – dom dla niezrównoważonych emocjonalnie mężczyzn po rozwodzie. Bo dowiedziałam się, że Bartek to rozwodnik. Tylko rozwodnik mógłby parkować na zakazie, jakby miał do tego prawo od losu.
Nie znałam go osobiście, ale przecież nie trzeba znać człowieka, żeby wiedzieć, że jest burakiem. Tak na niego mówiłam: „burak z siódmego piętra”. Miałam nadzieję, że się wyprowadzi albo ogarnie, ale on nic. A ja zaczęłam się łapać na tym, że słucham, czy już wrócił, czy będzie dziś znowu walił tymi swoimi basami i czy jego śmiech znowu obudzi mnie o północy.
Irytował mnie
Każdy wieczór kończył się tym samym – leżałam w łóżku, przewracałam się z boku na bok i słuchałam, jak z góry dobiegały dudnienia. Raz głośniejsze, raz jakby stłumione, ale zawsze obecne. Najgorzej było wtedy, gdy w końcu zapadała cisza. Bo wtedy wiedziałam, że znów nie zasnę przez złość.
W czwartek o 21:37 wyszłam z mieszkania. Zanim nacisnęłam klamkę, stałam chwilę z ręką zawieszoną w powietrzu. Serce waliło mi jak dzwon, ale nie zamierzałam odpuścić. Wciągnęłam głęboko powietrze i ruszyłam na piętro wyżej. W mojej głowie kołatały się myśli: „Nie mam obowiązku tego znosić. Jest regulamin. Ludzie normalni szanują sąsiadów. Nie będę żyć w chaosie tylko dlatego, że jakiś facet nie umie się zachować”.
Stanęłam przed jego drzwiami. Z bliska wyglądały na niedomalowane, jakby ktoś zaczął remont i nie skończył. Zapukałam głośno, raz, potem drugi. W środku coś zaszurało, a po chwili drzwi się otworzyły.
Miałam go dość
Włosy miał potargane, jakby właśnie wstał. W jednej ręce trzymał kubek, z którego unosiła się para. Na twarzy miał coś pomiędzy zmęczeniem a rozbawieniem. Zrobiło mi się dziwnie, ale nie zamierzałam tracić rezonu.
– Panie sąsiedzie, nie wiem, jak u pana w poprzednim bloku, ale tutaj po 22 to się śpi, a nie gra techno.
Uśmiechnął się z zaskoczeniem, przechylił głowę i odpowiedział spokojnie:
– To nie techno, to jazz eksperymentalny. Ale przepraszam, naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak to słychać. Poprawię się.
Nie tego się spodziewałam. Przez chwilę stałam w milczeniu, bo cała moja złość nie wiedziała, gdzie się teraz podziać. Oczekiwałam tłumaczenia, może jakiejś obrony, a najlepiej – oburzenia. A on po prostu przeprosił z uśmiechem, takim, który nie był ani złośliwy, ani zbyt ciepły, ale zwyczajny, ale właśnie przez to rozbrajający.
Myślałam o nim
Któregoś dnia minęłam go na klatce z udawaną obojętnością, ale on pierwszy się odezwał.
– Dzień dobry, sąsiadko kontrolerko dźwięków.
Zatrzymałam się na sekundę, spojrzałam mu prosto w oczy i odpowiedziałam chłodno:
– A pan znowu z zakupami, czy może tym razem z perkusją?
Uśmiechnął się, jakby właśnie na to czekał. Nie drążył dalej, tylko skinął głową i poszedł na górę, zostawiając za sobą zapach kawy i coś jeszcze – coś, co zostawało w powietrzu dłużej, niż powinno. Z czasem zaczęliśmy wpadać na siebie częściej. Raz w tygodniu, potem co drugi dzień. Krótkie wymiany zdań stawały się coraz bardziej złośliwe, ale też… przyjemne.
– Pilnuję, żeby muzyka była przed ciszą nocną – rzucił kiedyś w windzie.
– To proszę jeszcze popracować nad basem – odpowiedziałam, patrząc przed siebie.
Nie wiem, kiedy zaczęłam czekać na te momenty. Nieświadomie nasłuchiwałam kroków na klatce, głosu pod drzwiami windy, szelestu siatek. To nie był flirt, tylko sąsiedzka uprzejmość z domieszką ironii. Nic więcej.
Po prostu przyszedł
Pukanie do drzwi w niedzielę rano to nie była norma w moim świecie. Zerknęłam przez wizjer i przez sekundę zawahałam się, czy udawać, że mnie nie ma. Ale już za późno. Otworzyłam powoli.
– Cześć – powiedział sąsiad, trzymając w dłoni termos. – Mój ekspres do kawy umarł śmiercią nagłą i dość widowiskową. Masz może trochę na wynos?
Spojrzałam na niego, potem na termos, potem znowu na niego. W szlafroku, nieuczesana, z ledwie otwartymi oczami. Miałam ochotę powiedzieć „nie”, ale powiedziałam:
– Daj ten termos.
Podał go z uśmiechem, jakby właśnie wygrał coś więcej niż kawę. Zniknął, ale następnego dnia zapukał znowu.
– Może tym razem wypijesz ze mną? – zapytał, pokazując dwa kubki.
Wpuściłam go, sama nie wiem, czemu.
– Gdybyś mi kiedyś powiedziała, że będę pił kawę z sąsiadką, która chciała mnie wyrzucić z bloku, to bym ci nie uwierzył – powiedział, patrząc na mnie z ukosa.
– A gdybyś ty mi powiedział, że wpuszczę cię do kuchni, to bym ci drzwi zatrzasnęła przed nosem – odpowiedziałam, czując, jak kąciki moich ust drgają same.
To nie był koniec
We wtorek przyniósł mi małego, zielonego sukulenta w doniczce.
– Na parapet. Będzie ci raźniej.
Zdziwiło mnie, jak bardzo mnie to wzruszyło.
Minął rok, odkąd pierwszy raz zapukałam do jego drzwi, gotowa wytoczyć sąsiedzką wojnę o ciszę nocną. Teraz siedzimy razem na moim balkonie. Mój koc leży na jego kolanach, jego dłoń spoczywa na mojej, a dwie filiżanki kawy stoją na stoliku. Tak jak nasze życie – pełne drobiazgów, które nie potrzebują fajerwerków, by być prawdziwe.
Kocham go, nawet jeśli nie mówię tego codziennie. On też mnie kocha – widzę to w jego spojrzeniu, w tym, jak poprawia mi poduszkę, zanim pójdziemy spać. Nie planowaliśmy tego, nie szukaliśmy siebie, a jednak znaleźliśmy – w zapachu kawy, w skrzypieniu balkonowego krzesła, w niechcianym początku, który okazał się wszystkim.
Joanna, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wymusiłam na moim ukochanym, żeby wreszcie mi się oświadczył. Gorzko tego pożałowałam jeszcze przed naszym ślubem”
- „Żona straciła głowę dla okazji na Black Friday. Ciekawe, czy na wyprzedażach znajdzie też rabat na rachunek za prąd i gaz”
- „Nie wiedziałam, że mąż wziął ze mną ślub z przymusu. Pod moim sercem rosło nasionko, a on już szukał drogi ucieczki”