atoms.adSlot.adLabel

Nasz dom był naszą twierdzą. Każda rzecz miała swoje miejsce, ale najważniejsza była atmosfera. Byliśmy z Piotrkiem idealnie dopasowani – nie tylko w łóżku, gdzie rozumieliśmy się bez słów. Mieliśmy swoje rytuały, swoje żarty, swój świat, do którego nikt nie miał wstępu

Zgodziłam się

Byliśmy samowystarczalną jednostką. Czuliśmy się wolni. Nie wiedziałam, że to ostatnie chwile tej beztroski. Telefon zadzwonił o 10:30. Na wyświetlaczu pojawiło się: „Mama”. Piotrek westchnął, odebrał i jego twarz stężała. Awaria pieca. Zimne kaloryfery. Hydraulik przyjdzie dopiero za dwa tygodnie.

– Kochanie… – zaczął, a ja już wiedziałam, o co poprosi. – Mama nie może tam zostać. W nocy ma być minus pięć.

Zgodziłam się. Co miałam zrobić? Pozwolić teściowej zamarznąć? Myślałam, że te dwa tygodnie jakoś przeżyjemy. Byłam naiwna jak dziecko. Przyjechała tego samego wieczoru. Spodziewałam się małej walizki. W końcu to tylko dwa tygodnie.

Zamiast tego do naszego przedpokoju wjechały trzy ogromne torby, siatka z wekami i – co gorsza – jej własna kołdra, bo nasza pewnie jest sztuczna i nie oddycha. Już pierwsze wejście zwiastowało katastrofę. Teściowa stanęła w progu salonu, rozejrzała się i westchnęła głośno.

– Ojej. Jak tu smutno. Jak w szpitalu. Wy tu w ogóle żyjecie?

Na wszystko narzekała

Zacisnęłam zęby.

– Nam się podoba, mamo. Lubimy porządek – odpowiedziałam, starając się brzmieć miło.

– Porządek to jedno, a brak duszy to drugie. No ale dobrze, jakoś wytrzymam – rzuciła, zdejmując płaszcz i rzucając go na oparcie fotela.

Piotrek zaniósł jej rzeczy do pokoju gościnnego, który na co dzień służył mi jako gabinet do pracy zdalnej. Teściowa weszła tam i natychmiast przestawiła mój monitor.

– Zasłania światło. Źle na oczy robi – orzekła.

– Mamo, proszę, nie ruszaj sprzętu Elizy – Piotrek zareagował, ale zbyt miękko.

– Chcę tylko pomóc! Żeby wzroku nie psuła, ale dobrze, już nic nie dotykam. Jesteście tacy drażliwi.

To był dopiero pierwszy wieczór. Piekło zaczęło się na dobre trzeciego dnia. Pracowałam nad ważnym projektem, miałam stres, a z kuchni dobiegał zapach smażonej cebuli i smalcu. Ciężki, tłusty odór, który wsiąkał w obicia i zasłony. Wyszłam z pokoju.

Wszystko niszczyła

Teściowa stała nad kuchenką, używając mojej najdroższej patelni teflonowej i skrobała po niej metalową łyżką.

– Co mama robi? – zapytałam, czując, jak ciśnienie skacze mi do dwustu.

– Piotruś tak marnie wygląda. Blady taki. Zrobiłam mu schabowe, takie jak lubi. Na smalczyku. Bo te twoje sałatki to dla królików, nie dla chłopa – odpowiedziała, nie patrząc na mnie.

– Mamo, my nie jemy wieprzowiny. I ta patelnia… – zaczęłam, ale przerwała mi.

– Oj przestań. Chłop musi zjeść. A ty też byś mogła trochę ciałka nabrać, bo same kości. Może dlatego… no wiesz.

– Co „dlatego”? – zapytałam ostro.

– Może dlatego wnuków jeszcze nie ma. Kobieta musi mieć siłę, żeby donosić.

To był cios poniżej pasa. Staraliśmy się o dziecko od kilku miesięcy, bez presji, ale temat był delikatny. Ona o tym nie wiedziała, a jednak trafiła w najczulszy punkt. Wróciłam do pokoju, trzęsąc się ze złości. Kiedy Piotrek wrócił z pracy i z zachwytem zjadł tłustego schabowego, chwaląc mamusię, poczułam pierwsze ukłucie zdrady.

– Kochanie, tęskniłem za tym smakiem – powiedział, wycierając usta. – Spróbuj, pyszne.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Widział moją minę, ale udał, że nie widzi. Wolał nie drażnić matki.

Kontrolowała nas

Prawdziwy dramat zaczął się jednak wieczorami. Nasze życie intymne, do tej pory bujne i spontaniczne, umarło śmiercią nagłą. Teściowa nie uznawała zamkniętych drzwi.

– Żeby powietrze cyrkulowało – mówiła, zostawiając drzwi do swojego pokoju otwarte na oścież.

Jej pokój był naprzeciwko naszej sypialni. Słyszałam każde jej chrząknięcie, każde przewracanie się na łóżku. Pewnego wieczoru, około czwartego dnia wizyty, próbowaliśmy z Piotrkiem odzyskać trochę bliskości. Wtedy usłyszeliśmy kroki. Klamka nacisnęła się powoli. Piotrek zamarł. Ja naciągnęłam kołdrę pod szyję. Drzwi uchyliły się. W półmroku zobaczyłam sylwetkę teściowej.

– Piotruś? Śpisz? – zapytała szeptem, który brzmiał jak krzyk w ciszy nocy.

– Mamo?! Co jest? – Piotrek był wściekły.

– Chciałam tylko zapytać, czy nastawiłeś zmywarkę, bo świeciła się kontrolka i bałam się, że będzie spięcie.

– Nastawiłem. Mamo, wchodzisz do naszej sypialni bez pukania?!

– Pukałam, ale byliście zajęci… czymś tam. Dobranoc.

Wyszła. Czar prysł. Leżeliśmy obok siebie sztywni jak kłody.

– Zamknęła drzwi? – zapytałam szeptem.

– Tak.

– Nie mogę tak żyć. Czuję się jak w akademiku.

– Wytrzymaj. To tylko jeszcze tydzień. Nie będę robił awantury o zmywarkę.

Poprzestawiała meble

Ale to nie była tylko zmywarka. To była kontrola. Czułam, jak ona nas kastruje. Następnego dnia zamontowałam zamek w drzwiach sypialni. Teściowa skomentowała to przy obiedzie:

– Zamykacie się jak przed złodziejem. Co wy tam robicie, czego matka nie może wiedzieć?

– Mamo, jesteśmy małżeństwem. Mamy prawo do prywatności – warknęłam.

– Ojej, jaka wrażliwa. Kiedyś rodziny spały w jednej izbie i nikt problemów nie robił.

Drugi tydzień był torturą. Teresa zaczęła organizować nam życie. Moje kosmetyki w łazience zostały poprzestawiane, bo stały nielogicznie. Moje pranie, w tym moja koronkowa bielizna, zostało wywieszone na balkonie – na widok wszystkich sąsiadów, bo na słońcu lepiej schnie.

Punkt kulminacyjny nastąpił w środę. Wyszłam na spotkanie z klientem. Nie było mnie cztery godziny. Kiedy włożyłam klucz do zamka, usłyszałam szuranie. Weszłam do salonu i upuściłam torebkę. Mój salon nie był moim salonem. Kanapa stała pod inną ścianą. Stół jadalniany stał na środku, przykryty… koronkowym obrusem, który teściowa musiała wygrzebać ze swoich toreb. Na ścianie, w miejscu mojego ulubionego obrazu wisiał jakiś landszaft w złotej ramie.

Nie wytrzymałam

– Niespodzianka! – zawołała, wychodząc z kuchni z rękami w mące. – Zrobiłam wam feng shui po polsku. Tam, gdzie stała kanapa, to była żyła wodna. Piotruś by chorował. A ten bohomaz zdjęłam, bo przygnębiał. Powieście go sobie w piwnicy.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Ręce zaczęły mi drżeć. To był ten moment. Moment, w którym pękła tama.

– Gdzie jest mój obraz? – zapytałam cicho.

– Schowałam za szafę. Nie dziękuj. Teraz jest przytulnie. Domowo.

– Piotrek o tym wie?

– Piotruś? Dzwoniłam do niego, powiedział: „Mamo, rób co chcesz, byle był spokój”.

Te słowa zabolały bardziej niż widok zdemolowanego salonu. Mój mąż sprzedał mnie za święty spokój. Sprzedał naszą przestrzeń, moją pracę, moją estetykę, żeby mamusia nie marudziła. Wpadłam w furię. Zaczęłam przesuwać meble z powrotem, zgrzytając nimi o podłogę.

– Co ty wyprawiasz?! – pisnęła teściowa. – Zarysujesz parkiet!

– To mój parkiet! Mój dom! I moje zasady! – warknęłam, odwracając się do niej. – Masz natychmiast przestać rządzić w moim życiu. Jesteś tu gościem. Gościem, rozumiesz?!

Nie spodziewał się tego

– Jak ty się do mnie odzywasz? Ja jestem matką twojego męża! Starszą osobą!

– Jesteś manipulatorką, która niszczy nasze małżeństwo! – wykrzyczałam jej w twarz.

Chwyciła się za serce. Teatralny gest, który widziałam w telenowelach.

– O… duszno mi. Piotruś się dowie. Dowie się, jaka jesteś naprawdę. Histeryczka.

Kiedy Piotrek wrócił do domu, atmosfera była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Teściowa leżała w „swoim” pokoju z zimnym okładem na głowie, jęcząc cicho, gdy tylko usłyszała klucz w zamku. Ja siedziałam w kuchni. Salon był w połowie przywrócony do normy, w połowie w ruinie. Piotrek wszedł, rozejrzał się i pobladł.

– Co tu się stało? – zapytał.

– Twoja matka zrobiła nam remont. A ja go odkręcam – powiedziałam chłodno.

– Jezu, Eliza… Czy ty zawsze musisz robić problemy? Nie mogłaś wytrzymać tych kilku dni? Przecież byśmy to przestawili, jak wyjedzie.

Wstałam powoli. To był ten moment. Moment prawdy.

– Robić problemy? – powtórzyłam. – Piotrek, ona powiedziała mi, że pozwoliłeś jej na to. Że powiedziałeś „rób co chcesz, byle był spokój”. Czy to prawda?

Piotrek spuścił wzrok. Zaczął bawić się obrączką.

– Byłem w pracy, miałem ważne spotkanie, dzwoniła trzy razy… Chciałem ją po prostu zbyć.

Próbował się tłumaczyć

– Zbyłeś ją kosztem mnie. Kosztem mojego komfortu we własnym domu. Pozwoliłeś jej wejść nam na głowę, do sypialni, do garnków, a teraz do aranżacji wnętrz. Wiesz, co ona powiedziała? Że nie mam dzieci, bo jestem za chuda i źle cię karmię. Broniłeś mnie?

Milczał.

– Nie – odpowiedziałam za niego. – Nie broniłeś. Zajadałeś schabowe i cieszyłeś się, że mamusia jest szczęśliwa.

Wstałam i poszłam do sypialni. Wyciągnęłam walizkę. Tę samą, którą braliśmy na naszą podróż poślubną.

– Co robisz? – Piotrek stanął w drzwiach, przerażony.

– Wyjeżdżam. Jadę do hotelu. Albo ona wyjdzie stąd jutro rano, albo ja nie wrócę.

– Ale piec…

– Guzik mnie obchodzi jej piec! – krzyknęłam, rzucając ubraniami. – Stać cię na to, żeby opłacić jej hotel. Albo naprawę w trybie ekspresowym. Masz wybór. Albo jesteś mężem, albo synusiem mamusi. Te dwie role się właśnie wykluczyły.

Wtedy z pokoju obok wyszła teściowa. Bez okładu na głowie, cudownie ozdrowiała.

– Słyszę wszystko! – zawołała. – Wyrzucasz mnie? Własną matkę? Piotruś, pozwolisz na to? Ona cię szantażuje! To jest toksyczna kobieta!

Dałam mu wybór

Spojrzałam na Piotrka. Stał między mną a nią. Widziałam walkę na jego twarzy. Widziałam ten wyuczony strach przed niezadowoleniem matki, ale widział też moją determinację. Widział, że to nie jest blef. Że naprawdę dopięłam walizkę. Piotrek wziął głęboki oddech. Podszedł do mnie, ale go ominęłam.

– Nie dotykaj mnie teraz – syknęłam.

Odwrócił się do matki.

– Mamo – powiedział głos, którego nie znałam. Niskim, stanowczym tonem. – Eliza ma rację. Przesadziłaś.

– Co?! – otworzyła szeroko oczy.

– To jest nasz dom. Mój i Elizy. Nie twój. Przestawianie mebli, wchodzenie do sypialni, obrażanie mojej żony… To koniec.

– Ale ja chciałam dobrze!

– Nie, mamo. Chciałaś dominować. Jutro rano zawożę cię do domu. Zamówię elektryka, niech ci podłączy grzejniki olejowe, dopóki nie naprawią pieca.

– Wyrzucasz mnie… – teściowa zalała się łzami, ale tym razem nikt nie zareagował.

– Nie wyrzucam. Stawiam granice, których nigdy wcześniej nie postawiłem.

Nie zostałam w domu tej nocy. Mimo że Piotrek stanął po mojej stronie, czułam się zbyt zraniona, zbyt zmęczona. Potrzebowałam ciszy. Pojechałam do hotelu w centrum. Piotrek dzwonił, pisał, błagał, żebym wróciła, ale musiałam ochłonąć.

Stanął po mojej stronie

Wróciłam dwa dni później. Teściowej już nie było. Mieszkanie lśniło – Piotrek posprzątał, poodsuwał meble na miejsce, wywietrzył zapach smalcu. Na stole stał wielki bukiet moich ulubionych kwiatów. Ale coś się zmieniło.

Kiedy weszłam do sypialni, spojrzałam na nasze łóżko. Miejsce, które było naszym azylem. Teraz kojarzyło mi się z uchylonymi drzwiami i cieniem teściowej w progu. Piotrek starał się bardzo. Był czuły, uważny, odciął pępowinę – przynajmniej na razie, ale zaufanie to krucha porcelana. Raz stłuczona, nawet sklejona najlepszym klejem, zawsze będzie miała rysy.

Minęły trzy miesiące. Zamek w drzwiach sypialni został. Czasem łapię się na tym, że nasłuchuję kroków na korytarzu, mimo że jesteśmy sami. Tamte dwa tygodnie nauczyły mnie jednej rzeczy: w małżeństwie są tylko dwa miejsca. Jeśli wpuścisz trzecią osobę – nieważne, czy to kochanek, czy matka – ktoś musi spaść z krzesła. Ja prawie spadłam. Ale ostatecznie to ja siedzę przy stole, choć blat jest wciąż trochę porysowany po tym, jak przesuwałam go, walcząc o swoje życie.

Eliza, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel