Reklama

Nad morze nigdy nie jeździłam z potrzeby podziwiania rozkołysanych fal czy wdychania jodu, choć oczywiście wszyscy uważają, że to właśnie jest najważniejsze. Moja siostra na przykład zawsze powtarzała, że „powietrze tam lepsze, człowiek się resetuje, wszystko się układa w głowie”. Zwykle wtedy kręciłam nosem, bo na mój gust powietrze to powietrze, a bałagan w głowie zostaje, nawet jeśli sól wżera ci się w buty. Tym razem jednak potrzebowałam nie tyle morskiej bryzy, co zwykłego świętego spokoju – czegoś, o co w domu z moją siostrą trudno jak o lody malinowe w grudniu.

Mówiąc krótko: wyjechałam. Spakowałam walizkę, wyłączyłam telefon (przynajmniej na początku miałam taki ambitny plan) i ruszyłam w stronę morza, udając, że nic mnie nie obchodzi. Ani humory siostry, ani krzywe spojrzenia matki, ani nawet to, czy mam przy sobie ładowarkę do telefonu – co akurat okazało się dość istotne. Wmawiałam sobie, że odpocznę, nabiorę dystansu i wrócę, jakby nigdy nic. Cóż, człowiek zawsze sobie coś wmawia.

Może i byłam złośliwa, ale miałam do tego prawo. W końcu ile można słuchać wiecznych pretensji o wszystko – od nieodkurzonego dywanu po niewłaściwą reakcję na wieści o promocji na cebulę. Marzyłam, żeby choć przez kilka dni nikt nie dyktował mi, co powinnam czuć, jeść, myśleć czy, nie daj Boże, mówić. Zamiast rodzinnego koncertu żali wybrałam więc szum morza i czystą pościel w pensjonacie, gdzie obcy ludzie obiecywali mi ciszę. Tylko czy rzeczywiście można uciec od rodzinnych problemów, nawet mając pod ręką szeroką plażę?

Za ladą stał mężczyzna

Zasapałam się już przy wciąganiu walizki po schodkach pensjonatu, przeklinając w duchu wszystkie rzeczy, które „na pewno się przydadzą”. W recepcji pachniało kawą i czymś, co udawało ciasto drożdżowe. Za ladą stał mężczyzna, na oko po pięćdziesiątce, ubrany jak typowy właściciel takich przybytków – sweter z łatami na łokciach, mina wyrażająca umiarkowane zainteresowanie światem.

– Dzień dobry, mam rezerwację na trzy noce. Pokój jednoosobowy, z widokiem na cokolwiek, byle nie na parking – powiedziałam, starając się brzmieć na osobę zdecydowaną.

Mężczyzna podniósł wzrok znad jakiejś papierkowej roboty i obdarzył mnie uśmiechem, który miał być miły, a wyszedł mu raczej zdziwiony.

– Z widokiem na cokolwiek? No to trafiła pani idealnie, bo właśnie remontują dach na sąsiednim budynku. Pełen wachlarz wrażeń gwarantowany – stwierdził z lekkim przekąsem.

Parsknęłam śmiechem, bo przynajmniej nie udawał, że wszystko tu pachnie lawendą.

– Po ostatnich tygodniach nawet widok na rusztowania jest mi obojętny. Byle było cicho, wie pan?

– Cisza to towar deficytowy, ale dla specjalnych gości czasem udaje się coś załatwić – odpowiedział, podając mi klucz na wielkim breloku. – Pokój na piętrze. Gdyby czegoś brakowało, proszę walić jak w dym.

Chwyciłam klucz i już miałam ruszać, kiedy usłyszałam jeszcze:

– A telefon odcięty od świata czy tylko udaje? Bo tu zasięg taki, że czasem łatwiej się dogadać przez szklankę i sznurek.

– To celowa strategia – rzuciłam przez ramię. – Im mniej mnie znajdą, tym lepiej.

Usłyszałam cichy śmiech i czułam, że w końcu mogę odetchnąć, choćby na chwilę. Zamiast rodzinnego zrzędzenia, ktoś pierwszy raz od dawna pozwolił mi być po prostu sobą.

Poczułam, że nic nie muszę

Pierwszy wieczór spędziłam na balkonie, zapatrzona w morze, które nawet nie udawało błękitnego – raczej szare i niespecjalnie zachęcające. Z kubkiem herbaty w dłoni rozważałam, czy już mogę się uznać za osobę, która „uciekła przed światem”. Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Otworzyłam niechętnie, spodziewając się obsługi z ręcznikami, a zobaczyłam właściciela pensjonatu z talerzem w ręku.

– Pani jeszcze nie wie, ale u nas kolacja to rzecz święta – oznajmił, wchodząc do środka, jakbyśmy się znali od dziecka. – Dzisiaj kanapki i ogórki kiszone, bo kucharka wzięła wolne.

– W sam raz na mój obecny poziom wyrafinowania kulinarnego – rzuciłam z przekąsem, ale podziękowałam za talerz.

Usiadł na krześle naprzeciwko i spojrzał na mnie uważnie, jakby szukał dziury w mojej historii.

– Ma pani taki wzrok, jakby uciekła z domu przed kimś, kto lubi krzyczeć – stwierdził bez owijania w bawełnę.

– Nie przed kimś, tylko przed siostrą. Krzyczy, fuka, obraża się. Rekord świata w fochach na minutę – odparłam. – Potrzebowałam przerwy. Od ludzi, którzy wiedzą lepiej, jak powinnam żyć.

Uśmiechnął się pod nosem.

– To może źle trafiła pani z tym pensjonatem. Tutaj też każdy wie lepiej, gdzie są najlepsze ryby i jaki krem chroni przed wszystkim oprócz własnych myśli.

Przez chwilę oboje milczeliśmy, słuchając stukotu deszczu o parapet.

– Zawsze pani tak szczerze do obcych? – spytał nagle.

– Tylko jak wiem, że rano nie spotkam tej osoby w kuchni na śniadaniu z moją rodziną – odparłam, czując, jak powoli opada ze mnie napięcie.

– To dobrze, tu nikt nikogo nie ocenia. Można jeść ogórki i patrzeć w morze bez wstydu – podsumował.

Po raz pierwszy od dawna poczułam, że nic nie muszę. Nawet się tłumaczyć.

Mogłam się rozluźnić

Rano obudził mnie śmiech dzieci dobiegający z dworu. Wsunęłam nos pod kołdrę, przez chwilę próbując wmówić sobie, że nie muszę nigdzie wstawać. Kiedy jednak doszło do mnie, że jeśli szybko nie zejdę na śniadanie, ominą mnie świeże bułki, wygrała ciekawość i… łakomstwo. W jadalni pachniało kawą, a przy stole siedziały dwie kobiety wymieniające się plotkami o „tej z trójki, co zawsze ma wałki na głowie”.

– O, dzień dobry, nowa twarz – jedna z nich podniosła wzrok znad masła. – To pani, co tak późno przyjechała wczoraj?

– Tak to ja, ale do wałków jeszcze mi daleko – odpowiedziałam z udawaną powagą.

Właściciel pensjonatu wparował do sali z tacką jajecznicy.

– Dla odważnych z cebulą, dla delikatnych bez – oznajmił i zerknął na mnie z rozbawieniem. – Jak dziś humor?

– Lepiej niż wczoraj. Wciąż żyję i jeszcze nikt nie wypomniał mi, że nie mam czapki – mruknęłam, zerkając wymownie na sąsiadkę z wałkami.

– No proszę, to pani nie jest z tych, co wiecznie narzekają? – podłapała druga kobieta, wpatrując się we mnie z zaciekawieniem.

– Ostatnio próbowałam, ale wyczerpałam limit na ten miesiąc – wzruszyłam ramionami.

– W takim razie zapraszam na wieczorną partyjkę w makao. U nas każdy narzeka na pogodę, ale przy kartach nikt się nie kłóci – właściciel puścił mi oczko.

– Chyba że się przegrywa – dopowiedziała starsza z pań.

– U mnie w domu przegrywało się nawet, kiedy się wygrało – rzuciłam półgłosem, bardziej do siebie niż do nich.

Na chwilę zapadła cisza. Poczułam, że w tym miejscu bycie „spoza układu” jest nie tylko możliwe, ale wręcz mile widziane.

– Proszę się nie martwić – odezwał się właściciel – tu nikt nie patrzy, kto ma ile punktów. Chyba że chodzi o dokładkę jajecznicy.

Wszyscy się roześmiali. Moje serce po raz pierwszy od dawna przestało się ściskać.

Tylko tego trzeba mi było

Popołudnie minęło mi na spacerze po plaży, gdzie zaskakująco szybko nauczyłam się nie przejmować piaskiem we włosach i wilgotnym wiatrem. Czułam się wolna – bez konieczności odpowiadania na setki pytań i „dobrych rad”. Po powrocie do pensjonatu wpadłam na właściciela, który znów pojawił się jakby znikąd, z kubkiem kawy i jakąś gazetą pod pachą.

– Widzę, że pani odważnie testuje sztormową pogodę – rzucił z uśmiechem.

– Czasem lepiej dać się przewiać niż zakisić w salonie, gdzie każdy wie, jak lepiej żyć – odpowiedziałam, strzepując piasek z kurtki.

– Czyżby kolejne rodzinne rewelacje na linii telefonicznej? – spojrzał na mnie z ukosa.

– Nie, dzisiaj dałam sobie święty spokój. Telefon leży w szufladzie, a ja ćwiczę sztukę milczenia – parsknęłam.

Usiadł naprzeciwko na ławce, podał mi kubek z parującą kawą.

– Ma pani jakąś strategię na uciszanie myśli? Bo ja próbuję sudoku, ale w końcu i tak zawsze liczę, ile bułek mi jeszcze zostało na zapleczu.

– Moja strategia? Udaję, że jestem na innej planecie. Tutaj nikt mnie nie zna, nikt nie ma wobec mnie żadnych oczekiwań. Nawet pani z wałkami już nie pyta, czy zamierzam wyjść za mąż przed czterdziestką – przewróciłam oczami.

– U nas, proszę pani, nawet bałwan na plaży może być singlem – podsumował filozoficznie.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, wsłuchując się w szum wiatru.

– Zastanawiam się, czemu ludziom tak bardzo przeszkadza cudzy spokój – odezwałam się cicho. – Siostra, matka… zawsze czegoś chcą, wiecznie komentują.

– Bo jak człowiek nie ma własnego spokoju, to próbuje go zabrać innym – westchnął. – Wie pani, co tu mówią miejscowi? Najlepszy wiatr to taki, co wywiewa złe myśli.

– To zostaję tu jeszcze dzień dłużej – zdecydowałam.

– I bardzo dobrze. Spokoju nigdy za dużo – uśmiechnął się szeroko.

Wtedy pomyślałam, że czasem największym luksusem jest po prostu nic nie musieć.

Spotkaliśmy się na tarasie

Następnego dnia tuż po śniadaniu zadzwonił mój telefon – zupełnie jakby siostra miała radar ustawiony na moment, kiedy zaczynam oddychać pełną piersią. Przez kilka sekund patrzyłam na migający ekran i w końcu, ku własnemu zaskoczeniu, wyłączyłam dźwięk, wpychając telefon na samo dno torby. Wychodząc z pensjonatu, niemal wpadłam na właściciela, który poprawiał szyld przy wejściu.

– O, dziś wyjątkowo ponuro pani wygląda – zauważył, mrużąc oczy.

– To tylko wyraz mojej determinacji, żeby się nie dać – mruknęłam, pokazując mu wyciszony telefon. – Rodzina znowu atakuje. Pewnie zastanawiają się, czy jeszcze żyję.

Pokręcił głową ze zrozumieniem.

– Mam dla pani radę. Tutaj, w naszej nadmorskiej mieścinie, mamy starą zasadę: jak ktoś cię woła, a ty nie masz na to ochoty, mówisz, że… nie ma zasięgu. Pani jest teraz w strefie braku zasięgu. Proszę bardzo, oficjalna zgoda.

Roześmiałam się pierwszy raz tego ranka.

– Wie pan, że taka „strefa braku zasięgu” przydałaby się w moim życiu znacznie częściej? Może zrobię sobie taki szyld na drzwi w domu.

– Proszę dać znać, wyślę szablon – odparł z powagą, którą trudno było brać na serio.

Ruszyłam na spacer wzdłuż morza, czując, jak powoli odpadają ode mnie rodzinne troski. Po powrocie czekała na mnie karteczka przy drzwiach pokoju: „Kawa na tarasie, jakby pani jednak szukała towarzystwa”. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wziąć tej propozycji za coś zbyt śmiałego, ale… moja ciekawość wygrała.

Na tarasie właściciel już siedział z gazetą.

– Wreszcie ktoś z gości nie przychodzi tu tylko po klucz, ale po rozmowę – stwierdził z uśmiechem.

– Dzisiaj wyjątkowo pasuje mi towarzystwo kogoś, kto nie udaje, że wie, jak wygląda idealne życie – odpowiedziałam, siadając naprzeciwko.

– To chyba jest nas dwoje – skinął głową. – Czasem wystarczy zwyczajnie posiedzieć razem i milczeć.

I tak siedzieliśmy, patrząc na szare morze, w milczeniu, które wcale nie było niezręczne.

Może warto tu wrócić

Wyjazd przedłużyłam o kolejną dobę. I jeszcze jedną – aż w końcu musiałam się pożegnać z tym kawałkiem spokoju, choćby dlatego, że kończyły mi się czyste ubrania. Ostatni poranek minął zaskakująco zwyczajnie: śniadanie z sąsiadkami, które już uznały mnie za „swoją”, i powolne pakowanie walizki, w które wplątała się nostalgia. Zeszłam do recepcji oddać klucz. Właściciel stał przy oknie, wyglądając na zamyślonego.

– Już pani wraca? – zapytał bez udawanej uprzejmości.

– Niestety. Znowu czekają na mnie fochy, marudzenie i lista rzeczy, których nie zrobiłam, choć powinnam – westchnęłam, podając mu klucz.

– Wie pani, co mówią miejscowi? Spokój jest jak sól do zupy – niby można bez niej żyć, ale po co się męczyć – powiedział, patrząc mi w oczy.

Zaśmiałam się krótko.

– U mnie w domu to raczej sól w oku.

– To niech pani wraca po dokładkę, jakby co – rzucił. – Tylko proszę się tam nie dawać, to niezbyt bezpieczne, dobrze?

– Obiecuję, że jak znowu uznam, że świat za bardzo wie lepiej ode mnie, pojawię się tutaj z walizką – zapewniłam, trochę poważniej, niż planowałam.

Na pożegnanie dostałam kubek kawy na drogę. Wyszłam przed pensjonat i jeszcze raz spojrzałam na morze. Przez myśl przeszło mi, że jeśli kiedyś umrę, chciałabym, żeby przynajmniej połowa moich prochów trafiła właśnie tutaj, do tej strefy braku zasięgu. Przed wyjazdem zadzwoniła siostra. Nie odebrałam. Po raz pierwszy od dawna nie czułam wyrzutów sumienia – tylko satysfakcję. W drodze do domu, wśród mruków własnych myśli, pomyślałam ze złośliwą ulgą, że facet z pensjonatu znał mnie lepiej po tygodniu niż rodzina przez całe życie. Może warto tu wrócić?

Teresa, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama