„Uczniowie chętnie przesiadywali w moim domu. Nie wiem, kiedy korepetycje zmieniły się w praktyczne lekcje biologii”
„Uczniowie pytali o życie, o biologię człowieka. O relacje. I jakoś tak się złożyło, że niektórych rzeczy nie da się do końca wytłumaczyć na papierze. Trzeba je pokazać. Do dziś się zastanawiam, kiedy to się wymknęło spod kontroli”.

- Redakcja
Nie byłam nauczycielką z pasji. Wybrałam matematykę, bo dobrze ją rozumiałam, a biologię, bo fascynowało mnie, jak działa ciało człowieka. Kiedy po studiach zaczęłam uczyć w liceum, szybko zrozumiałam, że młodzież potrzebuje kogoś więcej niż tylko wykładowcy.
Potrzebowała osoby, której można zaufać. Kogoś, kto nie patrzy na nich jak na numery w dzienniku. I chyba taką osobą się stałam. Korepetycje prowadziłam po godzinach, zwykle w moim mieszkaniu. Początkowo była to tylko matma – wykresy, logarytmy, matura. Ale z czasem niektórzy zostawali dłużej.
Po prostu lubili u mnie być
Początek września zawsze budził we mnie napięcie. Lubiłam uczyć, ale każda nowa klasa oznaczała świeże spojrzenia, oczekiwania i ukryte historie, o których jeszcze nie miałam pojęcia. W tym roku najbardziej wyczekiwałam klasy 3B – licealistów z ambicjami, ale też, jak mówili inni nauczyciele, z trudnymi charakterami.
Już pierwszego dnia zauważyłam ich wśród tłumu – dwóch chłopaków i dziewczyna, którzy usiedli razem w ostatniej ławce. Ona miała burzę rudych włosów, on nosił ciemne okulary przeciwsłoneczne, mimo że byliśmy w klasie. Trzeci miał zeszyt idealnie zadbany i notował każde moje słowo. To byli moi przyszli ulubieńcy.
– Pani naprawdę mówi zrozumiale – powiedział po lekcji ten trzeci. – Bo wie pani, większość nauczycieli tylko gada i gada, a człowiek nie wie, gdzie jest licznik, a gdzie mianownik.
Uśmiechnęłam się. Miał błysk w oku i wyraźnie nie był tylko grzecznym chłopcem. Zapisał się na korepetycje już tydzień później. Wkrótce dołączyła reszta – najpierw z czystej ciekawości, później z potrzeby. Zajęcia odbywały się u mnie w mieszkaniu, bo tam miałam tablicę, materiały, ciszę i spokój. Z czasem zaczęli przychodzić nawet wtedy, gdy nie mieli pytań z matematyki. Po prostu lubili u mnie być.
W tamtym momencie nie widziałam jeszcze, że przekraczam granicę. Na razie po prostu cieszyłam się, że wreszcie ktoś naprawdę chce się uczyć.
Zajęcia po godzinach
Z korepetycjami ruszyłam pełną parą już od połowy września. Na początku był tylko Wiktor – ten od liczników i mianowników – ale szybko dołączyła jego znajoma z klasy, Dagmara. Twierdziła, że z matematyką radzi sobie nieźle, ale przychodziła z zeszytem pełnym błędów i dziwnych równań.
– A jak tu zrobić podstawienie, jak nie wiadomo, co podstawić? – zapytała któregoś razu, pochylając się nad zeszytem tak blisko, że poczułam zapach jej perfum.
Zrobiło mi się dziwnie. W moim własnym salonie, przy kubku herbaty, w świetle nocnej lampki – nie wyglądało to jak zwykłe zajęcia. Zamiast notować, pytała o mnie. O to, dlaczego nie mam dzieci, czemu mieszkam sama, co lubię robić po pracy. Odwracała role. To ja nagle stałam się tą, która musi odpowiadać.
– Nie boisz się tak mieszkać sama? – zapytała raz, patrząc na mnie z autentycznym zainteresowaniem. – Bo ja to bym zwariowała bez ludzi.
– Mam was – odpowiedziałam. – Wystarczająco wielu uczniów.
To nie powstrzymało jej przed kolejnymi wizytami. Przychodziła częściej niż Wiktor. Z czasem zaczęła nawet zostawać na kolację. A ja… nie odmawiałam. Tłumaczyłam sobie, że chce się uczyć. Że jestem jej potrzebna. Ale prawda była bardziej złożona. I coraz trudniejsza do zignorowania.
Coś więcej niż nauka
Któregoś listopadowego popołudnia Wiktor pojawił się bez zapowiedzi. Miał podkrążone oczy i zeszyt pod pachą.
– Tylko na chwilę – rzucił, kiedy otworzyłam mu drzwi. – Nie wiedziałem, do kogo iść.
Byłam zmęczona, ale wpuściłam go. Usiadł na kanapie i przez chwilę po prostu siedzieliśmy w ciszy. Dopiero potem wyjął zeszyt i pokazał mi zadania z próbnej matury. Jedno zrobił dobrze, drugie kompletnie rozjechał. Przerabialiśmy je razem przez ponad godzinę, ale wyczuwałam, że nie to go naprawdę trzymało w moim mieszkaniu.
– Myślisz, że jak już wszystko zdamy, to coś się zmieni? – zapytał nagle. – Że będzie inaczej?
– Co masz na myśli?
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Może, że w końcu będziemy mogli robić to, co naprawdę chcemy. Nie tylko się uczyć.
Nie odpowiedziałam. Uśmiechnęłam się lekko i wróciłam do wykresu. Ale jego słowa gdzieś tam zostały. Zostawił po sobie cień. Tego samego wieczoru przyszła Dagmara. Bez zeszytu. W skórzanej kurtce, z rozpuszczonymi włosami.
– Wiktor był dziś u ciebie, nie? – rzuciła, jakby to była najzwyklejsza sprawa na świecie.
– Tak, przyniósł zadania z próbnej.
– Mhm. I co jeszcze przyniósł?
Spojrzała mi prosto w oczy. W jej spojrzeniu było coś niepokojącego. Jakby wiedziała więcej, niż powinna. I sprawdzała, czy powiem prawdę.
Szkodliwe plotki
Zbliżały się święta, a atmosfera gęstniała. Korepetycje, które miały być pomocą przed maturą, zamieniły się w coś trudniejszego do zdefiniowania. Dagmara przynosiła domowe ciasta, siadała przy mnie blisko, mówiła cicho, uważnie. Jej obecność była intensywna, wręcz przytłaczająca. Któregoś wieczoru została dłużej niż zwykle. Rozmawiałyśmy o wszystkim – o studiach, związkach, marzeniach. Zbyt swobodnie, zbyt długo.
– Myślisz, że to źle, że ludzie się do siebie zbliżają? – zapytała nagle, patrząc mi w oczy.
– Nie, jeśli to jest naturalne – odpowiedziałam, próbując brzmieć rozsądnie. – Ale czasem zbliżenie może przynieść więcej szkody niż pożytku.
– Tylko jeśli ktoś udaje, że nie chce – szepnęła.
To był moment, w którym powinnam zakończyć spotkanie. A jednak tego nie zrobiłam. Przez dłuższą chwilę siedziałyśmy w ciszy. Potem wstała, poprawiła kurtkę i bez słowa wyszła.
Kilka dni później Wiktor nie przyszedł na umówione zajęcia. Nie odpisał na wiadomości. Czułam niepokój. A potem usłyszałam plotki – że coś jest „na rzeczy” między mną a uczniami. Nie wiedziałam, kto to rozpowiada, ale podejrzenia szybko padły na Dagmarę. I wszystko zaczęło się walić.
Próbowałam porozmawiać z nią po lekcjach. Przechodziła obok mnie bez słowa. Udawała, że mnie nie widzi. Byłam pewna, że to nie przypadek. Że robi to celowo. Ale dlaczego?
Prawda nie zawsze wyzwala
Wiktor w końcu się odezwał. Przyszedł niespodziewanie, z twarzą napiętą jak struna. Usiadł na krześle w milczeniu. Patrzyłam na niego, próbując odczytać, czy to wyrzuty sumienia, strach, czy może jedno i drugie.
– Dagmara powiedziała, że... że coś się wydarzyło – rzucił w końcu.
– A wydarzyło się? – zapytałam spokojnie.
Pokręcił głową.
– Nie wiem. Ona mówi, że cię przyłapała na czymś. Że próbowałaś mnie... wykorzystać. Ale to nieprawda, prawda?
Zamilkłam. Było mi zimno, choć kaloryfery grzały jak zwykle. Spojrzałam na niego. Wyglądał jak dziecko, które chciało usłyszeć, że potwory pod łóżkiem nie istnieją.
– Nic takiego się nie wydarzyło – powiedziałam cicho. – Ale nie wiem, czy to jeszcze ma znaczenie.
Wiedziałam już, że plotki rozlały się po całej szkole. Kilka spojrzeń na korytarzu, dziwna cisza w pokoju nauczycielskim, niedopowiedziane komentarze. Nawet dyrektorka zaczęła mówić o „dbaniu o dystans”. Nie chciałam szukać winnych, ale wiedziałam, skąd to się wzięło. Dagmara może była zazdrosna o Wiktora, może o coś jeszcze. Ale zrobiła to z premedytacją. I nie zamierzała się wycofać. Musiałam zdecydować – walczyć o reputację czy się wycofać. Zaczęłam się rozglądać za nową pracą.
Każdy wtedy czegoś szukał
Złożyłam wypowiedzenie w styczniu. Po prostu nie chciałam dłużej być w miejscu, gdzie każdy uśmiech musiałam tłumaczyć, a każde spojrzenie mogło być odebrane jako prowokacja. Dyrektorka nie pytała o powody. Może wiedziała, może nie chciała wiedzieć.
Dagmara nie odezwała się więcej. Widziałam ją jeszcze raz – mijałyśmy się na korytarzu, gdy przyszłam oddać klucze. Uśmiechnęła się krótko, jakby chciała powiedzieć: „wygrałam”. Ale to nie była wygrana.
Wiktor napisał mi wiadomość kilka tygodni później. Krótka, bez zbędnych słów. „Zdałem. Dziękuję”. Odpisałam: „Gratuluję. Powodzenia”. I na tym zakończyliśmy. Zaczęłam pracę w małym ośrodku edukacyjnym. Prowadziłam zajęcia dla dorosłych. Żadnych licealistów. Żadnych spojrzeń, które można źle zinterpretować. Mniej sentymentów, więcej konkretów. Czasem myślę o tamtych korepetycjach. O tym, że każdy z nas czegoś wtedy szukał – zrozumienia, bliskości, odpowiedzi. Ale nikt nie wiedział, jak to zrobić bez ranienia drugiej strony.
Byłam nauczycielką. Miałam uczyć. Ale prawda jest taka, że my wszyscy – i ja, i oni – byliśmy wtedy uczniami. I nie każdą lekcję da się zamknąć w zeszycie. Czasem trzeba się sparzyć, żeby naprawdę zrozumieć, czego nie wolno dotykać.
Agata, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żonie marzy się luksusowa podróż na 10. rocznicę. Nie wie, że nie mamy za co kupić szynki, a co dopiero zwiedzać tropiki”
- „Po 9 latach pracy w Niemczech mąż wrócił do domu. Wolałam, gdy był za granicą i wysyłał kasę”
- „Jestem za stary, żeby zaczynać wszystko od nowa. Chociaż nie kocham żony, nie potrafię odejść”