Reklama

Codzienność, którą zbudowaliśmy z moim mężem, miała swoje rytuały – zakupy w sobotnie poranki, ciche wieczory przy telewizorze. Przez długi czas wierzyłam, że to właśnie jest szczęście. Czasem wspominałam, jak się poznaliśmy, jak całował mnie w czoło, kiedy myślał, że już śpię, ale te wspomnienia z każdym rokiem blakły. Zostawała rutyna, coraz chłodniejsza.

Miałam przeczucie

Od pewnego momentu zaczęliśmy się mijać, choć mieszkaliśmy pod jednym dachem. Milczenie przy kolacjach stawało się normą, a wspólne chwile – wyjątkiem. Gdy siadałam naprzeciwko niego, miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś obcym. Odpowiadał krótko, jakby z obowiązku. Nie dopytywał, jak minął mi dzień, nie zauważał nowych rzeczy w domu.

Zimą wszystko robiło się jeszcze bardziej surowe. Chłód, który czułam, nie był tylko na zewnątrz. Siedzieliśmy w mieszkaniu w ciszy, każde zapatrzone w swój własny świat. Czasami próbowałam zacząć rozmowę, ale po kilku zdaniach opadały mi ręce. Nie umiałam już znaleźć w nim tego człowieka, którego kiedyś pokochałam.

Nie chodziło o jeden moment, jedną kłótnię czy zdradę, która wszystko zakończyła. To był proces. Powolne oddalanie się, które najpierw bolało, a potem tylko męczyło. Coraz rzadziej się uśmiechaliśmy, coraz rzadziej patrzyliśmy sobie w oczy. W pewnym momencie przestałam pytać, co się stało. Przestałam czekać, aż się domyśli, że coś jest nie tak. I właśnie wtedy poczułam, że zaczynam znikać z tego małżeństwa.

Coś było nie tak

Pierwsze sygnały, że coś jest nie tak, pojawiły się w najmniej oczywisty sposób. Maciek zaczął się spóźniać. Wracał później niż zwykle, tłumacząc się korkami albo pilnym spotkaniem. Wcześniej zawsze dawał znać, że się spóźni, teraz telefon milczał. Gdy pytałam, czemu nie zadzwonił, odpowiadał, że nie było potrzeby albo zapomniał. Tłumaczenia były coraz bardziej niezręczne. Niektóre byłyby wręcz śmieszne, gdyby nie dotyczyły mojego życia.

Wcześniej zostawiał telefon na stole, ładował go w kuchni, czasem nawet zapominał zabrać z łazienki. Teraz był zawsze przy nim, odwrócony ekranem do dołu. Zaczął zabierać go do łazienki i kłaść pod poduszkę, kiedy szliśmy spać. Zauważyłam, ale udawałam, że nie widzę. Chciałam wierzyć, że to tylko przyzwyczajenie, ostrożność, a może próbowałam nie przyjąć do siebie, co to naprawdę oznacza. Pewnego wieczoru, kiedy wrócił po dwudziestej drugiej, zapytałam bez owijania:

– Czemu wróciłeś tak późno?

– Spotkanie się przeciągnęło – odpowiedział, zdejmując płaszcz. Nawet nie spojrzał mi w oczy.

– A nie mogłeś napisać?

– Było zamieszanie, sorry.

Oddalaliśmy się

Wzięłam głęboki oddech. Nie chciałam od razu wszczynać kłótni, ale coś we mnie drgnęło.

– Maciek… Powiedz mi szczerze. Czy ty mnie zdradzasz?

Zamarł w miejscu. W jego oczach zobaczyłam nie złość, nie urażoną dumę, ale niepokój.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytał, podnosząc głos.

– Skąd? Może z tego, że zabierasz telefon wszędzie ze sobą i codziennie wracasz do domu po nocach.

– Przesadzasz – machnął ręką i ruszył do łazienki. – Muszę się umyć.

Zostałam w przedpokoju. Serce waliło mi w piersi. On nie zaprzeczył, nie złapał się za głowę i nie powiedział: „Co ty wygadujesz? Przecież cię kocham”. Uciekł, a ja poczułam, że grunt pod nogami zaczyna się osuwać.

Następnego dnia, kiedy Maciek wyszedł do pracy, wzięłam jego stary telefon, którego już nie używał. Nadal był zalogowany do konta Google. Nie miałam wyrzutów sumienia – raczej czułam, że wreszcie robię coś dla siebie. Otworzyłam historię lokalizacji. Nie pasowała do jego wersji dnia. Co wieczór był w tej samej dzielnicy, na tym samym osiedlu. Wiedziałam już, że nie chodzi o wyobrażenia. Postanowiłam poczekać. Nie robić scen, zebrać wszystko, spokojnie.

Wydało się

Kilka dni później, siedząc wieczorem w kuchni, po prostu powiedziałam:

– Wiem o niej.

Odstawił szklankę na stół, ale się nie odezwał.

– Wiem, gdzie bywasz, wiem, że to nie praca i że to nie pierwszy raz.

– Nie chciałem, żebyś się dowiedziała – powiedział tylko bez żadnych emocji.

Nie przepraszał, nie tłumaczył. Patrzył gdzieś w bok, jakby cała ta sytuacja go nie dotyczyła.

– A ja nie chciałam się domyślać, ale zrobiłeś to tak niezdarnie, że trudno było nie zauważyć – dodałam. – Co teraz?

– Nie wiem – odpowiedział.

Wstałam i wyszłam do sypialni. Wiedziałam już, jakie podjąć kroki. Parę tygodni później siedzieliśmy naprzeciwko siebie w kancelarii. Nie patrzyliśmy na siebie. Przed nami leżały dokumenty – wszystko już ustalone, uzgodnione, zimne, jak ta przestrzeń między nami. Prawniczka przeczytała formułkę, zapytała o zgodę. Oboje skinęliśmy głowami.

– To wszystko – powiedziała, zsuwając kartki na kupkę.

– Dziękuję – odpowiedziałam, wstając.

To był koniec

Maciek nie powiedział nic. Wyszedł pierwszy, nawet nie przytrzymał mi drzwi. Na zewnątrz padał śnieg, gęsty, cichy, spokojny, jakby świat nie zauważył, że coś się właśnie skończyło. Stałam chwilę na schodach i patrzyłam, jak Maciek odchodzi bez pożegnania. Nawet się nie odwrócił. Może nie chciał, a może nie miał już potrzeby. Byliśmy już sobie obcy.

Dni mijały spokojnie, bez wzlotów, bez dramatów. Nauczyłam się robić rzeczy sama – gotować tylko dla siebie, nie czekać z kolacją, nie sprawdzać telefonu co chwilę. Już nie byłam żoną, która czeka, aż ktoś ją zauważy – byłam kobietą, która w końcu zauważyła samą siebie.

Pewnego dnia wracałam z zakupów, kiedy zobaczyłam go na drugim końcu ulicy. Szliśmy naprzeciwko siebie, ale się nie zatrzymał. Spojrzał krótko, z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewał się mnie tu spotkać. Uśmiechnęłam się lekko, on skinął głową.

– Cześć – powiedział, jakbyśmy ostatni raz widzieli się tydzień temu.

– Cześć – odpowiedziałam i minęłam go bez zatrzymania.

Nie obejrzałam się.

Ada, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama