„Uczucie do tajemniczego sąsiada było niespodzianką. Roztopił moje serce jak piankę w gorącej czekoladzie”
„Spojrzał na mnie kątem oka, jakby chciał zapamiętać moją twarz. A ja poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Ciepło. Zainteresowanie. Może nawet coś więcej. Śnieg skrzypiał pod nogami, a on szedł tuż obok mnie. Każde jego spojrzenie topiło moje serce. Czułam się, jakbym była w innym świecie”.

- Redakcja
Mieszkanie po babci zawsze było ciche. Miało ten specyficzny zapach starych książek, kurzu i pasty do podłóg. Może to dziwne, ale ta cisza była dla mnie bezpieczna. Odkąd Marek odszedł – a raczej, odkąd zniknął z dnia na dzień i zostawił mi tylko smsa – nie znosiłam żadnych hałasów. Pracowałam zdalnie jako graficzka, prawie nie wychodziłam. Nawet psa nie miałam – za dużo emocji. Ale miałam sąsiada. Z góry. Aleksander. Wysoki, zawsze w ciemnym płaszczu, z tym spojrzeniem, które sprawiało, że zapominałam, jak się oddycha. Znałam go tylko z widzenia – do tamtego wieczoru, kiedy wracaliśmy z zakupów. Wpadliśmy na siebie w sklepie spożywczym pod kamienicą. Stał za mną w kolejce, a potem wyszliśmy razem. I szliśmy obok siebie w milczeniu przez kilka minut. Śnieg skrzypiał pod naszymi butami, a on nagle powiedział:
– Chce się pani przejść na spacer? Nie wiem czemu, ale... nie chcę jeszcze wracać do domu.
Zaskoczył mnie. Nie pytał, nie narzucał się – po prostu zaproponował. A ja, o dziwo, kiwnęłam głową. Szliśmy obok siebie wzdłuż ulicy, światła lamp odbijały się w śniegu jak złote plamy. Czułam się, jakbym była w innym świecie.
– Czasem – powiedział – dziwnie to brzmi, ale... wystarczy, że ktoś jest obok. I już nie czujesz się tak potwornie samotny.
– Tak – powiedziałam cicho. – To prawda.
Spojrzał na mnie kątem oka, jakby chciał zapamiętać moją twarz. A ja poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Ciepło. Zainteresowanie. Może nawet coś więcej. Śnieg skrzypiał pod nogami, a on szedł tuż obok mnie. Każde jego spojrzenie topiło moje serce.
Jego uśmiech był dziwny
Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło. Może od tego spaceru, a może dużo wcześniej, kiedy pierwszy raz usłyszałam jego kroki nad sobą, późno w nocy. Miał ten dziwny zwyczaj – chodził tam i z powrotem jakby czegoś szukał. Albo nie mógł spać. Zaczęliśmy się mijać częściej. W drzwiach, na schodach, w piwnicy. Raz nawet pomógł mi wnieść zakupy. Innym razem poczekał, aż skończę rozmowę telefoniczną na klatce – stanął cicho z boku, nie przerywał, ale był. I to jego „bycie” zaczęło mnie uspokajać. Zdarzało się, że gadaliśmy godzinami, stojąc na zimnych, kamiennych schodach. O niczym i o wszystkim. O tym, że nie znosi świąt, że nie ma rodziny. O tym, że lubi noc, bo wtedy – jak mówił – „nikt niczego nie chce”.
– W dzień trzeba grać – powiedział któregoś razu. – W nocy można być sobą.
– I kim jesteś, jak nikt nie patrzy? – zapytałam, nie myśląc.
– Nikim szczególnym – uśmiechnął się, ale ten uśmiech był dziwny. Smutny.
Czasem miałam wrażenie, że coś ukrywa. Pojawiał się i znikał. Miał dni, kiedy znikał całkiem – cisza nad głową, żadnych kroków, żadnych dźwięków. Jakby wyparował.
– Od dawna nie czułam się tak… zauważona – pomyślałam któregoś wieczoru, gdy znów przysłał mi sms: „Jest herbata. Schodzę na schody.”
To były takie nasze rytuały. Ciche, nienazwane, trochę dziwne. Ale dla mnie znaczyły więcej, niż się przyznałam nawet przed sobą. Choć czasem jednak... coś w nim mnie niepokoiło. Jakby był kimś zupełnie innym, gdy tylko odwracałam wzrok.
Nagle powiało chłodem
Nie mogłam wytrzymać. Musiałam się czegoś dowiedzieć. Coś nie grało. Aleksander potrafił być cudownie czuły i obecny – ale zaraz potem znikał na całe dni, bez słowa, bez znaku. A ja zostawałam sama, jak idiotka, z kubkiem ostygłej herbaty. Zapytałam panią Basię. Wiem, to było słabe. Ale ona wiedziała wszystko o wszystkich. Stała akurat przy skrzynkach pocztowych, jak zwykle.
– Pani Matyldo, no przecież to nie pierwszy raz, że on tak znika – powiedziała ściszonym głosem, zerkając na schody. – Ja tam nic nie mówię, ale ludzie mówili... że on chyba w coś był kiedyś zamieszany.
– W co?
– Prawdziwie to nie wiem. Ale przyjechała kiedyś policja. I do jego drzwi, i coś szukali. A potem cisza. On wrócił. Ale ludzie swoje wiedzą...
Zamknęłam oczy, jakby te słowa mogły przestać istnieć, jeśli ich nie usłyszę. Wieczorem zebrałam się na odwagę. Kiedy znowu stanął na schodach z kubkiem kawy, wzięłam głęboki oddech i zapytałam:
– Aleksander, czy ty naprawdę jesteś tym, za kogo się podajesz?
Uniósł wzrok. Spokojnie, bez zaskoczenia. Jakby czekał na to pytanie od dawna.
– A ty? – odpowiedział. – Myślisz, że jesteś gotowa usłyszeć wszystko?
Zamilkłam. Przez chwilę tylko patrzyliśmy na siebie. I nagle zrobiło mi się zimno, jakby między nami ktoś otworzył okno.
– Przepraszam – rzuciłam cicho i wstałam.
Wybiegłam z klatki, prawie potykając się o schody. Nie chciałam już rozmawiać. Albo jednak wstydziłam się... że strasznie tego chciałam. Bo im bardziej się bałam – tym bardziej mnie do niego ciągnęło.
Zabrakło mi zupełnie słów
Miałam dziwne przeczucie, że coś się zmieniło. Od kilku dni Aleksander był inny. Nadal spotykaliśmy się wieczorami na schodach, ale mówił mniej. Czasem patrzył na mnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał. Którejś nocy usłyszałam dźwięk kluczy. Zerknęłam przez wizjer – stał przed drzwiami, jakby się wahał, czy zapukać. Zanim zdążyłam zareagować, już schodził po schodach. Rano zapukałam do jego drzwi z kubkiem kawy. Otworzył po dłuższej chwili. Wyglądał, jakby nie spał całą noc.
– Matylda... – powiedział cicho. – Przepraszam, nie powinienem wczoraj...
– Ale nie zrobiłeś nic złego.
Wpuścił mnie do środka. Po raz pierwszy byłam w jego mieszkaniu. Było... puste. Półki z książkami, kanapa, trochę zdjęć bez ramek, rysunki na ścianach – jakby wszystko tu było na chwilę.
Usiedliśmy w kuchni. Milczeliśmy.
– Wiesz... – zaczął w końcu – ja się tego boję. Ciebie. Tego, co zaczynam do ciebie czuć.
Serce mi stanęło. Odsunęłam kubek. Patrzyłam na niego. Na dłonie, które drżały. Na ramiona napięte, jakby były gotowe uciec.
– Czemu? – zapytałam.
– Bo... nie jestem kimś, kto daje ciepło. Nie umiem być blisko. I nie chcę cię zranić.
Poczułam, że robi mi się znowu zimno. Chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Tylko wzięłam jego dłoń i zamknęłam ją w swojej.
– Ja też się boję. Ale może nie musimy się bać razem.
Patrzył długo, jakby nie dowierzał. Potem pierwszy raz uśmiechnął się inaczej. Nie tajemniczo. Po prostu – szczerze. I w tym uśmiechu było wszystko, czego nie mówił.
Pocałował mnie delikatnie
Od tamtej rozmowy wszystko stało się… delikatniejsze. Jakbyśmy oboje bali się zbyt gwałtownego ruchu, który mógłby zburzyć coś, co właśnie zaczęło się rodzić. Ale to nie była bajka. Nie chodziliśmy na randki. Nie wrzucałam wspólnych zdjęć na sociale. Spotykaliśmy się wieczorami, rozmawialiśmy. Czasem tylko patrzyliśmy przez okno, w milczeniu. I to wystarczało. Ale im było nam bliżej, tym częściej nachodziły mnie wątpliwości. Co ja sobie myślę? Że zbuduję z kimś coś prawdziwego? Ja – dziewczyna po przejściach, która najlepiej czuje się, kiedy nikt nie patrzy? A on – facet, który nie potrafi nawet przyjąć komplementu bez zmieszania?
Pewnego wieczoru przyszłam do niego, roztrzęsiona. Miały być święta. Rodzina znowu wypytywała, „czy już kogoś mam”. Naciskali, jakby samotność była problemem do rozwiązania, a nie stanem, który czasem po prostu się dzieje. Usiedliśmy na jego kanapie, a ja zaczęłam mówić. O wszystkim. O Marku, który zniknął. O rozczarowaniu. O tym, jak przez dwa lata nie potrafiłam nikogo dotknąć. Jak bałam się, że już nigdy nie będę dla nikogo ważna. Ale najtrudniejsze przyszło później.
– A teraz jesteś – szepnęłam. – Ale ja nie wiem, co ty ze mną robisz, Aleksander. I nie wiem, czy ja to udźwignę.
Zamilkł. Po chwili powiedział:
– Nie jestem dobrym człowiekiem, Matylda. Ale przy tobie chciałem nim być.
Poczułam gulę w gardle. Patrzył na mnie tak, jakby naprawdę widział wszystko – nie tylko to, co na powierzchni.
– Może właśnie dlatego cię pokochałam – powiedziałam cicho, zanim zdążyłam się powstrzymać.
I wtedy mnie pocałował. Tak inaczej, delikatnie. Jakby od tej chwili to było naprawdę. A ja... po prostu zamknęłam oczy.
Bez niego będę tylko cieniem
Noc była cicha. Cichsza niż zwykle. Leżałam w łóżku, nie mogąc zasnąć, choć Aleksander już dawno wyszedł. Nie został. Powiedział, że „tak będzie lepiej”. Nie spytałam dla kogo lepiej. Rano pod moimi drzwiami leżała koperta. Bez nazwiska. Bez adresu. Ale wiedziałam, że to od niego. W środku – kilka zdań, pisanych jego nierównym charakterem: „Nie umiem cię zatrzymać. Ale nie chcę cię stracić. Jeśli zdecydujesz, że warto – zapukaj. Ja... poczekam. A.” Czytałam to kilkanaście razy. Dłoń mi drżała, choć przecież nic strasznego tam nie było. Ale czułam, że to moment, kiedy coś się naprawdę waży.
Minęły dwa dni. Dwa najdłuższe dni w moim życiu. Nie widziałam go. Pani Basia rzuciła tylko pod nosem, że „ten z góry znowu znika”. W końcu wzięłam się w garść. Umyłam włosy, ubrałam się w coś więcej niż dres. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam z mieszkania. Serca nie dało się uspokoić. Zatrzymałam się pod jego drzwiami. Zapukałam tylko raz. Otworzył prawie natychmiast, jakby stał z drugiej strony od dłuższej chwili.
– Cześć – powiedział. Głos mu zadrżał.
– Cześć – odpowiedziałam. – Chcę spróbować. Ale nie chcę bajki. Ani udawania, że będzie łatwo.
Patrzył na mnie z tą mieszaniną niedowierzania i czułości, która łamała mi serce.
– Chcesz mnie takim, jakim jestem – zapytał – czy takim, jakim ci się wydaje, że mogę być?
Zawahałam się. Tylko przez chwilę.
– Nie wiem – powiedziałam szczerze. – Ale wiem, że bez ciebie znowu będę tylko cieniem.
Nie powiedział nic. Tylko przyciągnął mnie do siebie i po raz pierwszy poczułam, że naprawdę jestem tu, gdzie powinnam być.
Matylda, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż pachniał arabskimi perfumami i kłamał prosto w oczy. Nie zamierzałam dłużej udawać naiwnej żonki”
- „Córka zaprosiła teściów z miasta, więc chciałam ich godnie ugościć. Mój żurek im śmierdział, a sernikiem pluli”
- „W moim domu panują zasady, a dzieci maja ich przestrzegać. To trudne, gdy własna teściowa podważa twój autorytet”