„Udawałam, że mam idealne życie. Bańka pękła, gdy sąsiadka nakryła mnie przy śmietniku”
„– Nie będę przyjmować jałmużny – rzuciłam od razu, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. – To nie jałmużna, tylko śniadanie. Każdy człowiek je śniadanie – odparła spokojnie i przepchnęła się obok mnie do kuchni, jakby była u siebie”.

Codziennie zakładam tę samą maskę: lekkie perfumy, które kiedyś kosztowały fortunę, teraz dozowane jak eliksir życia. Ułożone włosy, uder maskujący zmęczenie, uśmiech numer pięć. W windzie zawsze pogodna.
– Dzień dobry, pani Haniu. Tak, tak, zdalnie pracuję, wie pani, deadline goni deadline – rzucam z uśmiechem, choć w środku ściska mnie głód.
Nikt nie wie, że w mieszkaniu jest lodowato, bo grzejniki ledwie zipią. Że nie płacę za prąd od dwóch miesięcy, a w lodówce światło świeci, ale nie dlatego, że coś w niej jest. Pustka. Cisza. I ja – trzymająca się resztek pozorów.
Nie powiedziałam nikomu, że straciłam pracę. Nawet rodzicom. Przecież wszyscy mają swoje problemy. „Jak powiem, to się posypię”, myślałam. A teraz? Teraz udaję, że wszystko gra. Choć boję się każdego dnia, że ktoś zauważy. Zwłaszcza pani Danuta z pierwszego piętra. Wścibska, ale serdeczna. Wie wszystko o wszystkich. Boję się jej bardziej niż komornika. Bo jak raz pęknę… to już się nie pozbieram.
Sąsiadka była wścibska
Zatrzasnęłam drzwi za sobą i westchnęłam, jakbym właśnie wróciła z dwunastogodzinnej zmiany. A przecież chodziłam bez celu po mieście, tylko po to, by nie siedzieć w pustym mieszkaniu. Włożyłam płaszcz na oparcie krzesła i zdjęłam buty, które kiedyś były modne. Teraz mają starte podeszwy i wilgoć w środku po każdym deszczu. Brzuch zaburczał mi głośno, jakby chciał mi przypomnieć, że znów go zignorowałam.
– Cicho – mruknęłam do siebie, jakby to miało coś zmienić.
Otworzyłam szafkę w kuchni. Mąka. Przeterminowana herbata. Pusta puszka po ciastkach. Na dnie jednej z szuflad leżał zmięty paragon i samotna kostka bulionowa. Zamknęłam wszystko z trzaskiem i oparłam się plecami o lodówkę. Czułam, jak narasta we mnie panika.
Pod oknem ktoś rozmawiał. Usłyszałam sąsiadkę. Zerknęłam przez firankę. Stała przy śmietniku z papierosem, jak zawsze. Jej oczy skanowały każdy kąt podwórka. Cofnęłam się odruchowo, jakby mogła mnie zobaczyć przez ścianę.
Wyszłam wieczorem, żeby wyrzucić śmieci. Może inni coś zostawili… może jakaś bułka, jabłko… Przeszłam obok niej, udając obojętność.
– Ale schudłaś, Julio. Dieta?
– Tak, coś w tym stylu – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. Serce waliło mi jak młotem.
Uśmiechnęła się, ale spojrzała jakoś… za długo. Czy ona coś podejrzewa? Gdy wróciłam do mieszkania, oparłam się o drzwi.
– Może jutro coś się zmieni… – wyszeptałam. Ale przecież wiedziałam, że się nie zmieni nic.
Musiałam to zrobić
Obudził mnie ból głowy i to znajome ssanie w żołądku. Znowu zasnęłam bez kolacji. Czasem śnię, że jem – kanapki, jajecznicę, ciasto z dzieciństwa. A potem budzę się z takim głodem, że aż kręci mi się w głowie.
Podreptałam do kuchni, chociaż wiedziałam, że nic się tam nie zmieniło. Lodówka – pusta. Woda z kranu – jedyne, na co mnie było stać. Przesunęłam dłoń po blacie, jakbym liczyła, że znajdę okruszek, coś, cokolwiek.
Wtedy spojrzałam na zegarek. Była 23:17.
– Nie… – szepnęłam. – Nie będę…
Ale przecież myśl o jedzeniu nie dawała mi spokoju. Włożyłam kurtkę i kaptur, zapięłam się pod samą szyję. W kieszeni miałam rękawiczki bez jednego palca. Starałam się iść szybko, ale cicho. Żeby nikt mnie nie zauważył. Nikt z sąsiadów. Nikt znajomy.
Śmietnik stał w ciemnym kącie podwórka. Śmierdziało tam starym jedzeniem i gnijącym papierem. Z trudem podniosłam pierwszy worek. Nic. Drugi – opakowania po jogurtach, skórki od banana. W trzecim – bingo. Dwa zeschnięte rogaliki, jeszcze w opakowaniu.
Wzięłam jeden do ręki. Był twardy jak kamień, ale pachniał słodko. A wtedy usłyszałam skrzypnięcie drzwi klatki. Zamarłam.
– Przepraszam… – rozległ się męski głos. – Wszystko w porządku?
Odwróciłam się gwałtownie. Młody chłopak, może student. Patrzył na mnie z mieszaniną niepewności i ciekawości.
– Szukam… pierścionka. Musiał mi gdzieś tu wpaść – skłamałam. Głos mi drżał.
– Aha… – powiedział powoli i odszedł.
Zostałam sama.
– Jestem żałosna – szepnęłam. – Ale muszę coś zjeść.
I wzięłam drugiego rogalika.
Sąsiadka mnie przyłapała
Kolejnego dnia znów kucałam przy śmietniku, trzymając w dłoni twardą bułkę, jakby była skarbem. Próbowałam ją ocenić – może da się odciąć twardy kawałek i zjeść środek, cokolwiek. Podniosłam kolejny worek, a gdy się rozdarł, na ziemię wypadł pojemnik. W środku było coś, co wyglądało jak resztki makaronu. Pachniało… jadalnie. Przynajmniej dla mnie.
Nachyliłam się, żeby go podnieść, i wtedy zza pleców uderzyło mnie ostre światło. Latarka. Zamarłam, jakby ktoś przyłapał mnie na kradzieży. A może gorzej – na własnym upokorzeniu.
– Julia…? – Usłyszałam drżący, znajomy głos.
Odwróciłam się powoli. Pani Danuta stała kilka kroków dalej, w szlafroku, kapciach, z papierosem w jednej ręce i latarką w drugiej. Wyglądała, jakby nie wierzyła własnym oczom.
Przez sekundę panowała cisza tak gęsta, że aż mnie dławiła.
– To nie tak… ja… zgubiłam coś… – wydusiłam, ale głos łamał mi się jak szkło.
– Dziecko… – Danuta opuściła latarkę. – Ty szukasz jedzenia.
Poczułam, jak robi mi się gorąco, potem zimno. Serce waliło mi jak oszalałe. Oczy zaszły mi łzami.
– Proszę… błagam… niech pani nikomu nie mówi… – moja prośba była bardziej szlochem niż słowami.
Danuta zrobiła krok w moją stronę, ostrożnie, jak do rannego zwierzęcia.
– Julio… chodź. Porozmawiamy. Nie zostawię cię w takim stanie.
– Nie… nie chcę… – cofałam się, ale nogi miałam miękkie jak wosk.
– Chodź ze mną – powtórzyła stanowczo, ale łagodnie. – Już dobrze. Już wystarczy tego udawania.
A ja poczułam, jak cała maska, którą sklejałam miesiącami, rozpadła się w sekundę, tu – przy śmietniku.
Wyznałam jej wszystko
Siedziałam przy stole w kuchni pani Danuty, a moje dłonie drżały nad parującym kubkiem herbaty. Pachniała maliną i dzieciństwem. Przez pierwsze minuty milczałyśmy. Danuta tylko co jakiś czas zerkała na mnie spod okularów i przestawiała coś na stole, jakby potrzebowała zająć ręce.
– I co ja mam z tobą zrobić, dziecko? – odezwała się w końcu. – Przecież ja od razu widziałam, że coś nie gra…
Zacisnęłam palce na kubku. Nie chciałam płakać, ale łzy płynęły same.
– Straciłam pracę. Pół roku temu – wyszeptałam. – Najpierw miałam oszczędności… potem trochę zleceń… ale wszystko się rozmyło. Nie miałam siły znowu zaczynać.
Danuta usiadła naprzeciwko i patrzyła na mnie z czymś pomiędzy troską a gniewem.
– I ty myślałaś, że co? Że jak będziesz udawać, to rzeczywistość cię nie dogoni?
– Nie chciałam, żeby ktoś wiedział – z trudem wypowiadałam każde słowo. – Wszyscy sąsiedzi… ci wszyscy ludzie w windzie… pani… Każdy patrzy. Każdy ocenia.
– Julio, ludzie zawsze gadają. Ale czasem też potrafią pomóc. Tylko trzeba im na to pozwolić.
– Nie chciałam, żebyście myśleli, że jestem nieudacznicą – wyrwało mi się. – Że nie daję sobie rady. Ja chciałam tylko… przez chwilę chociaż… wyglądać jak ktoś, kto ma życie pod kontrolą.
– Ale dziecko… wszyscy czasem upadamy – Danuta wyciągnęła rękę i dotknęła mojej dłoni. – Wszyscy. Tylko nie wszyscy lądują przy śmietniku.
Zamilkłyśmy. A ja czułam ulgę i jeszcze większy wstyd jednocześnie.
Sąsiadka chciała mi pomóc
Następnego dnia obudziłam się z ciężką głową i tą dziwną mieszaniną ulgi oraz poczucia porażki. Liczyłam, że Danuta uzna to wszystko za nocne przewidzenie, ale nie — o dziewiątej stała pod moimi drzwiami z siatką pełną jedzenia.
– Nie będę przyjmować jałmużny – rzuciłam od razu, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
– To nie jałmużna, tylko śniadanie. Każdy człowiek je śniadanie – odparła spokojnie i przepchnęła się obok mnie do kuchni, jakby była u siebie.
Wyłożyła na stół chleb, masło, ser, nawet ciepły rosół w termosie. Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula.
– Danuta… naprawdę nie trzeba…
– Trzeba. A teraz jedz – postawiła ręce na biodrach i spojrzała na mnie tym swoim „nie dyskutuj” wzrokiem. – Potem zadzwonimy do mojej siostrzenicy. Pracuje w biurze rachunkowym, może coś ci znajdzie.
– Nie! – wyrwało mi się ostrzej, niż chciałam. – Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział!
Danuta zmrużyła oczy.
– Julio, jeśli nie pozwolisz sobie pomóc, to naprawdę nie wiem, co z tobą będzie.
– Niec pani przestanie! – odepchnęłam krzesło. – To moje życie. Poradzę sobie sama. Nie potrzebuję litości!
– To nie litość, to troska.
Danuta zmilczała. Patrzyła tylko, jak chwytam kurtkę i mijam ją w drzwiach. Nie zatrzymała mnie, nie próbowała biec za mną. Tylko powiedziała cicho:
– I tak tu wrócę jutro, Julio. Choćbyś mnie sto razy wygoniła.
Ale ja zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami, czując, że znowu uciekam — tym razem nie przed głodem, ale przed kimś, kto chciał naprawdę mi pomóc.
Julia, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że na ferie do Zakopanego jedziemy jak normalna rodzina. Teściowa zmieniła święty spokój w piekło”
- „Wyjazd do sanatorium otworzył mi oczy. Zrozumiałem, że starość nie musi upływać jedynie w kapciach i na czytaniu gazety”
- „Zawsze traktowałam moją teściową jak zło konieczne. Po rozwodzie tylko ona okazała mi współczucie i troskę”