„Ugościłam przyszłych teściów córki jak rodzinę. Miastowi państwo kręcili nosem na żurek z kiełbaską i rodzynki w serniku”
„Cała sytuacja zdawała się bawić mojego męża. Zazdrościłam mu tej lekkości i dystansu. Gdy Lena zapytała o obiad, odpowiedział krótko, że będzie wyśmienity, po czym roześmiał się beztrosko. Ja przeczuwałam, co zaraz nastąpi. I nie pomyliłam się. Gdy tylko postawiłam półmiski na stole, zaczęło się”.

- listy do redakcji
Wielu znajomych zapowiadało, że gdy dzieci wyfruną z domu, dopadnie mnie słynny syndrom pustego gniazda. Minął jednak rok, a ja wciąż nie czuję nawet jego cienia. Prawdę mówiąc, z Pawłem nie byliśmy tak zadowoleni z życia od czasu pierwszych miesięcy po ślubie. Wreszcie nie musimy dopasowywać dnia do cudzych planów ani znosić huśtawek nastrojów. Odkąd mój mąż przeszedł na emeryturę, wiedziemy swoją spokojną i uporządkowaną codzienność.
Kiedy syn, Stasiek, przyjechał do nas na wakacje ze Szwecji, zażartował, że każde z nas funkcjonuje w swoim własnym świecie. Paweł znajduje czas na wędkowanie, ja oddaję się ogrodowi, ale jesienią częściej jesteśmy razem niż osobno. Czasem nachodzi mnie myśl, czy nie pozwalamy sobie na zbyt wiele swobody. Mój mąż jednak powtarza, że życie jest po to, by się nim cieszyć i chyba ma rację. Bo przecież nie wiadomo, co przyniesie jutro. Zdrowie bywa kruche, a i los dzieci nie zawsze układa się bez przeszkód. Wystarczy jeden kłopot i nasza sielanka może się skończyć. Uznaliśmy jednak, że dopóki wszystko jest dobrze, będziemy korzystać z chwili.
Jeden telefon zburzył spokój
Nasza idylla skończyła się wraz z jednym telefonem córki. Natalia zadzwoniła z pewną prośbą. Rodzice jej narzeczonego marzą o prawdziwym grzybobraniu i czy moglibyśmy ich zaprosić na któryś jesienny weekend?
– W zasadzie nie widzę problemu – odpowiedziałam ostrożnie, spoglądając na Pawła, który przysłuchiwał się rozmowie.
Wzruszył ramionami, dając znak, że zgadza się bez zastrzeżeń.
– Wspaniale! – ucieszyła się Natalia. – Myślę, że się polubicie. Może nawet zaprzyjaźnicie?
Kto wie. Z wiekiem grono znajomych raczej się kurczy, niż powiększa. Ustaliliśmy więc, że córka przekaże im do nas kontakt i resztę dogadamy sobie sami. Po tygodniu się odezwali z podziękowaniami, że ich zaprosiliśmy. Zapowiedzieli przyjazd z córeczką, chodzącą do podstawówki, której nie mogą jeszcze zostawić samej na dłużej w domu. Uznałam, że to dobra okazja, by się lepiej poznać. Jeśli młodzi zdecydują się na ślub, będziemy przecież jedną rodziną. Zapytałam, jak wyobrażają sobie to zbieranie grzybów. Odpowiedzieli z entuzjazmem, że chcą spędzać w lesie całe dnie i liczą na nasze wskazówki. Wspomnieli też, że przywiozą własną suszarkę do grzybów i zapłacą za zużyty prąd.
– Nie chcemy wam przysparzać zbyt wielu wydatków – zapewniła pani Ewelina, mama ukochanego Natalii. – Jesteśmy naprawdę bezproblemowi.
Od razu dopytałam też o upodobania kulinarne. Czy coś im szkodzi? Czego nie jedzą?
– Niczego nie unikamy – odpowiedzieli zgodnie. – Jemy wszystko.
– Na pewno?
– Oczywiście.
Miłe złego początki
Przyznam, że odkąd dzieci się wyprowadziły, rzadziej mam ochotę stać przy garach. Dla dwojga nie opłaca się szykować wykwintnych potraw. Jak mamy chęć na wyjątkowe danie, wybieramy restaurację. Zazwyczaj stawiamy na bardzo proste dania. Mimo to postanowiłam przygotować wszystko wcześniej. Im dłuższa przerwa w gotowaniu dla większej liczby osób, tym bardziej dopada stres. Lepiej mieć potrawy gotowe i później tylko je podgrzać.
Chciałam przecież znaleźć czas także na wspólne spacery po lesie, a w tym roku grzybów nie brakowało. Paweł zaoferował pomoc i wspólnie ułożyliśmy wymyślniejsze menu. W piątek wieczorem miało być leczo na powitanie, w sobotę mój swojski żur z kiełbasą oraz pity z podsmażonymi warzywami, w niedzielę naleśniki z różnymi farszami, tak, by wzięli je sobie też na drogę. Na koniec sernik z rodzynkami, świeżo upieczony.
Wierzyłam, że to spotkanie będzie początkiem dobrej relacji. Nie oczekiwałam wielkiej przyjaźni, ale choćby życzliwego porozumienia. Wszystko wskazywało na to, że niedługo połączy nas coś więcej niż tylko wspólne grzybobranie. W piątek rano zadzwonili z informacją o opóźnieniu. Ich córka musiała napisać ważny sprawdzian z matematyki, więc wyjadą dopiero po piętnastej. To oznaczało przyjazd wieczorem i wyprawę do lasu następnego dnia. Pomyślałam, że dobrze zrobiłam, przygotowując potrawy wcześniej, zawsze można je rozmrozić.
Zabraliśmy się więc do swoich zajęć. Paweł wrócił znad rzeki z rybami, ja posadziłam tulipany i uporządkowałam graty w piwnicy. Gdy zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie zadzwonić z pytaniem, kiedy będą, przed furtką zaparkował granatowy passat. „Trudno, co ma być, to będzie” – przemknęło mi przez myśl. – „Oby tylko nie pokrzyżować planów córki”. Na powitanie dostałam w prezencie starą odmianę róży. Od razu poczułam wdzięczność, bo ktoś tu się natrudził, by dowiedzieć się, co sprawi mi radość. Cenię takie gesty bardziej niż przypadkowe drobiazgi.
– Wiem, że może powinnam kurtuazyjnie powiedzieć „że nie trzeba było”, ale marzyłam o takiej właśnie – uśmiechnęłam się do Eweliny, przyszłej teściowej Natalii. – Postaramy się, żebyście zebrali pełne kosze prawdziwków.
Katastrofa przy kolacji
Paweł szybko znalazł wspólny temat z przyszłym teściem Julii, Andrzejem, i zabrał go do garażu, zapewne by pokazać swój sprzęt wędkarski. Ich córka, Lena, przysiadła przy koszu z kociętami. Kotka Burka się okociła i teraz mamy kocie przedszkole. Przez chwilę pomyślałam, że może zechcą jedno sobie przygarnąć. Gdy wszyscy wrócili do domu, nakroiłam pajdy chleba i podgrzałam leczo. Usiedliśmy wreszcie przy stole, jak Pan Bóg przykazał.
– Ychhhh, jakie to ostre – westchnęła Ewelina. – Czym to doprawiliście?
– Czym mieliśmy to doprawić, arszenikiem? – rzuciłam z przekąsem, bo aż mnie coś strzeliło. – Oczywiście użyłam ostrej papryki. To przecież potrawa rodem z Węgier!
Podpowiedziałam jej, żeby popiła wodą z lodem albo piwem, lecz ona uparcie przegryzała kolejne kęsy chleba. Tego zresztą jej córka nawet nie tknęła, bo był czosnkowy. Westchnęłam tylko, wybiegłam do pobliskiego sklepiku i wróciłam z siatką świeżych bułek, masła oraz pomidorów, które szybko ustawiłam na stole, próbując jakoś ratować sytuację. Na deser podałam sernik. Wtedy ojciec przyszłego męża Natalii urządził małe przedstawienie, skrupulatnie wydłubując z ciasta rodzynki.
– Wybaczcie, ale od zawsze mnie odstręczały – wyjaśnił z powagą. – Kojarzą mi się bardzo nieapetycznie.
Kiedy mimochodem wspomniałam, że twaróg dostaliśmy od sąsiadki, która hoduje krowę, Lena natychmiast odsunęła talerzyk.
– Lena uznaje wyłącznie produkty ze sklepu. Uważa, że domowe są zbyt kaloryczne i pełne drobnoustrojów – wytłumaczyła jej matka.
– To w takim razie czym mamy was ugościć? – zapytałam bezradnie.
– Nie przejmuj się nami – uspokoiła Ewelina. – Damy sobie radę.
W końcu poszli się położyć, a my zostaliśmy przy stole pełnym niedojedzonych potraw.
– Wyrzuć to do wiaderka – zaproponował mój mąż, Paweł. – Zaniesiemy do sąsiadów. Ich kury na pewno się ucieszą.
– Tyle dobrego jedzenia na zmarnowanie – załamałam ręce.
Nazajutrz wszyscy razem wybraliśmy się na grzybobranie. Poranek był pogodny, towarzystwo miłe, a grzybów pod dostatkiem. Nie zbieraliśmy byle czego, tylko dorodne borowiki i jędrne podgrzybki. Prawdziwa arystokracja wśród grzybów. A jednak co kwadrans wracała do mnie myśl o moim żurku z białą kiełbaską, co czekał na nas w domu. W wyobraźni widziałam już kolejne grymasy przy stole. To już by były istne fanaberie.
Zaprosiliśmy ich do gospody
Cała sytuacja zdawała się bawić mojego męża. Zazdrościłam mu tej lekkości i dystansu. Gdy Lena zapytała o obiad, odpowiedział krótko: „Będzie wyśmienity”, po czym roześmiał się beztrosko. Ja natomiast przeczuwałam, co zaraz nastąpi. I nie pomyliłam się. Gdy tylko postawiłam półmiski na stole, rozpoczęło się grzebanie, dziubanie i przesuwanie jedzenia na brzeg talerza. Młoda nie tknęła zupy, bo była dla niej zbyt kwaśna. Ewelina ominęła białą kiełbasę, twierdząc, że wygląda dziwnie. Tomasz skrzywił się, gdy zobaczył smażone warzywa w do chlebków pita, jakby były przeznaczone dla królika, a nie człowieka. Chwilę później oświadczyli, że najchętniej zjedliby spaghetti. Koszmar i okropne maniery. A przecież zapewniali, że nie są wybredni i zadowolą się wszystkim!
– Nie wytrzymam tego dłużej – wyszeptałam do Pawła, siedząc z boku. – To strasznie męczące.
– Może jutro oni coś ugotują? – zażartował jak to on.
– Sama chciałabym wiedzieć, co właściwie jedzą na co dzień.
Uznałam jednak, że naleganie na coś takiego byłoby nietaktem. Po niedzielnym grzybobraniu zaprosiliśmy więc wszystkich do... pobliskiej gospody. Tam każdy mógł zamówić to, na co miał ochotę. I skończyło się kręcenie nosem miastowych państwa na moje dania. Choć i tak mieli swoje uwagi co do „zbyt prostej” obsługi. Bez komentarza.
Czułam się zupełnie znieważona
Gdy moja córka parę dni później zadzwoniła, z pytaniem czy jej niedoszli teściowie nam się spodobali, zawahałam się. Byli serdeczni i uprzejmi, to prawda. Dziękowali i uśmiechali się na przemian, ale pod powierzchnią czaiło się w nich coś niemiłego. Jakaś wyższość, jakiś brak dobrego wychowania i od razu było widać, co sobie o nas myślą. Nie wiem, jak można tak skrytykować dania w czyimś domu, nawet nie próbując zrozumieć, że u każdego smak bywa inny? Że na wsi inaczej ludzie jedzą, ale często smaczniej i zdrowiej, niż w mieście.
Na pozór wydawało się, że są sympatyczni, ale nigdy jednak nikt mnie tak nie znieważył w roli gospodyni. Sama nie pozwoliłabym sobie na podobne zachowanie w cudzym domu, bo to przecież niewypada. Zjada się, co gospodyni podaje i nie zdradza jakichś własnych specyficznych upodobań jednocześnie. I choć nie żywiłam urazy, jestem spokojną osobą, nie marzyłam też o ponownym goszczeniu ich pod swoim dachem. Jeśli ktoś naprawdę czeka na ich wizytę z entuzjazmem, to raczej jedynie drób naszej sąsiadki.
Maria, 61 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałem się oświadczyć narzeczonej, ale coś mnie tknęło. Odkryłem, gdzie idą nasze pieniądze przeznaczone na remont”
- „Dzień po ślubie zrozumiałam, że nie kocham męża. Rodzina się do mnie nie odzywa, a ja po prostu chcę się wyszaleć”
- „Byłam dumna, gdy narzeczony dostał posadę w Londynie. Ale związki na odległość topnieją szybciej niż śnieg wiosną”