Reklama

Gdy Marcin wyjechał na delegację, w mieszkaniu zapanowała cisza, jakiej dawno nie słyszałam. Niby mi go brakowało, ale jednocześnie czułam ulgę. Nie dlatego, że źle nam się układało, tylko... miałam już dość tego, jak bardzo przewidywalne było nasze życie. Codzienne rytuały, te same rozmowy, obowiązki. Kiedyś z tej rutyny się śmialiśmy, teraz mnie przytłaczała. Nie planowałam niczego, nie szukałam wrażeń. Po prostu poszłam z koleżanką na imprezę, a potem... wszystko potoczyło się za szybko. To miał być jeden wieczór, jedno zapomnienie. Nie przypuszczałam, że wróci do mnie w tak dramatyczny sposób.

Nic się nie stanie

– No to lecę – rzucił Marcin, wciskając torbę do bagażnika.

– Ok, zadzwoń, jak będziesz na miejscu! – odparłam mechanicznie. Widziałam po nim, że też jest już zmęczony. I domem, i mną, i tym wszystkim, co między nami przez ostatnie miesiące zaczęło się rozmywać.

Wyjeżdżał na tydzień. Służbowo. Spotkania, kolacje z kontrahentami, hotele. Z jednej strony zazdrościłam mu tego oderwania od codzienności, z drugiej – miałam wrażenie, że to ja naprawdę potrzebuję przerwy. Od wszystkiego. Najbardziej od samej siebie. Przez pierwsze dwa dni nie robiłam nic spektakularnego. Oglądałam seriale do późna, jadłam gotowe dania, których Marcin nie cierpiał. Chodziłam po mieszkaniu w samej koszulce. W weekend zgodziłam się pójść z Asią do baru. Prosiła mnie o to od dawna, a teraz nie miałam żadnej wymówki.

– W końcu cię wyrwałam! – krzyknęła, kiedy wsiadłam do taksówki. – Czas trochę zaszaleć.

– Mam męża, przypominam – odpowiedziałam półżartem.

– Męża, który pewnie sam dobrze się teraz bawi w hotelu. Wyluzuj. Nic się nie stanie.

To „nic się nie stanie” dźwięczało mi w głowie jeszcze długo. Bo przecież naprawdę niczego nie planowałam. Chciałam tylko trochę odetchnąć, posłuchać głośnej muzyki, poczuć się lekko.

Wolałam, żeby był tajemnicą

Stałam w kolejce do baru, gdy właśnie go zobaczyłam. Nie był szczególnie przystojny. Ale spojrzał na mnie tak, jak nikt od bardzo dawna. Jakby mnie widział. Naprawdę. Stał oparty o ladę, z rękami w kieszeniach, zupełnie jakby był tu przez przypadek. Miał krótko przycięte włosy, lekki zarost, szarą koszulę podwiniętą do łokci. Był jednym z tych mężczyzn, na których zwykle nie zwraca się uwagi, ale kiedy spojrzy ci prosto w oczy, czujesz coś dziwnego.

– Można się dosiąść? – zapytał, kiedy Asia zniknęła w łazience, a ja zostałam sama przy stoliku.

– Proszę – odparłam odruchowo, czując jak coś ściska mnie w brzuchu.

Nie wyglądasz na zachwyconą – uśmiechnął się delikatnie.

– Dawno nigdzie nie wychodziłam, czuję się trochę nieswojo.

– Nawet nie wiesz, jak cię rozumiem.

– Jak masz na imię?

– Wojtek. A Ty?

– Renata, miło mi.

Podał mi rękę. Ścisnął ją tak, jakby chciał mi coś przekazać. Jakiś rodzaj pewności, której ostatnio mi brakowało. Nie miałam siły, żeby się bronić. I nie czułam, że muszę. Aśka wróciła na chwilę, po czym poszła tanecznym krokiem na parkiet. A my rozmawialiśmy przez ponad godzinę. O głupotach. O tym, jak nie lubi nowoczesnej muzyki, bo wszystko brzmi tak samo. Śmiałam się. Długo i szczerze. Nie zapytałam, co robi, skąd jest. Nie chciałam wiedzieć. Wolałam, żeby był tajemnicą. Tak było łatwiej.

Chyba to właśnie znalazłam

Nie spodziewałam się, że już jutro ten mężczyzna przestanie być jednorazowym zbiegiem okoliczności. Nie miałam planu. Wyszłam z baru z zamiarem wrócenia do domu, ale kiedy Wojtek zapytał, czy chcę się jeszcze przejść, skinęłam głową. W istocie – nie miałam nic do stracenia. Spacerowaliśmy po mieście, gdzieś między parkiem a dworcem. Było późno, ale w jego obecności nie czułam zmęczenia. W pewnym momencie zatrzymał się, podniósł wzrok i zapytał:

– Czego ci teraz najbardziej brakuje?

Zaskoczyło mnie to pytanie.

– Chyba to właśnie znalazłam – odpowiedziałam bez dłuższego namysłu.

Zamilkliśmy. Patrzyliśmy na siebie, a napięcie między nami narastało. Stałam tam i wiedziałam, że mogę po prostu odejść. Ale nie odeszłam. Do hotelu dotarliśmy taksówką. W milczeniu. Weszłam pierwsza do pokoju, zdjęłam buty i rzuciłam torebkę na stół. Zatrzymałam się w połowie kroku, czekając na jakikolwiek sygnał, że się wycofa. Że powie: „Pomyłka, sorry”. Nie powiedział. Pocałował mnie w taki sposób, jakby całował mnie nie pierwszy raz. Jakby znał moje ciało, moje lęki, moje potrzeby. Byłam głodna czułości, a on ją dał – bez pytania, bez ceregieli. Potem zasnęliśmy obok siebie. Bez słowa. Rano już go nie było. Zostawił tylko na stole kartkę z numerem telefonu. Nie zadzwoniłam. Nie chciałam, żeby to miało ciąg dalszy. Chciałam, żeby to się nie wydarzyło. A jednak się wydarzyło. I miało swój skutek.

Proszę nie kłam

Przez cały kolejny dzień chodziłam jak cień. Mąż miał wrócić wieczorem. Około dziewiętnastej drzwi się otworzyły. Marcin wszedł z walizką, ale nie odezwał się ani słowem.

– Coś się stało? – zapytałam, gdy zdejmował płaszcz.

– Może Ty mi powiesz?

– O co ci chodzi? – zapytałam pełna niepokoju.

– Dobrze się wczoraj bawiłaś?

Zdziwiło mnie, bo nie mówiłam mu o imprezie. Pomyślałam, że pewnie zobaczył jakieś zdjęcia z imprezy na profilu Aśki.

– No chyba nie będziesz mi robił wyrzutów, że poszłam z koleżanką na dyskotekę trochę odreagować.

– No i chyba odreagowałaś aż za bardzo.

– O czym ty mówisz?

– Nie chcę mi się o tym gadać.

Poszedł do sypialni i do końca wieczoru nie odezwał się do mnie ani słowem.

To nie miało znaczenia

Następnego dnia przy śniadaniu między nami panowała cisza. W końcu odezwałam się pierwsza.

– Co cię wczoraj ugryzło?

– Nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi.

– Wytłumacz mi.

Wczoraj dostałem smsa od Bartka. Napisał, że widział cię w nocy, jak meldowałaś się w hotelu z jakimś mężczyzną.

Zamarłam. Serce mi stanęło. Bartek był najlepszym przyjacielem męża, zawsze byli ze sobą szczerzy.

– Co? Pewnie pomylił mnie z kimś innym – wydukałam.

– Proszę nie kłam, wiedział, co mówi, to byłaś ty.

Usiadł na fotelu. Nawet nie podniósł głosu. Najgorsze było to jego milczenie, ta cisza, która wypełniła pokój po sufit.

– To nie miało znaczenia – powiedziałam cicho, ale nie brzmiało to jak prawda.

– Przestań się usprawiedliwiać, czuję się jak idiota.

Chciałam coś powiedzieć, ale nie umiałam.

– Śpię na kanapie w gościnnym – dodał spokojnie. – Nie wiem jeszcze, co z nami będzie.

Potrzebuję przestrzeni

Nie rozmawialiśmy przez kilka dni. Mijaliśmy się w kuchni, w łazience, w przedpokoju. Czasem rzucaliśmy sobie suche „cześć”, czasem nawet nie. Marcin zamknął się w sobie, a ja nie miałam odwagi, żeby w końcu powiedzieć coś więcej niż „przepraszam”. Bo to słowo już nic nie znaczyło. Nie wiem, czego się spodziewałam. Że zapomni? Że machnie ręką? Że jakoś to przełkniemy? A przecież znałam go. Wiedziałam, że lojalność była dla niego święta. I że nie chodziło tylko o tę jedną noc. W sobotę wieczorem wrócił wcześniej z pracy. Usiadł przy stole i powiedział:

– Wszystko sobie przemyślałem. Nie dam rady o tym zapomnieć.

– Proszę, to był tylko impuls, chwila. Nie przekreślaj nas.

– Ty już to dawno zrobiłaś. Od dawna między nami się nie układało, ale ja cały czas miałem nadzieję, że jeszcze uda się to naprawić. A teraz... Teraz nie mogę tego tak po prostu wymazać i udawać, że nic się nie stało.

Spuściłam głowę. Nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Chciałbym, żebyś się wyprowadziła. – dodał po chwili. – Potrzebuję przestrzeni.

Spakowałam się bez słowa. Wyszłam, a on nawet nie spojrzał w moją stronę.

Renata, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama