Reklama

Zawsze mi się wydawało, że jak coś się robi z sercem, to ludzie to docenią. Jak gospodyni napracowała się nad czymś – czy to nad ciastem drożdżowym, czy nad haftowaną serwetką – to reszta rodziny siadała, chwaliła i jeszcze prosiła o dokładkę albo o „takie samo na przyszły tydzień”. Kiedyś wnuki wyjadały mi surowe ciasto z miski, a teraz wzdychają ciężko, jak mają zjeść coś, co nie ma kolorowej etykiety. Nie chcę narzekać, bo wiadomo, babcia to nie od tego, żeby jojczyć, ale jak człowiek się stara, robi po swojemu, tak jak kiedyś było, a słyszy tylko narzekanie, to ręce opadają.

Serce mi pękło

Wstałam o szóstej rano. Tego dnia czułam się dobrze. Pomyślałam: a co mi tam, upiekę chleb. Taki jak kiedyś – na zakwasie, z mąki żytniej, z chrupiącą skórką i ziarnami na wierzchu. Mieszałam ciasto z takim zapałem, że aż sobie przyśpiewywałam. Około południa w domu pachniało jak w piekarni. Wyciągnęłam chleb z piekarnika, położyłam na kratce i dumnie spojrzałam: rumiany, popękany jak trzeba. I ten zapach...

– Babciu, co tak śmierdzi? – zapytała Hania, wchodząc do kuchni z nosem zadzierającym w górę.

– To nie śmierdzi, tylko pachnie – poprawiłam ją. – Upiekłam chleb. Z chrupiącą skórką.

– A ja chce te bułki z żółtym serem… – dodał Wojtek, wchodząc za siostrą. – Te miękkie, co zawsze kupujesz w sobotę.

– Dziś upiekłam dla was chleb. – Wyciągnęłam bochen na deskę, pokroiłam, kawałki aż chrupały pod nożem. – Spróbujcie, jest jeszcze ciepły.

Hania wzięła kawałek do ręki, obejrzała, skrzywiła się i odłożyła.

– On twardy… – mruknęła. – I ma jakieś ziarenka… Fuj.

Wojtek tylko spojrzał i wzruszył ramionami.

Zrobimy sobie tosty z bułek, babciu. Chcesz?

Odeszli do lodówki, zostawiając mnie z moim chlebem. Serce mi pękło na kawałki.

Byłam na nich zła

Nie odezwałam się ani słowem, gdy smarowali swoje bułki margaryną i kładli na to serek topiony w plasterkach. Udawałam, że wcale mnie to nie obchodzi. Chleb przykryłam ściereczką i odstawiłam na bok, ale gdzieś w środku zaczęło mnie coś zżerać. Nie żal, nie smutek – raczej złość.

– A wiecie, że jak byłam w waszym wieku, to taki chleb to był rarytas? – zagadnęłam, siedząc przy stole.

– Ale my nie jesteśmy w twoim wieku, babciu – Wojtek rzucił z uśmiechem, nie odrywając wzroku od telefonu.

To już nie te czasy – dodała Hania. – Teraz się je normalne rzeczy.

– Normalne? – prychnęłam. – To znaczy co? Nadmuchane buły z marketu, które po godzinie robią się jak gąbka? A za dwie – jak wata?

– No… takie dobre – mruknął Wojtek, z ustami pełnymi sera.

– I nie mają tych twoich pestek – uzupełniła Hania. – Po co w ogóle dajesz te pestki?

Zamknęłam oczy. Nie chciałam się kłócić, przecież dzieci to tylko dzieci. Jednak kiedyś dzieci były inne. Cieszyły się, że babcia coś zrobiła. A teraz?

Bo są zdrowe – powiedziałam spokojnie. – A poza tym to tradycja. Mój ojciec robił taki chleb, jego matka też. To jest jak… kawałek historii.

– Historia to jest w podręczniku – parsknął Wojtek. – Chleb to jedzenie. I ma być miękki.

Zaparzyłam sobie herbatę. Miałam wszystkiego dość.

Nie rozumiała mnie

Po południu przyszła córka. Wpadła z torbą zakupów, bo „po drodze była w sklepie” i „znalazła promocję na jogurty”. Od progu rzuciła:

– Mamo, oni zjedli tylko po jednej bułce, coś ty im dała?

– Chleb – odpowiedziałam krótko, nie odrywając wzroku od robótek ręcznych.

– Aha, czyli znowu ta twoja misja „ocalić smak dzieciństwa”… – westchnęła. – Wiesz, że oni tego nie lubią. Po co się tak męczysz?

– Bo myślałam, że ich nauczę czegoś innego niż miękkie buły i ketchup.

Dzieci mają swoje smaki. Ty zawsze robisz coś na przekór.

– Na przekór? – odłożyłam szydełko. – To raczej świat idzie na przekór mnie. Wszystko ma być szybkie, łatwe i z plastiku. Może nie wszystko musi. Może w domu babci mogłoby być inaczej.

Magda wyjęła jogurty i mleko z torby. Milczała przez chwilę.

– Oni nie są tobą. I nie będą. Nie wszyscy muszą lubić to, co ty. Ty też nie lubisz tej naszej muzyki, tych telefonów i aplikacji. A my nie lubimy twoich pestek i zakwasu.

– A czy chociaż spróbowali? – zapytałam, ciszej.

– Pewnie tak, ale… mamo, przestań nam mówić, co mamy robić.

– A ja po prostu… – westchnęłam – chciałam im dać coś, co nie ma kodu kreskowego.

– Wiem – Magda spojrzała na mnie łagodniej. – Ale może najpierw spytaj, czy oni w ogóle tego chcą.

Uśmiechnęłam się blado

Następnego dnia zrobiłam kanapki z serem i szynką – z tych bułek, co lubią. Nie piekłam nic. Nawet kawy nie parzyłam, tylko rozpuściłam zwykłą, z łyżeczki. Przyszli na śniadanie zdziwieni.

– Babciu… co to? – Wojtek wskazał na stół, jakby zamiast jedzenia zobaczył wazon z popiołem.

– Normalne śniadanie – powiedziałam, udając obojętność. – Takie, jak lubicie. Żadnych niespodzianek.

– Aż się boję – zażartowała Hania, siadając.

Jedli w ciszy. Czułam się jak kucharka na stołówce – przygotować, podać, posprzątać. Tyle że bez tej iskry. I wtedy powiedziałam:

– Dobrze. Od dziś już nie będę wam nic narzucać. Nie będę piec chleba, nie będę robić kompotu, nie będę was ciągnąć do wspomnień. Bo po co?

Wojtek podniósł wzrok.

– Przecież nie powiedzieliśmy, że wszystko, co robisz, jest złe.

– Ale też nie mówicie, że dobre. A ja też mam uczucia. I nie jestem waszą służącą.

– Babciu… nie przesadzaj – jęknęła Hania. – My tylko nie lubimy tego chleba. To wszystko.

– Bo jest zbyt prawdziwy? – uśmiechnęłam się krzywo. – Nie szkodzi. Możecie nie lubić. Tylko nie wywracajcie oczami. I nie traktujcie mnie jak jakąś skamielinę z muzeum.

Wojtek chrząknął, a potem powiedział coś, co zostało ze mną na długo:

– My… nie chcemy być jak ty, babciu, ale nie znaczy, że cię nie kochamy.

Uśmiechnęłam się blado.

– To dobrze, bo ja już przestałam próbować was zmieniać.

Zamarłam

Zrobiło się cicho. Tylko tykanie zegara ściennego przypominało, że czas płynie dalej. Wojtek z Hanią powoli kończyli śniadanie. Już nie tacy wygadani jak zawsze.

– Babciu – zaczęła Hania cicho – a możesz jeszcze kiedyś upiec ten chleb?

Zamarłam.

Przecież go nie lubicie. Ma skórkę jak kamień i pestki jak zbroja.

– No… ale jak go nie będzie, to jakoś… dziwnie – dodał Wojtek. – I pachnie lepiej niż te bułki.

– A skórka w sumie nie była taka zła – mruknęła Hania, patrząc w stół.

Popatrzyłam na nich uważnie. Tacy duzi, a jeszcze dzieci. Jeszcze nie wiedzą, że czasem to, co się wydaje nieważne, okazuje się jedynym, co zostaje.

– Upiekę, ale nie dziś. Chleb, żeby był dobry, potrzebuje czasu. Tak jak ludzie.

– Czyli co, nie będziesz się obrażać? – zapytał Wojtek.

– Nie. Ale wy też nie będziecie się śmiać z rzeczy, które robię, bo są dla mnie ważne. Może kiedyś je zrozumiecie. Albo przypomnicie sobie ten zapach, jak już sami będziecie mieli swoje dzieci.

– A myślisz, że my też będziemy piec chleb? – Hania spojrzała z lekkim uśmiechem.

I wtedy wzięli ostatnie kromki – te z wczoraj. Skórka już nie była chrupiąca, ale i tak zjedli ze smakiem. I zrobiło się jakoś inaczej.

Zaskoczyli mnie

Następnego ranka wstałam później niż zwykle. Może przez to całe gadanie dzień wcześniej, może przez dziwny sen, w którym mieszałam ciasto, a wokół mnie krążyły dzieci w plastikowych fartuszkach, śmiejąc się, że pachnę jak wiejska piekarnia. Zeszłam na dół w kapciach i szlafroku, z zamiarem zrobienia sobie kawy. Zanim weszłam do kuchni, usłyszałam coś dziwnego.

– Ile tej mąki? Dwie szklanki? Nie… tu pisze: „cztery łyżki zakwasu”.

Zakwas to ten śmierdzący słoik w lodówce?

– Cicho! Babcia może usłyszeć.

Zerknęłam zza framugi. Wojtek z Hanią stali przy blacie. Mąka wszędzie. Łyżka tkwiła w wielkiej misce, a na stole leżała moja stara książka kucharska.

Co wy tu wyprawiacie? – zapytałam zaskoczona.

– My… tylko sprawdzamy przepis – powiedziała Hania szybko. – Bo… bo może jednak chcemy spróbować.

Wojtek wzruszył ramionami.

– A co, nie możemy? Może jak sami zrobimy, to nie będzie twardy jak kamień.

Zaśmiałam się szczerze. Podeszłam do nich i spojrzałam do miski.

Trochę za mało wody. I nie tak się to miesza. Pokażę wam.

Tego dnia chleb nie wyszedł. Był za płaski, za zbity, przypalony z jednej strony. Jednak zjedliśmy go razem. Bez kręcenia nosem.

– Nie tak źle – powiedział Wojtek, gryząc skórkę. – Można się przyzwyczaić.

Może nawet polubić – dodała Hania.

Patrzyłam na nich i wiedziałam, że jednak coś po mnie zostanie.

Danuta, 61 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama