Reklama

Mieszkam sama w domku na obrzeżach miasta, z kotką Lusią i sąsiadką Barbarą, która czasem wpadnie na herbatę i plotki. Emerytura jest spokojna – trochę za spokojna, jak na mój gust. Dni zlewają się w jedno: zakupy, krzyżówki, podlewanie kwiatów w ogródku. A czasem… tylko cisza. Dłuży się ta cisza najbardziej wieczorami. Mam trójkę dzieci. Kiedyś byliśmy naprawdę blisko. Wychowałam ich sama przez większą część życia, bo mąż umarł młodo.

Dla nich rezygnowałam z siebie. Aneta, najstarsza, jest lekarką – zabiegana, wiecznie niedostępna. Marek mieszka za granicą, rzadko dzwoni. A Karolina… Cóż. Karolina to osobny rozdział. Moje najmłodsze dziecko, moja duma, moja… rana. Piętnaście lat temu Karolina wyjechała. Bez słowa. Później tylko raz dostałam kartkę z krótką informacją, że urodziła córkę – Zosię. I tyle. Próbowałam pisać. Wysyłałam paczki. Cisza. Nawet nie wiem, jak wygląda moja wnuczka. A przecież to moje własne dziecko nosiło ją pod sercem...

– A twoje dzieci dziś wpadną? – spytała ostatnio Barbara, kiedy piłyśmy herbatę w mojej kuchni.

– A kto tam wie… Pewnie zapracowani – odparłam z wymuszonym uśmiechem, bo przecież nie wypada przyznać, że nie mam pojęcia.

Czasem mam wrażenie, że jestem jak stara fotografia – kiedyś kochana, teraz zapomniana w szufladzie. Patrzę na swoje dłonie – pomarszczone, kościste – i myślę, czyje rączki jeszcze w nich spoczną, zanim sama odejdę. Ale przecież człowiek nie mówi takich rzeczy na głos. Tylko kotce Lusi, kiedy wieczorami siada mi na kolanach.

Serce mi przyspieszyło

Od rana krzątałam się po kuchni, choć dobrze wiedziałam, że to bez sensu. Upiekłam sernik – ten, który zawsze znikał pierwszy ze stołu, gdy dzieci były małe. Włączyłam radio, przetarłam jeszcze raz lustro w korytarzu. Ubrałam się w kremowy sweterek, co dostałam od Marka trzy lata temu na święta. Pomalowałam usta. Sama dla siebie. Barbara zapukała koło jedenastej.

– No i co, przyjdą? – zapytała bez wielkich nadziei.

– Pewnie tak. Pewnie później – skłamałam, zerkając mimochodem na telefon, jakby miał zaraz zadzwonić.

Minęło południe. Później piętnasta. Z każdą godziną sernik wyglądał coraz smutniej. Zaparzyłam drugą kawę, już nie z gościnną filiżanką, tylko w tej grubej, wyszczerbionej. Otworzyłam album. Palcem śledziłam twarze: Aneta z warkoczykami, Marek z rozbitym kolanem, Karolina – w sukience w groszki, śmiejąca się do obiektywu. Takiej już nigdy nie zobaczę. Wieczorem usiadłam w fotelu. Kotka wskoczyła na moje kolana, mrucząc, jakby chciała przykryć tę ciszę. W tle grała jakaś znana piosenka w radiu. Sięgnęłam po telefon, sprawdziłam jeszcze raz. Pusto. I wtedy – dźwięk wiadomości: „Babciu… tu Zosia. Córka Karoliny. Czy mogę do Ciebie jutro przyjść?”. Zamarłam. Serce mi przyspieszyło. Czytałam to zdanie pięć razy, zanim dotarło, że to się naprawdę dzieje.

– Zosia… – wyszeptałam.

Zadzwoniłam do Anety. Odebrała po kilku sygnałach.

– Cześć, mamo. Coś się stało?

– Aneta… czy ty wiesz coś o Zosi? – zapytałam, starając się, by głos mi się nie załamał.

– Nie chcę o niej rozmawiać. I Ty też nie powinnaś – powiedziała chłodno. – Lepiej, żebyś się nie łudziła.

Rozłączyła się. A ja patrzyłam w ekran z tą jedną wiadomością, jakby była najcenniejszym prezentem w moim życiu.

Czekałam na nią całe życie

Wstałam bladym świtem. Nie spałam tej nocy ani minuty. Przewracałam się z boku na bok, układałam sobie w głowie, co powiem. Czy mam się uśmiechać? Płakać? Przepraszać? A za co właściwie? Zaparzyłam herbatę z maliną, tę samą, którą kiedyś lubiła Karolina. Kotka Lusia ocierała się o moje nogi, jakby coś przeczuwała. Gdy zegar wybił jedenastą, usłyszałam pukanie. Serce mi stanęło.

– Dzień dobry… – powiedziała cicho dziewczyna, której nigdy nie miałam okazji uściskać. – Jestem Zosia.

Stała na progu. Wysoka, szczupła, z jasnymi włosami związanymi w niedbały kucyk. Miała oczy Karoliny. Dosłownie. I te same lekko zaciśnięte usta, gdy była spięta. Moja wnuczka. Prawdziwa.

– Wejdź, dziecko – wydusiłam w końcu. – Czekałam na Ciebie całe życie.

Zosia zdjęła kurtkę, nieśmiało rozejrzała się po mieszkaniu.

– Mama nie chciała o Tobie mówić… – zaczęła. – Znalazłam pudełko. W szafie, głęboko. Były tam listy. Twoje. Nigdy nieotwarte.

Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą, żeby nie zadrżały. Przełknęłam gulę w gardle.

– Pisałam… przez lata. Co miesiąc. Na święta. Na urodziny. Bez odpowiedzi.

– Wiem. Przeczytałam wszystkie. Chciałam Cię poznać, zanim będzie za późno.

Popatrzyłyśmy sobie w oczy. Milczenie mówiło więcej niż słowa. Miała w sobie coś z Karoliny z tamtych dobrych lat – miękkość głosu, lekko zadarty nos, błysk w oku. Czułam, jak rośnie we mnie ciepło, które dawno wygasło.

– Jesteś bardzo do niej podobna – powiedziałam cicho.

Zosia uśmiechnęła się słabo.

– Chciałabym, żebyśmy się mogły czasem spotykać.

Nie odpowiedziałam od razu. Bałam się, że jak tylko się zgodzę, wszystko zniknie jak sen. Ale przecież już stało się coś niewiarygodnego. Moja Zosia przyszła.

– Chciałabym tego z całego serca – wyszeptałam.

Ręce mi drżały jak osika

Zosia przyszła też kilka dni później. Miała w rękach białą kopertę.

– Mama napisała list. Chciała go wysłać, albo mi go dać, nie wiem… ale chyba się rozmyśliła. Znalazłam go w jej szufladzie. Chyba jest całkiem świeży. Nie byłam pewna, czy mam prawo, ale chyba jednak mam…

Podała mi kopertę, jakby ważyła tonę. Siadłam na fotelu. Lusia wskoczyła mi na kolana, jak zawsze, gdy serce biło mi za mocno. Drżały mi ręce. Otworzyłam.

„Mamo, Nie wiem, czy powinnam pisać. Nie wiem, czy chcesz mnie jeszcze pamiętać. Ale… pamiętam Cię codziennie. Czasem ze złością. Czasem z tęsknotą. Kiedy od Ciebie odeszłam, myślałam, że robię to, żeby się ratować. Czułam, że się duszę. Że wszystko we mnie pęka. Byłam wtedy za młoda, żeby rozumieć, że Ty też tylko robiłaś, co umiałaś. Przepraszam. Za listy, których nie otworzyłam. Za to, że Zosię wychowałam bez Ciebie. Nie szukam przebaczenia. Nie wiem, czy sama umiem przebaczyć. Ale chciałam, żebyś wiedziała, że Zosia bardzo chciała cię poznać. Nie rób z niej pośrednika naszych ran. Karolina”.

Czytałam ten list kilka razy. Raz na głos. Raz szeptem. Raz bezgłośnie, tylko oczami. Każde zdanie ciążyło. Każde niemal wżerało się we mnie. Wieczorem przyszła Basia z herbatą i ciastkami.

– Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha – powiedziała, siadając naprzeciwko mnie.

– Dostałam list od Karoliny – powiedziałam.

– I co? Chce wrócić?

– Nie. Ale… chciała, żebym wiedziała, że Zosia tu przyszła z własnej woli.

Barbara pokiwała głową, zamyślona. Popatrzyła przez okno.

– Dzieci zawsze myślą, że to my jesteśmy winni. A potem dorastają i widzą, że sami robią to samo.

Milczałam.

– Dasz tej dziewczynie szansę?

– Dam, ale nie wiem, co z Karoliną. Nie umiem tego odłożyć na półkę, jak książki.

– Może to już nie o Karolinę chodzi. Może chodzi o Ciebie – mruknęła Basia. – I o to, żebyś wreszcie przestała czekać.

Spojrzałam na list. Może miała rację. Może czas przestać czekać. I zacząć żyć tym, co jeszcze mi zostało.

Zostały mi pytania i żal

List od Karoliny leżał na stole kilka dni, nie ruszany. Jak jakiś kamień, o który potyka się wzrok. Niby zwykła kartka, a jakby ważyła całe moje życie. W końcu usiadłam wieczorem z pustą kartką. Pisałam powoli, jakby każde słowo trzeba było wyjąć z jakiegoś zakamarka, który dawno zardzewiał.

„Karolino, Nie wiem, co boli mnie bardziej – że odeszłaś, czy że nie wróciłaś wcześniej. Ale piszę ten list, bo Zosia przyniosła mi coś więcej niż wspomnienie. Przyniosła nadzieję. Jeśli chcesz... spotkajmy się. Nie u mnie. Nie u Ciebie. Na cmentarzu. Przy ojcu. Może tam łatwiej będzie mówić o rzeczach, których nie umiałyśmy powiedzieć przez piętnaście lat. Jeśli nie przyjdziesz – zrozumiem. Ale będę tam. W sobotę. O siedemnastej. Mama”.

Przekazałam list bez słowa Zosi. Podałam jej kopertę i skinęłam głową. W sobotę ubrałam się jak na pogrzeb. Ciemny płaszcz, apaszkę, której nie nosiłam od lat. Serce waliło mi jak młotem. Przyszłam punktualnie. Stanęłam przy grobie męża, jak kiedyś, gdy jeszcze wierzyłam, że wszystko da się naprawić modlitwą. Czekałam. Pięć minut. Dziesięć. W końcu ją zobaczyłam. Szła wolno, bez makijażu, w prostym płaszczu. I nagle zrozumiałam – nie przychodziła jako córka, tylko jako kobieta, która sama coś w życiu straciła.

– Przyszłaś – powiedziałam tylko.

Nie wiem, po co – odparła cicho. – Nie mam w sobie już żadnych odpowiedzi.

– Ja też nie. Ale mam pytania. I żal.

Patrzyła na nagrobek, nie na mnie.

– Zosia Cię potrzebuje. Ja... nie wiem, czego potrzebuję.

Stałyśmy chwilę w milczeniu. Potem ona się odwróciła.

– Dziękuję, że przyszłaś – powiedziałam jeszcze. Ale ona już odchodziła.

Nie zatrzymałam jej. Może tym razem nie o to chodziło. Może o to, żeby wreszcie pozwolić komuś odejść bez nienawiści.

Po prostu jestem

Od tamtego dnia minęły trzy tygodnie. Karolina się nie odezwała. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy, ale coś się zmieniło. Już nie czekam – po prostu jestem. Dla Zosi. Zosia przychodzi regularnie. W soboty zawsze przynosi bułki z cynamonem z piekarni „U Zosi” – mówi, że to jej rytuał. Gotujemy razem. Czytamy książki. Śmiejemy się.

– Babciu, wiesz, że chcę studiować psychologię? – powiedziała pewnego popołudnia, kiedy kroiłyśmy jabłka do szarlotki.

– Będziesz rozgryzać ludzi? – zapytałam z uśmiechem.

– Trochę tak. Ale bardziej chcę zrozumieć samą siebie. I moją mamę.

Zamilkłam. Kawałek jabłka wysunął mi się z palców.

– Ona Cię kocha, wiesz? Na swój sposób. Tylko… nie umie o tym mówić. Może się boi.

– Wiem – odpowiedziała Zosia. – Ale czasem mam wrażenie, że ja też się jej boję.

– To normalne – westchnęłam. – Miłość to nie zawsze są słodkie słowa. Czasem to walka. Ale skoro jesteś tutaj… to znaczy, że coś dobrego między nami zostało. Wbrew wszystkiemu.

Zosia uśmiechnęła się i wzięła mnie za rękę. Jej dłoń była ciepła, młoda. To było życie. Wieczorem usiadłam przy stole, zapisałam parę stron w zeszycie, który zaczęłam prowadzić po śmierci męża. Patrzyłam na zdjęcie Zosi – już było na komodzie, obok dzieci i wnuków, których znałam od lat. Lusia zamruczała cicho. Nagle usłyszałam dzwonek telefonu. Nieznany numer. Odebrałam, jak w jakimś śnie.

– Mamo... możemy kiedyś jeszcze porozmawiać?

To była Karolina. Nie odpowiedziałam od razu. Spojrzałam przez okno. Za szybą światło latarni rysowało delikatne cienie na śniegu.

– Może – powiedziałam w końcu cicho. – Może możemy.

Barbara, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama