Spojrzałam na bilety lotnicze leżące na kuchennym stole. Złowieszczy, ale jednocześnie ekscytujący napis „Kaukaz” mienił się w świetle porannego słońca. Marek, mój mąż, siedział naprzeciwko i powoli przeżuwał swoją grzankę, nie odrywając wzroku od ekranu tabletu.

WIDEO

player placeholder

– Kupiłam – powiedziałam cicho, starając się opanować drżenie głosu.

Podniósł głowę i spojrzał na mnie zdezorientowany.

Zobacz także

– Co kupiłaś, Elu?

– Bilety. Do Gruzji. Zrobimy ten trekking w Swanetii. Tak, jak planowaliśmy piętnaście lat temu.

Marek zamilkł. Odkładając tablet, patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Uśmiechnął się, lecz w jego oczach dostrzegłam cień niepokoju zamiast radości.

– Swanetia? Elu, przecież to są wysokie góry. My... my nie mamy już po czterdzieści lat.

Zignorowałam jego słowa. Od miesięcy marzyłam o tym wyjeździe. Odkąd przeszliśmy na emeryturę, czułam, że z każdym dniem tracimy cząstkę siebie. Nasze życie stało się przewidywalne, spokojne. Zbyt spokojne. Pamiętałam nas z młodości – z plecakami, w starych traperach, zdobywających szczyty w Tatrach i Alpach. Chciałam, żebyśmy znów byli tymi samymi ludźmi.

– Damy radę – odpowiedziałam z udawaną pewnością siebie. – Zaczniemy trenować. Będziemy chodzić na długie spacery. Kupiłam nam nawet nowe kije trekkingowe.

Marek westchnął, ale w końcu skinął głową. Znał mnie. Wiedział, że gdy się na coś uprę, trudno mnie odwieść od pomysłu. Mimo to, czułam, że tym razem nie patrzy na mnie jak na szaloną optymistkę, lecz raczej jak na kogoś, komu chce oszczędzić rozczarowania.

Nie chciałam się poddać

Przygotowania zaczęły się obiecująco. Dwa razy w tygodniu jeździliśmy do pobliskiego lasu na długie marsze. Kupiliśmy nowe buty, lekkie kurtki, oddychające koszulki. Czułam, jak wstępuje we mnie nowa energia. Wreszcie mieliśmy cel. Do tego codziennie ćwiczyliśmy rozciąganie, choć Marek narzekał na kolana i czasem żartował, że jego stawy „protestują przeciwko reformom fitnessowym”. Ale potem przyszła rzeczywistość. Pewnego weekendu postanowiliśmy zrobić dłuższą trasę, z nieco większym wzniesieniem. Już po godzinie poczułam, że moje serce bije jak oszalałe, a oddech staje się płytki. Spojrzałam na Marka. Szedł kilka kroków przede mną, ale też ciężko dyszał. Jego twarz była czerwona z wysiłku.

– Zróbmy przerwę – wydusiłam, opierając się o drzewo.

Marek zatrzymał się i spojrzał na mnie z troską.

– Wszystko w porządku? Jesteś blada.

– Tak, tak. Po prostu muszę złapać oddech.

Usiedliśmy na zwalonym pniu. Podał mi bidon z wodą. Piłam łapczywie, czując, jak woda chłodzi moje rozgrzane gardło.

– Elu, może powinniśmy przemyśleć ten wyjazd? – zaczął ostrożnie. – To nie wstyd przyznać, że to dla nas już za dużo.

Poczułam ukłucie gniewu.

– Nie ma mowy! Dopiero zaczęliśmy. Musimy po prostu więcej trenować. zasiedzieliśmy się, zaniedbaliśmy. Zobaczysz trening czyni mistrza!

Nie chciałam słuchać o ograniczeniach. Nie chciałam przyznać, że moje ciało nie reaguje już tak jak kiedyś. Byłam przekonana, że to tylko kwestia kondycji, którą można poprawić. W kolejnych tygodniach byliśmy coraz bardziej zmęczeni. Zdarzało się, że nie mogliśmy spać w nocy, bo łapały nas skurcze mięśni. Czułam, jak rośnie we mnie frustracja, lecz nie pozwalałam sobie na zwątpienie. Zaczęłam nawet przeglądać fora podróżnicze, szukając historii ludzi „w naszym wieku”, którzy podjęli podobne wyzwania. Większość była pełna zachwytów, ale gdzieś między wierszami czytałam o zmęczeniu, kryzysach, rezygnacji. Udawałam, że mnie to nie dotyczy.

Marek tylko się uśmiechał

W końcu nadszedł dzień wylotu. Gruzja przywitała nas upałem i zgiełkiem. Lotnisko w Kutaisi tętniło życiem, tak innym od naszego spokojnego, emeryckiego świata. W drodze do Mestii obserwowałam przez okno marszrutki rozległe, zielone doliny i monumentalne szczyty. Marek milczał, ściskając pasek plecaka białymi knykciami. Dotarliśmy do Mestii późnym popołudniem. Powietrze było rześkie, a zapach gór przypominał mi młodość.

Jednak już podczas krótkiego spaceru do pensjonatu poczułam pierwsze ukłucie niepokoju – moje mięśnie były dziwnie spięte, a serce biło szybciej niż zwykle. Wieczorem, przy kolacji, rozmawialiśmy z parą młodszych turystów z Niemiec. Byli pełni entuzjazmu, pytali o nasze szlaki, podziwiali, że wyruszamy na trekking. Marek uśmiechał się uprzejmie, ale widziałam, że zamyślił się jeszcze bardziej. Ja też poczułam się mniej pewnie, choć nie chciałam tego po sobie pokazać.

Z trudem trzymałam fason

Pierwszy dzień trekkingu był koszmarem. Trasa, która według przewodnika miała zająć pięć godzin, zajęła nam osiem. Każdy krok pod górę był walką. Moje nogi ciążyły jak z ołowiu, a płuca paliły przy każdym oddechu. Marek szedł milczący, z zaciśniętymi zębami. Widziałam, że też cierpi. Na jednym z bardziej stromych odcinków złapałam się na tym, że szukam wymówek: zatrzymywałam się niby po to, by zrobić zdjęcie, choć naprawdę musiałam złapać oddech. Marek coraz częściej patrzył na mnie z niepokojem, a raz nawet próbował mi zabrać plecak, by mi ulżyć. Nie pozwoliłam mu, choć z trudem utrzymywałam fason. Gdy w końcu dotarliśmy do pierwszego obozu, padliśmy na karimaty bez słowa. Nie mieliśmy siły nawet rozstawić namiotu. Leżałam patrząc w niebo, czując pulsujący ból w każdym mięśniu.

– Elu... – głos Marka był cichy, prawie szept. – Nie damy rady jutro. Ta trasa jest jeszcze trudniejsza.

Odwróciłam głowę w jego stronę. Leżał z zamkniętymi oczami.

– Damy radę. Musimy.

– Nie musimy. Nic nie musimy udowadniać. Jesteśmy zmęczeni. Ja jestem zmęczony.

Jego słowa uderzyły mnie nagle. Spojrzałam na jego twarz. Zobaczyłam w niej zmęczenie, zniechęcenie, a może nawet strach. Nagle uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam egoistyczna. Chciałam cofnąć czas, nie zważając na to, jak wysoką cenę musimy za to zapłacić.

Bardzo bałam się starości

Noc była długa i niespokojna. Nie mogłam spać. Wsłuchiwałam się w oddech Marka i myślałam o wszystkim, co doprowadziło nas do tego miejsca. O mojej desperackiej potrzebie zatrzymania czasu. O tym, jak bardzo bałam się starości. Przypomniały mi się słowa mojej mamy, która zawsze powtarzała: „Wiek to tylko liczba, ale ciała nie oszukasz”. Wtedy uważałam to za wymówkę. Teraz czułam, jak moje ciało samo mi to powtarza. Rano, gdy słońce zaczęło wschodzić nad szczytami Kaukazu, podjęłam decyzję. Siedzieliśmy w milczeniu, popijając chłodną herbatę z termosu. Marek unikał mojego wzroku, jakby bał się, że będę go namawiać na dalszą drogę.

– Wracamy na dół – powiedziałam, gdy Marek otworzył oczy.

Spojrzał na mnie ze zdumieniem.

– Jesteś pewna?

Skinęłam głową.

– Miałeś rację. Porwaliśmy się z motyką na słońce. Nasz czas na bycie młodymi bogami minął.

Powiedzenie tego na głos było trudne, ale jednocześnie przyniosło dziwną ulgę. Zrozumiałam, że nie musimy zdobywać szczytów, żeby czuć się wartościowymi. Możemy cieszyć się górami w inny, spokojniejszy sposób. Zejście było równie trudne, co wejście, jeśli nie trucniejsze, ale nasze serca były lżejsze. Gdy dotarliśmy z powrotem do Mestii, usiedliśmy w małej knajpce. Zamówiliśmy lokalne chaczapuri. Marek, rozluźniony, z każdym kęsem stawał się coraz bardziej rozmowny. Rozśmieszył mnie, opowiadając, jak kiedyś, na studenckiej wyprawie w Bieszczady, zgubił mapę i przez to spał pod gołym niebem. Patrzyłam na niego. Uśmiechał się, a w jego oczach znowu było to znajome ciepło. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że rzeczywiście nie musimy już nikomu – ani sobie – niczego udowadniać.

– Wiesz co? – powiedzia. – Za pięć lat możemy pojechać nad morze. Gdzieś, gdzie jest płasko.

Zaśmiałam się, czując łzy w oczach.

– Tak. Nad morze. Zdecydowanie nad morze.

Zamiast żalu czułam wdzięczność

Następnego dnia spacerowaliśmy po Mestii, odwiedzaliśmy małe galerie, rozmawialiśmy z mieszkańcami. Po raz pierwszy od wielu dni czułam się odprężona. Kupiłam ręcznie robioną chustę od starszej kobiety, która opowiadała nam o zimach w górach i o tym, jak jej syn wyjechał do miasta, bo „nogi już nie te”. Z Markiem śmialiśmy się, że najwyraźniej taki los czeka każdego, kto kiedyś kochał wędrówki. Wieczorem długo siedzieliśmy na tarasie pensjonatu.  Zamiast żalu czułam wdzięczność. Za to, że spróbowaliśmy, że byliśmy razem, że potrafiliśmy się przyznać do swoich ograniczeń i nie zniszczyć przez to naszej relacji. Zrozumiałam, że starość nie oznacza końca życia, ale jego transformację. I że najważniejsze jest to, by iść przez nią razem, bez względu na to, jak trudny jest szlak.

Gdy wróciliśmy do Polski, przyjaciele pytali, czy zdobyliśmy szczyty. Odpowiadałam z uśmiechem, że zdobyliśmy coś ważniejszego – siebie na nowo. Marek żartował, że najtrudniejszy szlak to ten, na którym trzeba przyznać się do własnych słabości. Czasem wieczorami wyciągam gruzińską chustę i wspominam tamtą podróż. Już nie z żalem, tylko z czułością. Wiem, że nie jestem już tą samą osobą co dawniej, ale nie muszę. Teraz cieszy mnie spacer po parku, kawa na ławce i świadomość, że nie muszę nikomu niczego udowadniać.

Elżbieta, 61 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: