„Urządziłam karnawałową imprezę i zrobił się z tego niezły bałagan. Szkoda, że wstydu nie da się zamieść pod dywan”
„Beata – ta, co się dobrze uczy, nie pyskuje, nie wraca późno do domu. Zawsze zorganizowana, wypełniała zeszyty najładniej w klasie, a w domu – córka jak z katalogu. Mówiły ciotki, że moi rodzice mogą być ze mnie dumni. Tylko że ja nigdy nie wiedziałam, czy naprawdę są”.

- Redakcja
Zawsze byłam tą odpowiedzialną. Beata – ta, co się dobrze uczy, nie pyskuje, nie wraca późno do domu. Zawsze zorganizowana, wypełniała zeszyty najładniej w klasie, a w domu – córka jak z katalogu. Mówiły ciotki, że moi rodzice mogą być ze mnie dumni. Tylko że ja nigdy nie wiedziałam, czy naprawdę są. Mama – zimna jak tafla lodu. Zawsze dokładna, zawsze punktualna, zawsze krytyczna. Ojciec – jak duch. Niby obecny, ale nieobecny. Nigdy się nie wtrącał, nawet wtedy, gdy naprawdę powinni.
Bycie idealną córką to nie była dla mnie jakaś wielka misja. To po prostu był mój sposób na to, żeby mieć trochę spokoju. I może – żeby mama choć raz spojrzała na mnie tak, jak patrzyła kiedyś na mój dyplom z konkursu matematycznego. Z dumą. Może. Kiedy powiedzieli, że wyjeżdżają na weekend – do cioci w góry – nie mogłam w to uwierzyć. Po raz pierwszy od lat miałam dom tylko dla siebie. I tylko jedno zadanie: „Nie narób wstydu”.
Oczywiście, mówiłam im, że będę się uczyć, że zaprosiłam Maję – moją najlepszą przyjaciółkę – i że obejrzymy sobie jakiś film. Nic wielkiego. Po prostu spokojny wieczór. Ale w środku aż mnie nosiło. To miała być ta noc. Taki mały test mojej dorosłości. Chciałam poczuć, że mogę zrobić coś po swojemu. I że nic się nie zawali. Nie wiedziałam, że to wszystko, co znałam do tej pory, runie szybciej, niż zdążę powiedzieć „spokojny wieczór”.
Przecież nic się nie dzieje
Na początku było idealnie. Włączyłyśmy z Mają ulubioną muzykę, zrobiłyśmy popcorn, śmiałyśmy się z głupot i gadałyśmy o szkole, chłopakach, przyszłości. Takiej prawdziwej, jaką sobie wyobrażałyśmy: studia w innym mieście, mieszkanie bez rodziców, imprezy, wolność. W tle leciał jakiś film, ale żadna z nas go nie oglądała. Wszystko było dokładnie tak, jak miało być. Potem zadzwonił Patryk. Znałam go tylko z opowieści Mai. Taki chłopak od wszystkiego – znajomy z treningów, czasem przychodził na imprezy, czasem znikał na miesiąc. Maja spytała, czy może wpaść. „Tylko on?” – upewniłam się. Pokiwała głową. Zgodziłam się. W końcu jedna osoba więcej nie zrobi różnicy. Pół godziny później drzwi się otworzyły. Patryk nie był sam.
– Ej, kto ich zaprosił? – syknęłam do Mai, patrząc na nieznajomych chłopaków i dziewczyny, którzy nawet nie zdjęli butów.
– Patryk tylko napisał do paru znajomych – powiedziała z miną, jakby nie wiedziała, o co mi chodzi. – Wyluzuj, Beata. Przecież nic się nie dzieje.
Weszli jak do siebie. Ktoś włączył głośniejszą muzykę. Nie protestowałam. To nie była impreza z tłumem ludzi, tylko kilka osób więcej. Można nad tym zapanować. Jednak po jakimś czasie czułam, że wszystko wymyka się spod kontroli.
– Ej, to mój dom. Możesz zdjąć te nogi z białej sofy – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
– Luz, Beata. Wyluzuj. Jesteśmy tu tylko chwilę – odpowiedział z uśmiechem.
Usiadłam na skraju kanapy, a wszystko we mnie kipiało. Czułam, jak bije mi serce. W tle usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Ktoś się zaśmiał. Ktoś inny zaklął. W kuchni stały rozlane napoje, na podłodze leżały porozrzucane chipsy. Chciałam wstać, powiedzieć im wszystkim, żeby wyszli. Ale coś mnie powstrzymało. Strach? Żal? Głupia nadzieja, że to się zaraz skończy samo? Siedziałam, jakbym była gościem we własnym domu. Zamknęłam drzwi i oparłam się plecami o ścianę. To nie była już moja impreza. To nie był nawet mój wieczór. To była katastrofa, której nie umiałam już zatrzymać.
To nie tak jak myślisz
Obudziłam się na kanapie. Pod głową miałam zwiniętą bluzę. W salonie panowała cisza. Podniosłam się powoli. Cała podłoga wydawała się klejąca. Wszędzie były porozrzucane jakieś rzeczy. Ulubiony wazon mamy leżał na podłodze w kawałkach. Kanapa, na której spałam, miała mokre, ciemne plamy od sosu. W kuchni nie było lepiej – totalny syf. Otwarta lodówka, rozlana cola, skórki od cytryny, które ktoś rzucił na blat. Zasłony krzywo wisiały, jedna była przytrzaśnięta oknem. Pomyślałam o matce, o tym, jak zareaguje, gdy to wszystko zobaczy. Zaczęłam sprzątać. Nerwowo, gorączkowo, Telefon zadzwonił, zanim zdążyłam skończyć. Spojrzałam na ekran. Mama.
– Halo?
– Sąsiad mówił, że była impreza – powiedziała chłodno, bez wstępu.
– Mamo, to nie tak jak myślisz, tylko kilka osób...
– Wracamy dziś wieczorem. Zobaczymy – ucięła i rozłączyła się, zanim zdążyłam cokolwiek dodać.
Stałam przez chwilę, trzymając telefon w dłoni, jakby ważył tonę. W głowie mi dudniło. Pan Ryszard nigdy nie przegapiał okazji, żeby uprzejmie donieść. Usiadłam na podłodze. Próbowałam oddychać spokojnie, ale wiedziałam, że tego się nie da już odkręcić. Nawet gdybym posprzątała wszystko co do okruszka, coś zostanie. Rysa na stole. Popsuta ramka, zaplamiona kanapa, a najgorszy był mój własny wstyd, którego nie da się zamieść pod dywan.
Mamo, przepraszam...
Otworzyłam drzwi, zanim zdążyli zadzwonić. Stałam boso, z mokrymi włosami, w bluzie, którą założyłam tylko po to, żeby nie wyglądać jak ktoś, kto od rana chodzi w piżamie i sprząta ślady po własnej klęsce. Matka spojrzała na mnie jak na obcą, jakby ten powrót nie był powrotem do domu, tylko inspekcją. Ojciec stał za nią, jak zwykle. Ani słowa, tylko cień, który za nią przywlókł.
– Mamo, przepraszam... Ja... – zaczęłam, ale nie dokończyłam.
Nie weszła od razu. Zatrzymała się na progu, rozglądając się po korytarzu, który pachniał już płynem do mycia podłóg, ale jeszcze nie do końca. Zerknęła na zaplamiony dywan, na lampkę, której nie udało mi się naprawić. Potem spojrzała mi prosto w oczy. I wtedy padło to jedno zdanie.
– Zawiodłaś moje zaufanie.
Nie krzyknęła. Nie uniosła głosu. Nie było pretensji, nie było wściekłości. Tylko ta cisza i te trzy słowa, w których było wszystko. Stałam z otwartymi ustami, jakby zaraz miało paść coś jeszcze, coś, co mogłabym odnieść do siebie. Ale to było wszystko. Trzy słowa, które ważyły więcej niż każdy krzyk, każdy zakaz. Ojciec przeszedł obok mnie bez słowa. Zdjął buty, powiesił kurtkę.
– Mamo... – próbowałam jeszcze raz.
Nawet na mnie nie patrzyła. Wtedy dopiero poczułam, jak miękną mi kolana. Usiadłam na schodku, wciąż patrząc na nią, jakby dało się coś uratować samym spojrzeniem. Ale ona przeglądała pocztę, którą zostawiłam na komodzie. Zupełnie jakby mnie nie było. Nigdy wcześniej nie czułam się tak niewidzialna. Tak wyrzucona poza nawias tego domu, tych ścian, tej rodziny. Myślałam, że najgorsze to będzie szlaban, wrzask. Ale nie. Najgorsze to było to spojrzenie. Obce. I to jedno zdanie, które zapamiętam do końca życia. "Zawiodłaś moje zaufanie".
Chociaż porozmawiajmy
Zamknęłam się w pokoju i nie wychodziłam. Świat po drugiej stronie drzwi brzmiał jakby ktoś próbował udawać normalność – stukanie sztućców, cichy dźwięk czajnika, przesuwanie krzeseł przy stole. Ale nie było rozmów. Nie było „Beata, obiad”. Nie było mnie w tej codzienności. I nikt nie zamierzał mnie przywoływać. Napisałam do Mai. Dwa razy. „Wszystko się posypało”, potem „Nie odzywają się do mnie. Możesz zadzwonić?”. Nie odpowiedziała. Nawet nie przeczytała. Odświeżałam czat co chwilę, jakby od tego zależało, czy przestanę się czuć jak śmieć.
W końcu zaczęłam przeglądać Instagram. Ktoś wrzucił filmik z imprezy. Ktoś, kogo nawet nie znałam z imienia. Widać było moją kuchnię, Maję siedzącą na stole, chłopaka, który tańczył z butelką, śmiech, krzyki, ktoś przewrócił się na dywan. Ktoś krzyknął moje imię i potem wszyscy zaczęli się śmiać. Oglądałam to w kółko. W końcu wyłączyłam telefon. Pod wieczór spróbowałam zejść na dół. Matka siedziała z książką, jakby naprawdę interesowało ją to, co czyta. Ojciec udawał, że coś ogląda.
– Mamo, chociaż porozmawiajmy...
– Nie teraz, Beata – odpowiedziała, nie podnosząc głowy.
Odeszłam, zanim zdążyłam się rozpłakać. Wróciłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Usiadłam przy biurku, zapaliłam lampkę i gapiłam się w zeszyt, jakbym naprawdę miała się uczyć. Ale nie potrafiłam.
Zaufanie to coś, co się buduje
Minęły trzy dni. Matka nie powiedziała nic, ojciec jak zwykle unikał wzroku. W kuchni zostawiali mi talerz. W nocy słyszałam, jak rozmawiają półgłosem. O mnie. O tym, co dalej. Jakby już mnie nie było, jakby trzeba było ustalić nowy porządek bez Beaty, która zawiodła. Nie płakałam. Nie potrafiłam. Tylko serce waliło mi za każdym razem, gdy słyszałam kroki na schodach. Że może teraz. Może ktoś zapuka. Ale nikt nie pukał. Czwartego dnia nie wytrzymałam. Zeszłam na dół, stanęłam w kuchni i czekałam, aż matka w końcu podniesie wzrok. Nie zrobiła tego.
– Mamo, czy kiedykolwiek mi jeszcze zaufasz?
Odłożyła kubek. Spojrzała na mnie spokojnie. Zbyt spokojnie.
– Zaufanie to coś, co się buduje. Ty je zburzyłaś w jeden wieczór.
Nie umiałam odpowiedzieć. Bo miała rację.
Beata, 18 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ojciec nie mógł się nachwalić mojego brata, a mnie zawsze miał za życiowego nieudacznika. W końcu role się odwróciły”
- „Moja córka zmienia chłopaków jak rękawiczki. Boję się, że zmarnuje sobie życie i przyniesie tylko wstyd rodzinie”
- „Córka pamięta o mnie tylko wtedy, gdy jest u niej krucho z kasą. Powiedziałam dość i zakręciłam kurek z pieniędzmi”