Reklama

Kiedy braliśmy ślub, byłem pewien, że budujemy coś wspólnego. Oboje pochodziliśmy z rodzin, w których ciężka praca była wartością, więc sądziłem, że to naturalne, że będziemy się wspierać i razem dźwigać życie. Tymczasem z biegiem lat nasza codzienność zaczęła przypominać jednostronny układ. Ja pracowałem, zarabiałem, dźwigałem odpowiedzialność, a ona… odpoczywała. Najpierw po porodzie, potem „na chwilę” po zwolnieniu, aż w końcu tak już zostało. Utrzymywałem nas przez ponad 10 lat, ale dziś, po kolejnej rozmowie, w której usłyszałem tylko pretensje, doszedłem do ściany. Koniec z tym.

Żyła na moim garnuszku

Poznaliśmy się na studiach. Była wtedy energiczna, ambitna, mówiła, że chce robić karierę w marketingu. Miałem wrażenie, że pasujemy do siebie – ja planowałem zostać inżynierem, ona uwielbiała ludzi i błysk w oku, który pojawiał się u niej, gdy opowiadała o przyszłości, był zaraźliwy. Po studiach oboje zaczęliśmy pracę, ale szybko zaszła w ciążę i zdecydowaliśmy, że zostanie z dzieckiem w domu. Wtedy to miało sens. Chciałem, żeby czuła się bezpieczna, żeby mogła się skupić na córce, a nie stresować powrotem do pracy.

Po macierzyńskim jednak nic się nie zmieniło. Mijały miesiące, potem lata, a ona zawsze znajdowała powód, żeby jeszcze „nie teraz”. Najpierw była zmęczona, potem chciała się skupić na wychowaniu, potem pojawiły się jej problemy zdrowotne, które owszem, istniały, ale nie aż takie, by całkowicie uniemożliwić pracę, choćby na pół etatu. Ja przez cały ten czas zachrzaniałem – rano do roboty, potem zakupy, czasem obiad, wieczorem jeszcze jakieś maile. Pieniądze wpływały na wspólne konto, a ona decydowała, na co je wydać. Czułem się coraz bardziej jak sponsor, nie partner. Zdarzało się, że próbowałem z nią o tym porozmawiać, ale zawsze reagowała defensywnie. Twierdziła, że nie rozumiem, jak to jest być cały czas z dzieckiem. A przecież nasza córka ma już osiem lat i chodzi do szkoły!

Wolała wakacje zamiast pracy

Nie chodziło nawet o to, że nie pracowała. Chodziło o to, jak bardzo się w tym rozleniwiła. W pewnym momencie zauważyłem, że jej jedynym zajęciem stało się scrollowanie telefonu i przeglądanie ofert wakacyjnych. Co chwilę podsyłała mi linki do hoteli, w których „moglibyśmy się zrelaksować”. Relaks? Ja marzyłem, żeby choć jeden weekend po prostu odpocząć, a nie planować kolejny wyjazd, za który i tak ja zapłacę.

– Kochanie, zobacz, w Grecji mają teraz promocję. Tylko 3800 za tydzień – powiedziała kiedyś, siadając obok mnie na kanapie z laptopem.

– A kto za to zapłaci? – zapytałem, nie odrywając wzroku od monitora. Pracowałem wtedy z domu i byłem w środku ważnego projektu.

– No przecież ty. Zawsze mówisz, że robisz to wszystko dla rodziny – odpowiedziała bez cienia ironii.

Zatkało mnie. Bo faktycznie, tak mówiłem, ale co innego robić coś dla rodziny, a co innego dla kogoś, kto traktuje mnie jak bankomat. Odpowiedzialność była tylko po mojej stronie, a jej wygodna codzienność stała się czymś oczywistym. Nawet nie próbowała wrócić do zawodu, choć miała doświadczenie, kontakty i zdrowie. W końcu zdałem sobie sprawę, że nie o brak możliwości tu chodziło. Chodziło o brak chęci. A ja z każdym dniem coraz bardziej czułem się jak ktoś, kto sam się pakuje do klatki.

Patrzyła na mnie jak na potwora

Zaczęło się od małych rzeczy. Zauważyłem, że przestałem czekać z entuzjazmem na powrót do domu. Wracałem zmęczony, a zamiast wsparcia czekały na mnie kolejne listy zakupów, rachunków i pretensji, że „za mało się staram”. Kiedy raz zaproponowałem, żeby może ona ogarnęła jakąś pracę zdalną, fuchę na parę godzin dziennie, spojrzała na mnie jak na potwora.

– Serio? Uważasz, że nic nie robię? Myślisz, że cały dzień tylko leżę? – rzuciła z wyrzutem.

– Ja tylko mówię, że może dobrze byłoby, gdybyś też coś dorzuciła. Córka w szkole, masz kilka godzin dziennie dla siebie – odpowiedziałem spokojnie.

– Tak? A kto ogarnia dom? Kto robi obiady? Kto pilnuje, żeby było czysto?

– Przecież mamy zmywarkę, robota sprzątającego, zakupy robię ja, a obiady... no cóż, bywa z tym różne – powiedziałem i od razu pożałowałem.

Oczywiście wybuchła awantura. Krzyczała, że jej nie doceniam, że ją poniżam. A ja stałem w kuchni i patrzyłem na nią, czując narastający chłód w środku. Nie wiedziałem już, czy bardziej mnie boli jej brak wsparcia, czy to, że przestała cokolwiek czuć w związku z moim zmęczeniem. Przestaliśmy być zespołem. Zaczęło mnie zżerać poczucie niesprawiedliwości. Wiedziałem, że coś musi się zmienić. Bo jeśli nie, to po prostu się rozpadnę.

Nie dawałem już rady

Postanowiłem, że spróbuję jeszcze raz. Otwarta, spokojna rozmowa – bez wyrzutów, bez złości. Chciałem dać jej szansę, zanim coś we mnie definitywnie zgaśnie. Usiadłem z nią przy stole po kolacji, kiedy córka była już w swoim pokoju.

– Musimy pogadać – zacząłem.

Spojrzała na mnie z niechęcią, jakby przeczuwała, że nie chodzi o nic przyjemnego.

– O czym?

– O nas. O tym, jak wygląda nasze życie. Ja nie daję już rady ciągnąć wszystkiego sam. Potrzebuję partnerki, nie pensjonariuszki.

Zacisnęła usta i spojrzała w bok. Przez chwilę miałem nadzieję, że naprawdę przemyśli to, co mówię.

– Więc teraz chcesz mi powiedzieć, że jestem leniwa? – zapytała w końcu.

– Nie. Chcę powiedzieć, że jestem zmęczony. I że coś się wypaliło. Czuję się sam. Nie chodzi tylko o pracę – chodzi o zaangażowanie. O nas.

– Przesadzasz. Inni mają gorzej. Ty przynajmniej masz rodzinę – rzuciła, wzruszając ramionami.

To mnie zabolało. Nie chciałem wojny, chciałem sojusznika. A znowu dostałem mur. Zdałem sobie wtedy sprawę, że ja już chyba więcej o nas walczę niż ona. I że jeśli ona nie widzi problemu, to może po prostu nie chce go widzieć. Wyszedłem wtedy na balkon. Stałem tam długo. I w końcu podjąłem decyzję, której wcześniej tak się bałem.

Koniec ze sponsorowaniem

Następnego dnia rano, zanim jeszcze wyszedłem do pracy, postawiłem kawę na stole i powiedziałem spokojnie:

– Od przyszłego miesiąca nie wpłacam już wszystkiego na wspólne konto. Zostawiam tam tylko część na rachunki i jedzenie. Reszta zostaje u mnie. Musisz zacząć zarabiać.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, jakbym powiedział coś całkowicie absurdalnego.

– Żartujesz, prawda?

– Nie. Mówię poważnie. Dziesięć lat wystarczy. Ja też mam swoje potrzeby. Chcę mieć oszczędności, wyjść raz na jakiś czas z kolegami bez liczenia każdego grosza. Chcę przestać się bać, że wszystko się zawali, jeśli mnie zabraknie.

– Ale jak ty to sobie wyobrażasz? Mam nagle iść do sklepu i prosić o pracę? Po tylu latach? – wybuchła.

– Może nie do sklepu, choć na kasę, czemu nie? Jesteś inteligentna, masz doświadczenie. Tylko ci się nie chce. I to już nie jest mój problem. Nie mogę cię zmusić, ale nie będę też dłużej tego finansować.

Nie odezwała się więcej tego dnia. Chodziła po domu, trzaskała szafkami, a wieczorem zamknęła się w sypialni. Spałem na kanapie. Wbrew pozorom nie czułem się źle. Po raz pierwszy od dawna miałem wrażenie, że zrobiłem coś dla siebie. Że odzyskuję kawałek siebie.

Coś się wreszcie ruszyło

Minęły trzy miesiące. Przez ten czas nasze życie się zmieniło, choć nie od razu i nie bez zgrzytów. Na początku było napięcie, ciche dni, spojrzenia pełne pretensji, ale potem… coś się ruszyło. Może nie z potrzeby zmiany, ale z konieczności. Zaczęła szukać pracy. Najpierw zdalnej, potem zgodziła się na pół etatu w lokalnej firmie. Nie było łatwo – dla niej to był szok, dla mnie ulga. Znowu zaczęliśmy rozmawiać. Może nie od razu jak dawniej, ale bez tej wszechobecnej frustracji.

Nagle pojawiły się pytania, których wcześniej nie było: „Jak ci minął dzień?”, „Co byś chciał na obiad?”, „Może byśmy pojechali gdzieś razem w weekend?” I chociaż nadal czułem w sobie dystans, to pierwszy raz od lat nie byłem jedynym, który się stara. Nie jestem naiwny – wiem, że to nie jest koniec drogi. Może to początek czegoś nowego, a może tylko chwila oddechu przed kolejnym zakrętem. Jedno wiem na pewno, że skończyłem z byciem sponsorem. Teraz chcę być partnerem – w relacji opartej na wzajemności, a nie wyłącznie na poświęceniu. Jeśli się nie uda – trudno. Przynajmniej będę wiedział, że zrobiłem wszystko, co mogłem, żeby odzyskać siebie.

Michał, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama