„Uważałam się za kobietę z klasą, dopóki nie pojechałam do sanatorium. Na balu emerytów puściły mi wszystkie hamulce”
„Wanda nie była zadowolona. Zauważyłam, jak jej wzrok stwardniał, gdy opowiadałam jej o tej rozmowie z Mieczysławem przy kolacji. Zamiast się cieszyć, skwitowała to krótko: Uważaj, Teresa, tacy cisi są najgorsi. Pewnie szuka kucharki, a nie partnerki. Te słowa zabolały, ale zrzuciłam to na karb jej troski. Nie wiedziałam jeszcze, że to był pierwszy strzał w wojnie, która miała wybuchnąć z pełną mocą w walentynki”.

- Redakcja
Nigdy nie sądziłam, że w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat poczuję się jak nastolatka, która walczy o uwagę najprzystojniejszego chłopaka w szkole. To miał być spokojny wyjazd na podratowanie kręgosłupa i wyciszenie nerwów, a skończyło się emocjonalnym rollercoasterem, którego nie powstydziłaby się latynoska telenowela. Kiedy pakowałam walizkę do sanatorium, myślałam o zabiegach borowinowych i spacerach po parku, a nie o tym, że stanę do walki o serce mężczyzny z kobietą, którą początkowo uważałam za przyjaciółkę. Tamtego wieczoru, w blasku dyskotekowych świateł, zrozumiałam, jak cienka jest granica między zauroczeniem a śmiesznością.
Myślałam, że moje życie uczuciowe to już przeszłość
Jadąc do sanatorium, miałam w głowie tylko jedno: odpocząć. Moje życie w ostatnich latach przypominało nieco wyblakłą fotografię. Odkąd odszedł mój mąż, dni zlewały się w jedno, a jedyną rozrywką były niedzielne obiady u córki i sporadyczne wyjścia do kościoła. Czułam się przezroczysta. Ludzie mijali mnie na ulicy, nie zwracając uwagi, a ja powoli przyzwyczajałam się do myśli, że mój czas na bycie kobietą – taką prawdziwą, adorowaną i zauważaną – minął bezpowrotnie.
Córka namówiła mnie na ten wyjazd. Mówiła, że muszę zadbać o siebie, że zmiana otoczenia dobrze mi zrobi. Niechętnie spakowałam swoje najlepsze garsonki, kilka wygodnych dresów i jedną, nieco bardziej wyjściową sukienkę, którą kupiłam na wyprzedaży dwa lata temu i nigdy nie miałam okazji jej założyć. Kiedy wysiadłam z autobusu i zobaczyłam gmach uzdrowiska, poczułam dziwny ścisk w żołądku. To miejsce pachniało historią, wilgocią i, co tu dużo mówić, starością. Ale w powietrzu unosiło się też coś jeszcze. Jakaś dziwna obietnica, której wtedy nie potrafiłam nazwać.
Pierwsze dni były rutynowe. Zabiegi, stołówka, spacery. Wszystko zmieniło się w czwartek, kiedy przy stoliku numer osiem, tuż obok okna z widokiem na ośnieżony park, usiadła Wanda. Była moim przeciwieństwem. Głośna, kolorowa, z burzą rudych, farbowanych włosów i biżuterią, która brzęczała przy każdym jej ruchu. Wanda nie wchodziła do pomieszczenia, ona do niego wpływała jak statek flagowy. Od razu zaczęła opowiadać o swoim życiu, o podróżach, o tym, jak świetnie radzi sobie sama i jak bardzo kocha życie. Początkowo mnie przytłaczała, ale z czasem zaczęłam jej zazdrościć tej energii. Zaprzyjaźniłyśmy się, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Jego uśmiech sprawił, że poczułam się znowu młoda
I wtedy pojawił się on. Mieczysław. Zobaczyłyśmy go obie tego samego dnia, podczas popołudniowego koncertu w pijalni wód. Stał oparty o filar, wysoki, szpakowaty, w idealnie skrojonej marynarce, która odróżniała go od reszty kuracjuszy w swetrach. Miał w sobie coś z przedwojennego dżentelmena. Sposób, w jaki trzymał filiżankę, jak kłaniał się napotkanym damom – to wszystko sprawiało, że serce biło mi szybciej.
Wanda szturchnęła mnie łokciem tak mocno, że omal nie wylałam wody. Spójrz na to ciacho, szepnęła głośno, kompletnie nie przejmując się tym, że ktoś mógłby nas usłyszeć. Poczułam, jak pieką mnie policzki. Mieczysław spojrzał w naszą stronę i uśmiechnął się. To nie był zwykły uśmiech. To było zaproszenie do jego świata. Jego wzrok spoczął na mnie przez ułamek sekundy dłużej niż na Wandzie. A może tylko tak mi się wydawało? Może to moja wygłodniała uwagi dusza dopowiedziała sobie tę historię?
Zaczęłyśmy go spotykać wszędzie. Okazało się, że ma zabiegi w tym samym budynku co my. Za każdym razem, gdy go mijałyśmy, Wanda prostowała się, wypinała biust i rzucała jakimś żartem. Ja zazwyczaj milczałam, uśmiechając się nieśmiało. Ale Mieczysław, o dziwo, zdawał się doceniać moją powściągliwość. Kiedyś, czekając na windę, zagadnął mnie o książkę, którą trzymałam w ręce. Rozmawialiśmy tylko przez chwilę, zanim drzwi windy się otworzyły, ale ta krótka wymiana zdań o literaturze sprawiła, że poczułam motyle w brzuchu. Dawno żaden mężczyzna nie pytał mnie o zdanie, nie patrzył na mnie z takim zainteresowaniem.
Wanda nie była zadowolona. Zauważyłam, jak jej wzrok stwardniał, gdy opowiadałam jej o tej rozmowie przy kolacji. Zamiast się cieszyć, skwitowała to krótko: Uważaj, Teresa, tacy cisi są najgorsi. Pewnie szuka kucharki, a nie partnerki. Te słowa zabolały, ale zrzuciłam to na karb jej troski. Nie wiedziałam jeszcze, że to był pierwszy strzał w wojnie, która miała wybuchnąć z pełną mocą w walentynki.
Postanowiłam, że nie oddam pola bez walki
Z każdym dniem atmosfera między mną a Wandą gęstniała. Zbliżał się wielki bal walentynkowy, o którym w sanatorium mówiło się od tygodnia. Ogłoszenia wisiały na każdej tablicy korkowej, a panie w kawiarniach szeptały o fryzjerach i kreacjach. Mieczysław, jako najbardziej pożądany kawaler turnusu, był na ustach wszystkich, ale to my dwie czułyśmy, że mamy największe szanse.
Wanda zaczęła się zmieniać. Jej przyjazne docinki stały się bardziej złośliwe. Kiedy przymierzałam sukienkę, którą wzięłam z domu – granatową, skromną, z koronkowym dekoltem – Wanda spojrzała na mnie krytycznie i powiedziała: Wiesz, kochana, ten kolor cię postarza. Wyglądasz w nim jak urzędniczka skarbowa, która przyszła wlepić mandat. Powinnaś założyć coś odważniejszego, jak ja. I wyciągnęła z szafy czerwoną, cekinową kreację, która w moim odczuciu była zbyt krzykliwa na taką okazję.
Zaczęła też "przypadkiem" pojawiać się tam, gdzie ja. Gdy szłam na spacer, ona nagle wychodziła zza rogu. Gdy siedziałam w kawiarni, licząc, że Mieczysław się dosiądzie, ona zjawiała się pierwsza i zajmowała miejsce obok niego, głośno się śmiejąc i machając rękami. Czułam się spychana na margines, ale coś we mnie pękło. Postanowiłam, że nie oddam pola bez walki. Dlaczego to zawsze te głośne i bezczelne mają wygrywać? Czy moja delikatność i spokój nie zasługiwały na uznanie?
W dniu balu napięcie sięgnęło zenitu. W pokoju, który dzieliłyśmy z inną kuracjuszką, panowała cisza jak przed burzą. Wanda nakładała kolejne warstwy pudru, a ja starannie układałam włosy, starając się nie patrzeć w jej stronę. Wiedziałam, że ten wieczór zadecyduje o wszystkim. Byłam zdeterminowana. Chciałam udowodnić sobie, a może przede wszystkim jej, że Teresa też potrafi być kobietą fatalną.
To nie był zwykły bal, to było pole bitwy
Sala balowa wyglądała przepięknie. Girlandy z papierowych serc, przygaszone światła, muzyka na żywo grana przez lokalny zespół. Wszystko to tworzyło nastrój, który normalnie by mnie zachwycił, ale tego wieczoru byłam spięta jak struna. Weszłyśmy na salę niemal jednocześnie. Wanda błyszczała jak bombka choinkowa w swojej czerwieni, ja czułam się elegancko w moim granacie, do którego dokupiłam srebrny szal.
Mieczysław już tam był. Stał przy stoliku z napojami i rozmawiał z jakimiś panami. Kiedy nas zobaczył, podszedł z uśmiechem. Serce podeszło mi do gardła. Ukłonił się nisko, najpierw Wandzie, potem mi.
– Drogie panie, wyglądacie zjawiskowo – powiedział swoim głębokim głosem. – Czy mogę mieć nadzieję, że zaszczycą mnie panie tańcem?
– Oczywiście, Mieczysławie – wyrwała się Wanda, zanim zdążyłam otworzyć usta. – Ale musisz uważać, Teresa ma problemy z błędnikiem, wczoraj kręciło jej się w głowie po dwóch obrotach. Lepiej, żebyś zaczął ze mną, ja mam kondycję jak nastolatka.
Zamurowało mnie. To było kłamstwo, chamskie i wyrachowane. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem, ale ona tylko puściła mi oczko. Mieczysław, nieco skonfundowany, podał ramię Wandzie i ruszyli na parkiet. Patrzyłam, jak tańczą. Wanda kleiła się do niego, śmiała się głośno, zarzucała głową. Mieczysław tańczył poprawnie, ale widziałam w jego oczach pewien dystans. A może tylko chciałam go widzieć?
Stałam pod ścianą, czując się jak mała dziewczynka, której nikt nie wybrał do drużyny. Ale wtedy piosenka się skończyła. Mieczysław odprowadził Wandę, ukłonił się i podszedł prosto do mnie.
– Pani Tereso, czy teraz mogę prosić? – zapytał, ignorując sapanie Wandy.
Podałam mu rękę, starając się, by nie drżała. Weszliśmy na parkiet. Muzyka była wolniejsza, bardziej nastrojowa. Mieczysław prowadził pewnie i delikatnie. Czułam zapach jego wody kolońskiej, ciepło jego dłoni na moich plecach. Przez chwilę świat przestał istnieć. Byliśmy tylko my.
– Masz wspaniałe poczucie rytmu, Tereso – szepnął mi do ucha. – I wcale nie widzę problemów z błędnikiem.
Uśmiechnęłam się, czując triumf. Spojrzałam w stronę stolika, gdzie siedziała Wanda. Jej twarz była purpurowa ze złości. Wiedziałam, że to nie koniec.
Granica przyzwoitości została przekroczona
Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, gdy zespół ogłosił serię walców. Mieczysław, jako dżentelmen, starał się dzielić swój czas po równo, ale my z Wandą nie ułatwiałyśmy mu zadania. Gdy tylko kończył taniec ze mną, Wanda niemal wyrywała mu mnie z ramion. Gdy tańczył z nią, ja stawałam tak blisko parkietu, jak to możliwe, posyłając mu znaczące spojrzenia.
Zaczęłyśmy wymieniać uwagi, niby do siebie, ale tak, by on słyszał.
– Wspaniale tańczysz, Wandziu – powiedziałam głośno, gdy mijali mnie w obrocie. – Tylko uważaj na palce Mieczysława, twoje buty wyglądają na bardzo ciężkie i twarde.
Wanda nie pozostała dłużna. Chwilę później, gdy ja tańczyłam z naszym adoratorem, krzyknęła z boku:
– Mieczysławie, trzymaj ją mocno! Teresa jest taka krucha, w jej wieku kości są jak porcelana, nie chcemy przecież nieszczęścia na parkiecie!
Czułam, jak ciało Mieczysława sztywnieje. Jego uśmiech stawał się coraz bardziej wymuszony. Próbował zmieniać temat, zagadywać o muzykę, o pogodę, ale my byłyśmy jak w transie. Rywalizacja nas zaślepiła. Każdy jego komplement pod adresem jednej z nas był natychmiast kontrowany przez drugą.
– Masz piękne oczy, Tereso – powiedział w pewnym momencie.
– O tak, szkoda tylko, że bez okularów nic nie widzi i pewnie myli cię z kelnerem! – wtrąciła się Wanda, która nie odstępowała nas na krok.
To było żałosne. Teraz to widzę. Dwie starsze panie, które powinny mieć klasę i doświadczenie życiowe, zachowywały się jak pensjonarki walczące o względy nauczyciela WF-u. Jednak wtedy, w tamtym momencie, czułam tylko adrenalinę i chęć zwycięstwa. Musiałam udowodnić, że jestem lepsza. Że zasługuję na miłość bardziej niż ta krzykliwa kobieta.
Punkt kulminacyjny nastąpił przy tangu. To miał być taniec namiętności, a zamienił się w farsę. Mieczysław zaczął tańczyć ze mną, ale Wanda w połowie utworu po prostu weszła na parkiet i złapała go za drugą rękę, twierdząc, że to „taniec odbijany”, chociaż nikt takich zasad nie ogłaszał.
– Zostaw go, Wanda, teraz moja kolej! – syknęłam, tracąc resztki opanowania.
– Ty już miałaś swoje pięć minut, Teresko. Daj mężczyźnie odetchnąć pełną piersią! – odparła, ciągnąc go w swoją stronę.
Szarpałyśmy biednego człowieka, dosłownie. On stał pośrodku, a my, z dwóch stron, próbowałyśmy przeciągnąć go na swoją „orbitę”. Ludzie zaczęli się patrzeć. Muzyka grała, a my tworzyłyśmy groteskowy trójkąt na środku sali balowej sanatorium.
Słowa jak kubeł zimnej wody
– Dość! – głos Mieczysława był donośny i stanowczy. Przebił się przez dźwięki akordeonu i nasze kłótnie.
Zatrzymał się gwałtownie, wyrywając ręce z naszych uścisków. Muzyka ucichła, bo orkiestra zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego. Na sali zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na nas. Czułam, jak gorąco uderza mi do głowy. Stałyśmy tam, zdyszane, z rozwianymi włosami, a on stał pośrodku, poprawiając marynarkę z wyrazem głębokiego niesmaku na twarzy.
– Drogie panie – powiedział, a jego głos był chłodny, pozbawiony wcześniejszego ciepła. – Jestem mężczyzną, a nie pucharem przechodnim w zawodach sportowych. Nie przyjechałem tutaj, żeby być przedmiotem licytacji ani powodem do awantur.
Spojrzał na Wandę, potem na mnie. Jego wzrok był pełen rozczarowania. To spojrzenie bolało bardziej niż jakiekolwiek słowa.
– Szukam w życiu spokoju, radości i wolności. Uciekłem od hałasu wielkiego miasta, żeby znaleźć harmonię. A wy, zamiast cieszyć się wieczorem, muzyką i własnym towarzystwem, zmieniłyście ten parkiet w pole bitwy. Moje serce należy do mnie. I jeśli kiedykolwiek komuś je oddam, to kobiecie, która szanuje siebie i innych, a nie takiej, która traktuje ludzi jak trofea.
Odwrócił się na pięcie i zszedł z parkietu. Nie podszedł do żadnego innego stolika. Po prostu wyszedł z sali. Zostawił nas tam, na środku, w blasku reflektorów, wystawione na pośmiewisko całego turnusu. Wanda stała z otwartymi ustami. Jej pewność siebie wyparowała w jednej sekundzie.
Ja czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie z powodu utraty Mieczysława, ale ze wstydu. Zobaczyłam siebie jego oczami: zdesperowaną, kłótliwą starszą panią, która zapomniała o godności. Wróciłyśmy do stolika w milczeniu. Żadna z nas nie miała odwagi spojrzeć na drugą. Ludzie szeptali, niektórzy chichotali. Bal trwał, ale dla nas się skończył.
Wróciłam do domu z czymś cenniejszym niż romans
Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku, patrząc w sufit, i analizowałam każdy swój ruch, każde słowo. Wanda też nie spała. Słyszałam, jak przewraca się z boku na bok.
– Wiesz, Teresa... – odezwała się w końcu w ciemności. Głos miała cichy, pozbawiony tej zwykłej maniery. – Przepraszam cię. Zachowałam się jak idiotka.
Milczałam przez chwilę.
– Ja też, Wando. Ja też. Dałyśmy się ponieść.
– Chciałam udowodnić, że wciąż jestem coś warta – przyznała. – Że jeszcze mogę się podobać.
– Chyba obie tego chciałyśmy – odpowiedziałam. – Ale zapomniałyśmy, że nasza wartość nie zależy od tego, czy jakiś pan w garniturze zechce z nami zatańczyć.
Następnego dnia Mieczysław nie pojawił się na śniadaniu. Unikał nas do końca turnusu, kłaniając się jedynie z daleka, chłodno i uprzejmie. Ale dziwnym trafem, ta sytuacja oczyściła atmosferę między mną a Wandą. Przestałyśmy rywalizować. Zaczęłyśmy normalnie rozmawiać – o dzieciach, o problemach ze zdrowiem, o przepisach na ciasto, a nie o facetach. Poszłyśmy razem na długi spacer, śmiejąc się z własnej głupoty.
Wyjazd do sanatorium nie przyniósł mi wielkiej miłości, o jakiej marzyłam, czytając romanse. Nie przywiozłam do domu pierścionka ani obietnicy wspólnej jesieni życia z przystojnym dżentelmenem. Ale przywiozłam coś ważniejszego – lekcję pokory i odzyskaną godność. Zrozumiałam, że samotność nie jest najgorszą rzeczą na świecie. Gorsze jest zatracenie samej siebie w pogoni za czyimś zainteresowaniem.
Kiedy wróciłam do domu i spojrzałam w lustro, zobaczyłam Teresę, którą lubię. Teresę, która nie musi walczyć na łokcie, żeby czuć się wartościową kobietą. I wiecie co? Ta Teresa podoba mi się znacznie bardziej niż ta z balu walentynkowego.
Teresa, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam dyplom i karierę, a w domu harowałam na drugi etat. Mąż żył jak pączuszek w maśle, aż w końcu coś we mnie pękło”
- „W Walentynki przyniósł mi bukiet 15 róż i udawał, że kocha. Drań nie podejrzewał, że wiem, co robi za moimi plecami”
- „Myślałam, że w walentynki mi się oświadczy, a on miał dla mnie inną niespodziankę. Niestety to nie był okazały diament”