Reklama

Nie wiem, kto wymyślił te wszystkie świąteczne tradycje, ale na pewno nie był babcią z trójką dorosłych dzieci, które wiecznie mają ze sobą na pieńku. Co roku to samo: planowanie Wigilii wygląda jak narada wojskowa przed bitwą, a jak już zasiądziemy do stołu, to wystarczy jedno krzywe spojrzenie i lecą słowa cięższe niż karp z patelni. Dlatego w grudniu zwykle mam ochotę schować się pod pierzyną i czekać, aż będzie po wszystkim.

Aż tu któregoś dnia wnuczka Zosia przyszła z propozycją, żeby chodzić razem na roraty. Tak, ja wiem, że to dziecięce msze o świcie, ale przecież nikt nie powiedział, że staruszka nie może dołączyć. Zgodziłam się, choć bardziej z grzeczności niż z potrzeby serca. Myślałam, że to będzie kolejny obowiązek, jeszcze jeden pretekst do udawania, że wszystko jest w porządku.

Zgodziłam się dla wnuczki

– Babciu, a pójdziesz ze mną jutro na roraty? – zapytała Zosia, wchodząc do kuchni z plecakiem większym od niej samej.

Spojrzałam na nią zza filiżanki herbaty. Szósta rano. Na dworze ciemno jak w piwnicy i jeszcze mróz. Święta zbliżały się wielkimi krokami, a u nas jak zwykle: Staszek z Olką pokłóceni o to, kto ma przynieść choinkę, Magda obrażona, bo nikt nie zauważył, że zmieniła fryzurę, a ja... ja miałam już tego serdecznie dosyć.

– Roraty, powiadasz? – uniosłam brwi. – Zosia, ja się ledwo ruszam o dziewiątej, a ty chcesz, żebym w środku nocy szła do kościoła?

– Ale tam są takie piękne lampiony i śpiewamy, i... ksiądz opowiada historie! – rozpromieniła się. – Mama mówi, że nie może, bo ma zebranie w pracy. A z tobą by było najfajniej.

Nie wiem, co mnie wtedy tknęło. Może ten jej uśmiech, może to, że chciała iść właśnie ze mną. A może fakt, że to była pierwsza rozmowa, w której nikt na nikogo nie warczał.

– No dobrze – westchnęłam. – Ale tylko jutro. Jeden raz.

Następnego dnia o 5:30 Zosia już stała ubrana pod drzwiami, a ja próbowałam wcisnąć się w kurtkę sprzed pięciu lat. Na dworze ziąb, mróz szczypał w policzki.

– Babciu, jesteś gotowa?

– Gotowa to za dużo powiedziane, dziecko – mruknęłam, zapinając guziki. – Ale idziemy.

I poszłyśmy. Przez ośnieżony chodnik, w milczeniu. Tylko śnieg skrzypiał pod nogami. A mi coś dziwnego łaskotało w sercu.

No to mam obowiązek

W kościele było ciepło i przytulnie. W ławkach dzieci tuliły lampiony, a światło świec tańczyło po ścianach jak w bajce. Przysiadłyśmy z Zosią w trzecim rzędzie. Obok jakaś starsza pani z wnuczkiem – chłopak przysnął jej na ramieniu. W tle organy cicho grały.

– Widzisz? – szepnęła Zosia. – Mówiłam, że będzie ładnie.

Skinęłam głową, trochę zaskoczona. Było naprawdę... spokojnie. Od dawna nie czułam się tak wyciszona.

Ksiądz mówił dziś o świętym Józefie. Że czasem najważniejsze decyzje podejmuje się w milczeniu. Słuchałam, a myślami wracałam do domu, w którym codziennie ktoś musiał mieć rację. Moje dzieci od lat nie potrafiły ze sobą rozmawiać bez sarkazmu albo żalu.

Po mszy wyszłyśmy na zewnątrz, a Zosia podskakiwała radośnie.

– A jutro też pójdziesz?

– A to jutro znowu są? – udawałam zdziwienie, choć już wiedziałam, że pójdę.

– Codziennie, babciu! Przez cały adwent!

– No to pięknie – uśmiechnęłam się. – Czyli mam poranny obowiązek przez najbliższe trzy tygodnie.

– Obowiązek?! – Zosia aż się oburzyła. – To przecież przyjemność!

Przyjemność... Może i tak. Zwłaszcza jak się wraca do domu o siódmej rano, a w kuchni pachnie świeżym pieczywem, a dom jeszcze śpi. I tylko ja i Zosia – zmęczone, ale zadowolone – siadamy do wspólnego śniadania.

– Dziś zrobię ci kakao – zaproponowałam.

– A ja obiorę pomarańczę!

I tak siedziałyśmy przy stole, jakbyśmy miały przed sobą cały dzień bez żadnych problemów.

Nie trzeba wielkich słów

W trzecim tygodniu adwentu zauważyłam, że ktoś zaczął zmywać po kolacji. Bez słowa. Po prostu talerze znikały ze stołu, szum wody w kuchni, a potem czysty blat. Początkowo myślałam, że to Zosia, ale pewnego wieczoru zajrzałam tam niepostrzeżenie i zamarłam.

– Olka? Ty?

Moja córka stała przy zlewie, rękawy swetra podwinięte, a na czole zmarszczka skupienia.

– Co? Nie mogę pozmywać? – odburknęła, ale bez złości.

– Nie przypominam sobie, żebyś robiła to z własnej woli od... hmm... komunii Staszka?

– Śmieszne, mamo – rzuciła, ale potem odetchnęła i spojrzała na mnie. – Po prostu... Zosia opowiadała mi o tych waszych roratach. Że niby „w ciszy się najlepiej rozmawia z Bogiem”. I tak jakoś... nie wiem. Poczułam, że może warto coś zmienić.

Przez chwilę stałyśmy w ciszy, tylko woda sączyła się z kranu.

– Wiesz, że Staszek wczoraj sam wyprowadził śmieci? – dodała po chwili. – I nie musiałam mu grozić, że wyrzucę mu konsolę przez balkon.

– A Magda? – zapytałam ostrożnie.

– Nie wiem, ale... zrobiła wczoraj pierniczki z dzieciakami. Sama. Bez fochów.

Parsknęłam śmiechem. Może ksiądz miał rację. Może nie trzeba wielkich słów. Może wystarczy wstać rano i iść przez śnieg z lampionem w dłoni. A potem wszystko jakoś się składa.

– To co, może dziś ty obierzesz pomarańczę? – zapytałam.

– O ile ty zrobisz kakao – mrugnęła do mnie Olka.

I nagle było nam tak zwyczajnie dobrze.

Wszyscy razem na roratach

W niedzielę tuż przed świętami zaproponowałam coś, co jeszcze miesiąc temu uznałabym za czyste szaleństwo:

– Może byśmy wszyscy razem poszli jutro na roraty?

W kuchni zapadła cisza. Nawet kot przestał mlaskać przy misce.

– My? Wszyscy? – zapytał Staszek, wychylając się zza lodówki. – O szóstej rano? Chyba cię, babciu, pogięło.

– A co, boisz się, że święta się przez to szybciej zaczną? – prychnęła Magda z kubkiem herbaty w ręku.

– No nie wiem, czy tata wstanie – dodała Olka, kręcąc się przy kuchence. – On to nawet na poranny jogging się nie może zebrać, a co dopiero do kościoła.

– Przepraszam bardzo – odezwał się znienacka jej mąż, który właśnie wszedł z naręczem drewna. – To byłby jakiś wyczyn? Dajcie znać, o której trzeba wstać, nastawię budzik.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Naprawdę pójdziesz?

– A czemu nie? Skoro ty możesz, to ja też. Może wreszcie zobaczę, co was tak w te roraty wciągnęło.

Zosia aż klasnęła w dłonie.

– Super! Będziecie wszyscy!

Nazajutrz, kiedy zmarznięci staliśmy przed kościołem z lampionami w dłoniach, poczułam coś, czego dawno nie czułam – spokój. Staliśmy razem, trochę zaspani, trochę zmarznięci, ale... razem. Bez kłótni, bez udawania. Nagle Olka przysunęła się do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu.

– Dziękuję, mamo. Za to wszystko.

Nie odpowiedziałam. Tylko ścisnęłam jej palce. Bo czasem nie trzeba mówić nic.

Może po to był ten adwent

Po tamtej wspólnej mszy coś się w nas przełamało. Nagle jakby łatwiej było nam być razem. W domu nie było już krzyków o zaginiony pilot czy fochów o brak maku w serniku. Były za to rozmowy. Prawdziwe, zwyczajne.

Któregoś wieczoru, siedząc przy stole pełnym okruszków po kolacji, Staszek wypalił:

– Babciu, a co tobie się najbardziej kojarzy ze świętami?

Zaskoczył mnie. Zazwyczaj nie zadawał mi żadnych pytań, tylko siedział w kącie z telefonem.

– Hm... może... jak dziadek wyciągał stary adapter i puszczał kolędy z trzeszczącej płyty. Albo jak mama piekła z nami ciastka i zawsze przypalała pierwszą partię. – Uśmiechnęłam się do wspomnień. – A wy?

– Ja lubię, jak wszyscy są w piżamach do południa – powiedziała Magda, oparta łokciem o blat.

– I nikt się nigdzie nie spieszy – dodała Olka. – I można po prostu być. Razem.

Zosia podparła brodę na dłoniach.

– Ja lubię, jak babcia rano zapala świeczkę i mówi, że „dzień trzeba zacząć z pokojem w sercu”.

Zaśmiałam się cicho. Tak, mówiłam to. Czasem dla siebie, czasem żeby nie powiedzieć czegoś głupiego komuś innemu.

Nagle mój zięć, ten od porannego joggingu i drewnianych żartów, odezwał się nieśmiało:

– A ja lubię, że ostatnio częściej się uśmiechacie.

Zapadła cisza, ale dobra. Taka, w której wszyscy wiedzą, że coś się zmieniło. Na lepsze. Poczułam w środku, że ten adwent... że może właśnie po to był. Nie tylko po to, by czekać na święta, ale żeby znów być rodziną.

Tylko trzeba to podlewać...

W Wigilię Zosia wręczyła mi własnoręcznie zrobioną kartkę. Na środku była mała świeczka z serduszkiem. W środku napisała: „Babciu, dzięki Tobie mój adwent był najpiękniejszy. Jesteś naszym światłem”.

Zakręciło mi się w oku, ale nie dałam po sobie poznać. Ot, stara kobieta – trochę sentymentalna, trochę zmęczona, ale z sercem wypełnionym ciepłem, jakiego dawno nie czułam.

Po kolacji, kiedy wszyscy krzątali się przy herbacie, podeszłam do Olki i zapytałam półgłosem:

– Ty naprawdę myślisz, że to się jakoś nam wszystkim poukłada?

Popatrzyła na mnie z uśmiechem, jakiego nie widziałam od lat.

– Już się układa, mamo. Tylko trzeba to podlewać. Codziennie. Tak jak ty podlewasz swoje kwiatki.

Roześmiałam się.

– Z kwiatkami to różnie bywa, ale dobrze, spróbuję.

Nie wiem, czy ten spokój zostanie z nami na długo. Może za tydzień znowu ktoś trzaśnie drzwiami. Ale wiem jedno – te poranne spacery, ten mróz na policzkach i cisza w kościele... to wszystko otworzyło nam serca. I już nie patrzę na adwent jak na zapowiedź domowych kłótni. Teraz widzę w nim szansę. Szansę, żeby na nowo nauczyć się być rodziną. Tylko i aż tyle.

Aniela, 75 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama