„W Black Week chciałam kupić świąteczne prezenty i przepadłam. Przez naiwność w te święta nie będę mieć nawet na karpia”
„Na parterze czekały już tłumy. Kobieta z wózkiem dziecięcym lawirowała jak rasowy kierowca rajdowy, spychając ludzi z drogi. Westchnęłam”.

- Redakcja
Nie wiem, czy to tylko ja tak mam, czy może to jakiś syndrom, ale jak tylko listopad zaczyna się sypać liśćmi i na witrynach pojawią się czerwone banery z napisem „Black Week”, to dostaję świątecznego amoku. W zeszłym roku myślałam, że kupię bliskim prezenty, a do Wigilii zostanie mi tylko lukrowanie pierniczków. I przeszłam samą siebie. Prezenty miały być przemyślane, oryginalne, no i oczywiście w promocji. Nie przewidziałam tylko jednego – że będę się czuła jak uczestniczka maratonu.
Zacisnęłam usta
W sobotę wstałam o szóstej rano. Tak, wiem – absurd. Trzeba było działać szybko. Ubrałam się w dres, związałam włosy w kitkę. Uznałam, że skoro nie idę na galę rozdania Oscarów, to makijaż jest zbędny. Weszłam do galerii chwilę po otwarciu. Już w drzwiach dosięgnął dźwięk rozmowy przez telefon na głośniku.
– No przecież ci mówię, że jak będą po siedem stów, to biorę trzy! – ryknął chłopak w czapce z daszkiem, nie zwracając uwagi, że stoję tuż obok.
Na parterze czekały już tłumy. Kobieta z wózkiem dziecięcym lawirowała jak rasowy kierowca rajdowy, spychając ludzi z drogi. Westchnęłam.
– Dobrze, Żaneta, skup się. Dla mamy – ciepły koc. Dla Marka – słuchawki. Dla Kasi – kosmetyki. I najważniejsze – wszystko w promocji.
Pierwszy sklep. Wchodzę, patrzę – pusto. Półki świecą pustkami, wieszaków więcej niż ubrań. Podeszłam do ekspedientki, która wyglądała, jakby miała za sobą trzy zmiany bez snu.
– Przepraszam, dostanę może ciepłe koce?
– Były – odpowiedziała beznamiętnie. – W czwartek.
– W czwartek?!
– No... były, dopóki się nie skończyły – wzruszyła ramionami i zaczęła przekładać kartoniki.
Zacisnęłam usta. Jeszcze się nie podałam. Przecież to dopiero pierwszy sklep.
Byłam rozczarowana
W drugim sklepie było znacznie gorzej. Promocje wisiały na plakatach, ale ceny pozostały bez zmian. Podnoszę pudełko z maszynką do golenia – „Promocja! Tylko 199 zł!”. A obok: „Cena regularna: 209 zł”.
– Dziesięć złotych zniżki? – powiedziałam na głos. – No to rzeczywiście jak za darmo.
– Proszę pani, jak się nie podoba, to można nie kupować – odezwał się znudzony chłopak za ladą, nawet nie podnosząc wzroku.
– Chyba pan żartuje – odpowiedziałam. – Przyszłam z sercem na dłoni, a pan mi tu wyjeżdża z tekstem jak z targowiska.
– Dobre okazje skończyły się wczoraj, teraz już są tylko resztki – dodał.
Odwróciłam się na pięcie i wyszłam. Po drodze prawie przewróciła mnie starsza pani z dwoma torbami. W jednej chwili przypomniałam sobie, że nie zjadłam śniadania. Stanęłam przy automacie z kawą, szukając w kieszeni drobnych. Za mną ustawił się koleś w puchowej kurtce, który niemal mi dyszał w kark.
– Szybciej się nie da? – mruknął.
Kiedy w końcu kawa się zaparzyła, upiłam łyk i... oparzyłam sobie język.
– I po co mi to było – westchnęłam, siadając na ławce pod palmą z tworzywa sztucznego. – Black Week, a ja mam istny horror.
W torbie miałam... powietrze. I paragon za parking.
Straciłam cierpliwość
Po godzinie błądzenia po kolejnych sklepach zrozumiałam jedno – Black Week to nie żadne święto promocji. To wielki turniej przetrwania z nagrodą pocieszenia w postaci rozczarowania i bolących stóp. Stanęłam w kolejce do drogerii, bo „na pewno coś się znajdzie dla Kasi”. Po piętnastu minutach stania w kolejce usłyszałam, jak sprzedawczyni oznajmia:
– Tusze i palety z promocji już się skończyły.
Dziewczyna przede mną westchnęła:
– I co ja dam mojej mamie?
– Można jeszcze bon podarunkowy – zaproponowała sprzedawczyni.
– Super. Życie jak z reklamy – mruknęła i wyszła.
Powoli zaczęła się kończyć cierpliwość. Zadzwoniłam do Marka.
– Cześć, kochanie, a jakbyś na święta… nie dostał nic specjalnego?
– Co? – zapytał ostrożnie.
– Znaczy, coś skromnego. Takiego… bardziej symbolicznego.
– Nie rób dramatu. Po prostu kup mi skarpetki. Tylko nie z jakimiś reniferami, tylko porządne, żeby mi się nie pociła stopa.
– Czyli zero romantyzmu?
– Romantyzm to ja wolę poza skarpetkami – zaśmiał się.
– Okej, uznam to za zielone światło – odparłam i się rozłączyłam.
W ręce trzymałam opakowanie herbaty i świeczkę zapachową.
– Ho, ho, ho – powiedziałam do siebie. – Nadchodzi najskromniejsza Wigilia w historii.
Wciąż miałam nadzieję
Zbliżała się siedemnasta, a ja miałam wrażenie, że spędziłam w tej galerii tydzień. Ludzie paradowali obwieszeni torbami, a wciąż dreptałam z torbą, w której wciąż radośnie podskakiwała samotna świeczka i paczka herbaty. Zdesperowana weszłam do sklepu z elektroniką.
– Może dla Marka znajdę tu... cokolwiek – mruczałam pod nosem.
Nawet kable miały metki z napisem „cena regularna”. I wtedy go zobaczyłam – kubek termiczny z napisem „Super Facet”. Ostatni. Ostatni! Wyciągnęłam rękę w tym samym czasie co inna kobieta. Spojrzałyśmy na siebie i obie się zawahałyśmy.
– Oj, przepraszam – zaczęłam z udawaną uprzejmością, nie puszczając kubka. – Ja go właśnie szukałam.
– Ja też – uśmiechnęła się z zacięciem, ale nie odpuściła.
Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę jak dwie lwice nad padliną. W końcu kobieta westchnęła:
– Mam trzech synów i męża. Żadnych pomysłów na prezenty.
– Ja mam tylko jednego, ale za to bardzo wybrednego – odpowiedziałam, już puszczając kubek.
– Niech pani bierze. Ja i tak pewnie w Wigilię wyląduję w kiosku, kupując zdrapki – rzuciła i odeszła.
Złapałam kubek, jakby był Złotym Graalem. Poszłam do kasy, zapłaciłam, wyszłam ze sklepu i... zobaczyłam, że w torbie mam... śmieci. Kubek był obity.
– Brawo – powiedziałam sama do siebie. – Udało ci się kupić prezent i rozczarować się jednocześnie.
Była rozczarowana
Zmęczona, spocona ruszyłam w stronę parkingu. Pod nogami przeleciała mi reklama: „Black Week – ostatni dzwonek!”. Spojrzałam na nią i parsknęłam śmiechem.
– Ostatni dzwonek to był, jak wyszłam z domu o szóstej rano – burknęłam do siebie.
W aucie zadzwoniła mama.
– Jak ci poszło? Znalazłaś coś fajnego?
– No, trochę tak. Dla ciebie mam herbatkę i... świeczkę lawendową.
– Och, przecież mówiłam, żebyś nic mi nie kupowała!
– Tak, mamo. I jak zwykle w Wigilię wzruszasz się, że o tobie pamiętamy – powiedziałam z przekąsem.
– Oj, nie przesadzaj – roześmiała się. – A Marek co dostanie?
– Kubek. Z napisem „Super Facet”. Obity – westchnęłam.
– To najważniejsze – powiedziała z ciepłem w głosie.
Rozłączyłam się, wsiadłam do samochodu i wyciągnęłam paragony. Dwanaście sklepów, łączna suma: 347 zł i 62 grosze. Efekty: herbatka, świeczka, kubek i... bolące stopy. Patrzyłam na rachunki z niedowierzaniem.
– Wyszłam na tym, jak Zabłocki na mydle – powiedziałam głośno.
Ktoś stuknął w szybę od pasażera. Spojrzałam – jakaś kobieta pokazuje, że blokuję dwa miejsca. W drodze do domu czułam tylko jedno: ulgę, że to już koniec.
– W przyszłym roku kupię wszystko w osiedlowym kiosku. Zdrapki dla wszystkich. I święty spokój – obiecałam sobie.
Tylko pokręciłam głową
Wieczorem, siedząc w dresie i popijając herbatę, rozłożyłam na stole wszystkie swoje „zdobycze”. Zerknęłam na nie i pokręciłam głową. Czułam się jak bohaterka kiepskiej reklamy. Do kuchni wszedł Marek, w samych skarpetkach. Spojrzał na mnie, potem na stół.
– To co, już po łowach? – zapytał z uśmiechem.
– Można tak powiedzieć – mruknęłam. – Nie wiem, co mnie bardziej boli: nogi czy ego.
– A co to? – wskazał kubek. – Dla mnie?
– Tak. Zobacz, z boku ma taki... charakterystyczny odprysk – powiedziałam ze smutkiem.
Roześmiał się, usiadł obok mnie i spojrzał na herbatę.
– A dla mamy?
– Dostanie ode mnie melisę. Będzie potrzebna, jak zobaczy, co jej kupiłam.
– Przecież to nie o to chodzi. Prezenty to pretekst, żeby posiedzieć razem, powspominać. Może herbatę i świeczkę zapamięta bardziej niż dziesiąty koc z promocji.
Popatrzyłam na niego. Był może i wygodnicki, czasem zgryźliwy, ale… mówił z sensem.
– Wiesz co? W przyszłym roku nie idę na żadne wyprzedaże.
– O, święte słowa. A wiesz co? Możesz kupić mi te skarpetki. Takie z reniferem. Żeby było śmiesznie.
– Serio?
– Serio. I dorzuć do tego ten kubek. Lubię go już – powiedział, biorąc go w rękę.
Uśmiechnęłam się. Może i wyszłam jak Zabłocki, ale przynajmniej z poczuciem humoru.
Żaneta, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez 3 lata zmieniałam dziadkowi pampersy, a on w spadku zostawił mi zegarek. To była ukryta żyła złota”
- „Mąż podkradł mi biznes i chciał zrobić ze mnie gosposię. Według niego miejsce kobiety jest w kuchni, a nie w firmie”
- „Przystojniak poznany w sieci przysłonił mi cały świat. Wszyscy mnie ostrzegali, a ja i tak miałam klapki na oczach”