Reklama

Skończyłam pięćdziesiąt lat i postanowiłam o sobie zadbać. Więc pewnego dnia spakowałam walizkę i wyjechałam do sanatorium Ciechocinka. Nie szukałam miłości. Serio. Po prostu lubię towarzystwo, rozmowy przy kawce, a jak jeszcze pan ładnie pachnie wodą kolońską, to czemu by się nie pośmiać? A niektórzy panowie zakochują się bez pamięci, a potem mają pretensje. No może jestem tylko kochliwa, ale to chyba nie przestępstwo.

Zakochałam się 1 dnia

W recepcji było tłoczno. Starsze panie w kapelusikach, panowie w kurtkach ortalionowych i ja. Z walizką na kółkach, które nie chciały skręcać.

– Pokój numer 114, pierwsze piętro, razem z panią Stefanią – oznajmiła recepcjonistka znudzonym głosem.

– Stefanią? – zmarszczyłam nos. – A nie ma wolnej jedynki? Samotność mi ostatnio wyjątkowo dobrze robi.

Niestety, wszystkie jedynki zajęte – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku. – Będzie dobrze, na pewno pani Stefania bardzo spokojna osoba.

Spokojna osoba, jasne. Weszłam do pokoju i od razu wiedziałam, że będzie ciekawie.

– Dzień dobry! – zawołała kobieta z lokówką w ręku. – Już sobie łóżko pod oknem zajęłam, bo rano lubię patrzeć na wróbelki. Mam nadzieję, że nie chrapie pani?

– Tylko po mocnej herbacie, a dzisiaj jeszcze nie piłam – odparłam z uśmiechem. – Maria jestem.

– Stefania. W tym roku stawiam na romans. Albo dwa.– zachichotała.

Wieczorem poszłyśmy na kolację. Stołówka dudniła od rozmów, jakby każdy nadrabiał lata samotności. Stałam w kolejce po pulpety, gdy poczułam na sobie spojrzenie. Przede mną stał wysoki, siwy mężczyzna z szelmowskim uśmiechem.

Czy ta piękność potrzebuje pomocy z tacą? – zagadnął z błyskiem w oku.

No i przepadłam.

Oczarował mnie

Nazywał się Zbyszek. Usiadł przy naszym stoliku bez pytania, a Stefania aż zakrztusiła się kompotem.

– Dzień dobry paniom. Panie wybaczą, ale pani uśmiech oczarował mnie tak bardzo, że nie mógłbym usiąść gdzie indziej.

Kolega szybko działa – mruknęła Stefania, patrząc spod oka. – Ja tu czekam od trzech turnusów i jeszcze nikt mi nie podał sztućców z takim zapałem.

Zbyszek się roześmiał i rozłożył serwetkę na kolanach, jakby był w restauracji z gwiazdką Michelin.

Mam przeczucie, że ten turnus będzie wyjątkowy – Spojrzał na mnie. – Czym pani się zajmuje? Jest pani modelką?

– Księgowością – odparłam, mieszając zupę z takim zapałem, jakby to miało zakończyć rozmowę.

– A wygląd ma pani jak z reklamy czekoladek – dodał i puścił oczko.

Stefania parsknęła.

Każdej tak mówisz?

– Tylko tym, które wyglądają jak ty – odpowiedział bez wahania.

Po kolacji ruszyliśmy na spacer po parku. Stefania się wykręciła, twierdząc, że ma „coś z kolanami”, ale podejrzewałam, że po prostu było jej niezręcznie.

– Nie przeszkadza ci, że nasza znajomość tak szybko nabiera tempa? – zapytał Zbyszek, gdy mijaliśmy fontannę z kolorowym podświetleniem.

– Przeszkadzałoby, gdybyś był nudny. A na razie, dajesz radę – odpowiedziałam, zadziornie zadzierając brodę.

Zamilkł na chwilę.

– Wiesz, myślałem, że już mnie nic w życiu nie zaskoczy. A jednak ty jesteś... no, zaskakująca.

I wtedy wiedziałam, że ta znajomość będzie miała kiepski finał.

Nie czułam się winna

Zbyszek chodził za mną jak cień. Aż Stefania nie wytrzymała.

Ty go chyba sobie owinęłaś wokół palca – syknęła, wieszając swój frotowy ręcznik na balkonie. – A jeszcze tydzień temu tańczyłam z nim walczyka!

– Przecież on nie jest własnością żadnej z nas – odparłam spokojnie.

– A może powinien być? – burknęła.

Widziałam, że Stefa aż się zagotowała. Mimo to nie czułam się winna, że Zbyszek wybrał spacery ze mną zamiast jej krzyżówek. I choć starałam się nie pokazywać, to było mi niezręcznie. Wieczorem był dancing. Zbyszek przyszedł po mnie, ale tym razem... nie sam.

– Poznaj Jolę. Z nowego turnusu. Też kocha taniec – powiedział, obejmując ją w pasie, jakby znali się od lat.

– Dobry wieczór – powiedziała Jola z przesadnie szerokim uśmiechem. – Słyszałam, że pani to królowa parkietu.

– Królowa to za mało powiedziane – rzuciłam lekko.

Zbyszek tańczył z Jolą, a ja patrzyłam. Nie wiem, co było gorsze – jego ręka na jej talii, czy jej śmiech, który był tak sztuczny, że aż zgrzytał. Stefania podeszła z satysfakcją.

– No i co, księżniczko? Mówiłam, że tu trzeba pilnować rewirów.

– Daj spokój, zaraz nowego upoluję – powiedziałam ze śmiechem, chociaż poczułam lekkie ukłucie.

Zbyszek podszedł potem do mnie.

– Nie dąsaj się. To był tylko taniec.

Spojrzałam mu w oczy, a potem wstałam i wyszłam.

Wyznał mi swoje uczucia

Przez dwa dni unikałam Zbyszka jak diabeł święconej wody. A on? Też jakby się wycofał. Żadnych herbatek, żadnych uśmiechów przy windzie. Jola za to brylowała. Opowiadała, że ma apartament w Toruniu i córkę po medycynie. Trzeciego dnia poszłam sama na spacer po parku. Ławki były wilgotne po nocnym deszczu, liście kleiły się do butów. Nawet nie było, gdzie usiąść.

No i masz, babo placek – mruknęłam do siebie.

Wolę sernik – usłyszałam za plecami męski głos. – Można się przysiąść?

– Miejsce wolne – odparłam chłodno.

Zbyszek usiadł. Milczeliśmy chwilę.

– Myślałem, że jak zatańczę z Jolą, to ty... nie wiem, że się zorientujesz, że mi zależy – powiedział w końcu. – A twoja obojętność złamała mi serce.

– Bo to przecież logiczne – prychnęłam. – Zamiast powiedzieć „podobasz mi się”, zatańczę z kimś innym. Brawo.

Jestem stary i głupi – powiedział. – Wiesz, że od dawna nikt mnie tak nie interesował, jak ty?

Spojrzałam na niego.

– To powiedz to jeszcze raz.

Bardzo mi się podobasz.

Uśmiechnęłam się do siebie.

– No, teraz to brzmisz jak człowiek.

Miałam mieszane uczucia

W ostatni dzień turnusu Stefania nie powstrzymała się ok komentarza.

– A ja myślałam, że zostaniesz jeszcze jeden turnus, z tym twoim Zbyszkiem. Mówią, że można przedłużyć na miejscu.

– Można, ale ja mam w domu kota i rachunki – odparłam. – No i jakieś resztki rozsądku.

Zbyszek czekał przy recepcji z bukietem goździków. Poczułam się, jakbym znowu miała dwadzieścia lat.

Przyniosłem ci kwiaty, chociaż nie wiem, czy nie wywołam reakcji alergicznej. I mam pytanie – powiedział, poprawiając czapkę.

– Jeśli to o wspólny turnus do Krynicy, to uprzedzam, że mam słabość do górali – rzuciłam żartem.

– Nie, bardziej przyziemne – odchrząknął. – Mogę cię odwiedzić w Toruniu?

Popatrzyłam na niego. Był trochę obciachowy, a trochę szarmancki.

– Zapraszam na herbatę i ciasto. Tylko nie przyjeżdżaj bez zapowiedzi. Nienawidzę niespodzianek.

Pożegnaliśmy się z uściskiem dłoni, który trwał sekundę za długo. I wiecie co? Nie było łez. Nie było wielkich słów. Kiedy wsiadłam do pociągu, serce mi dziwnie zmiękło. Zakochała się? Raczej zauroczyłam, Może po prostu życie jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa.

Maria, 51 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama