Reklama

Codzienność… Powtarzalna, cicha. Czasem myślę, że przestałam być dla świata widzialna – taka przezroczysta, jak te firanki w oknie. Człowiek myśli, że przywyknie do samotności, ale nigdy się tego nie uczy.

Mam dwoje wnuków – Martę i Janka. Marta już dorosła, liceum, zawsze w biegu. Janek młodszy, czasem jeszcze coś opowie, zanim utonie w ekranie telefonu. Rzadko się widujemy. Czekam na każdy telefon, na dźwięk domofonu – to są moje święta. Najgorsze są te dni, gdy telefon milczy. Wtedy wracam do powtórek seriali, udaję, że śmieszą mnie stare żarty. Nie skarżę się. Kto by słuchał?

Dzień Babci. Nie mówię tego głośno, ale… liczę, że może zadzwonią. Może ktoś sobie przypomni, że tu jestem, z herbatą, z ciasteczkami – gotowa, by posłuchać, pogłaskać po głowie, przytulić. To nic, że nie jestem już potrzebna. I tak czekam.

Jednak zadzwoniła

Rano, trochę przed dziewiątą, zadzwonił telefon. Zerwałam się jak na komendę, serce zabiło mi szybciej. Na wyświetlaczu pojawiło się imię Marty. Odebrałam od razu.

– Babciu, idziemy dzisiaj razem na pizzę po szkole. Ty też – powiedziała Marta szybko, bez zbędnych słów, jakby odrabiała zadanie.

– Och, kochanie, to wspaniale! – odpowiedziałam, starając się ukryć drżenie głosu.

– Po szesnastej. Spotkamy się pod tą pizzerią przy rynku. Janek też będzie – dodała. – Muszę kończyć, bo zaraz mam lekcję. Pa.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć coś więcej, rozłączyła się. Przez chwilę patrzyłam w słuchawkę, trochę oszołomiona, trochę wzruszona. Wiedziałam, że nie dzwoniła z potrzeby serca, raczej z obowiązku. Może mama jej przypomniała, może poczuła, że tak wypada. Jednak przecież zadzwoniła, prawda?

Cały dzień szykowałam się do wyjścia. Wybrałam sukienkę w kwiaty, taką, jaką kiedyś lubił mój mąż. Przypięłam do swetra ulubioną broszkę z bursztynem. Perfumy, których używałam tylko od święta, rozpyliłam na nadgarstkach. Kilka razy sprawdzałam w lustrze, czy dobrze wyglądam, czy nie mam śladów po łzach wzruszenia. Gdy wychodziłam z domu, czułam się trochę jak za dawnych lat, kiedy szłam na spotkanie z kimś ważnym. Na klatce schodowej minęłam sąsiadkę.

– Na randkę, pani Heleno? – zażartowała.

– Do wnuków – odpowiedziałam z uśmiechem.

W głębi duszy czułam mieszankę radości i niepokoju. Oni są tacy młodzi, a ja… Ja po prostu bardzo chciałam być dla nich ważna, choć przez chwilę.

Czułam się niezręcznie

Pizzeria pachniała świeżym ciastem i ziołami. Byłam pierwsza – usiadłam przy oknie, obserwowałam przechodniów i co chwilę zerkałam na zegarek. Po kilku minutach do środka wpadli Marta i Janek. Marta rzuciła krótkie „Cześć, babciu!” i od razu wyciągnęła telefon. Janek uśmiechnął się przelotnie, po czym zapatrzył się przez okno.

– Jak w szkole, kochani? – spróbowałam zagaić.

– Dobrze, babciu – mruknął Janek, nie podnosząc wzroku.

– A coś ciekawego się ostatnio wydarzyło? – drążyłam, starając się, żeby brzmieć zwyczajnie.

Marta nie podniosła głowy znad ekranu.

– Nic szczególnego… Jutro mam sprawdzian – rzuciła, stukając kciukiem w telefon.

Czułam się niezręcznie. Kiedyś, gdy siadaliśmy całą rodziną do stołu, gwar rozmów, śmiech dzieci i zaczepki dziadka wypełniały dom. Teraz ich świat był inny. Rozmawiali ze sobą półgłosem o nauczycielach, planowali coś na wieczór, śmiali się cicho z żartów, których nie rozumiałam.

Po chwili kelner przyniósł menu, spojrzeli na mnie pytająco.

– Ja może… Margheritę – powiedziałam niepewnie.

– Spoko, weźmiemy dużą na pół i dla babci osobną, co? – zaproponował Janek.

Zamówili szybko, sprawnie, jakby byli tu od zawsze. Siedziałam trochę na uboczu, próbując wtrącać się do ich rozmowy, ale oni odpowiadali zdawkowo, uprzejmie, lecz z dystansem.

„Nie pokazuj, że jest ci przykro” – powtarzałam sobie w myślach. Uśmiechałam się, wspominałam w głowie czasy, gdy rodzina była blisko, gdy dzieci garnęły się do rozmów, przytulały bez powodu. Dziś byłam tylko tłem do ich codzienności. Ale… byli tu ze mną.

Pięć minut szczęścia

Pizza przyszła szybko. Dla nich to była tylko szybka przekąska – jadali tu pewnie regularnie, rozmawiając o swoim świecie, w którym dla mnie miejsca było niewiele. Jadłam powoli, rozkoszując się każdym kęsem, próbując nie myśleć o ciszy, która czasem siadała przy naszym stoliku jak nieproszony gość.

Marta spojrzała nagle na zegarek i powiedziała, zrywając się z krzesła:

– Babciu, musimy lecieć, mamy jeszcze korepetycje.

Janek już pakował kurtkę.

– Ale bardzo się cieszę, że przyszliście – powiedziałam cicho, zbyt cicho, by to usłyszeli.

– No jasne, babciu. To pa! – rzuciła Marta, przytulając mnie na sekundę. Jej włosy pachniały szamponem i pośpiechem.

Janek tylko pomachał ręką.

– Trzymaj się, babciu. Do zobaczenia!

Zanim się obejrzałam, już byli przy drzwiach. Uśmiechnęłam się do nich, machając na pożegnanie, chociaż przez gardło przebiegała mi sucha igła. Zostałam sama przy stoliku, pośród talerzy, okruchów i niedopitych napojów. Spojrzałam na swoje dłonie złożone na stole, jakby szukały kogoś do przytrzymania.

Kelner przyszedł zabrać naczynia. Zapytał z uśmiechem:

– Wszystko smakowało?

– Bardzo. Najlepsza pizza w mieście – odpowiedziałam, starając się być pogodna.

Zebrałam rachunek, złożyłam go starannie i schowałam do torebki – może zachowam go na pamiątkę? Przez chwilę siedziałam jeszcze, patrząc przez okno na przechodzących ludzi. Czułam się samotna, a jednocześnie wzruszona. Miałam swoje pięć minut szczęścia. „To był najpiękniejszy dzień w roku. Bo byli ze mną” – powtarzałam w myślach, czując łzy, których nikt już nie zobaczył.

Pamiętam tamte Dni Babci

Wracałam do domu powoli, mijając znajome sklepy i puste ławki. Wieczorne światło kładło się miękko na chodnikach, a miasto toczyło się swoim rytmem – nieśpiesznym, obojętnym na mój dzisiejszy dzień. Po drodze rozmyślałam, jak to dawniej bywało. Przypominałam sobie, jak jeszcze kilka lat temu to ja szykowałam obiady dla wszystkich. Gromadziłam rodzinę przy stole, kroiłam domowe ciasto, wycierałam dzieciom buzie po zupie. Byliśmy razem, nie musiałam się starać o czyjąś uwagę.

Kiedy weszłam do mieszkania, odłożyłam torebkę i wyjęłam z niej rachunek z pizzerii. Przegładziłam go palcami i schowałam na dno szuflady, między stare listy i laurki, które kiedyś dostawałam od wnuków. Pamiętam tamte Dni Babci – rysunki z serduszkami, nieporadne „Kocham Cię, Babciu”, uściski, koncerty w przedszkolu. Wtedy czułam się potrzebna, wyjątkowa, kochana na głos.

Dziś… czasy się zmieniły. Wnuki wyrosły, świat przyspieszył. Zamiast laurek – szybki obiad, zamiast rozmowy – wiadomości wysyłane z telefonu. Jednak moja potrzeba bycia zauważoną, docenioną, nie przeminęła z modą na czułość.

W kuchni zaparzyłam sobie herbatę, nalałam do kubka w kwiaty – tego samego, co zawsze. Przysiadłam na krześle, pozwalając wspomnieniom na chwilę wrócić. Wiedziałam, że to, co było, już nie wróci. Dziś chociaż na moment poczułam, że jeszcze ktoś o mnie pamięta. Nawet jeśli tylko na chwilę.

To wystarczy

Wieczorem otworzyłam notes, w którym czasem spisywałam myśli, by nie zginęły w codziennym szumie. Dziś zapisałam tylko trzy krótkie zdania: „Byli. Pamiętali. To wystarczy”. Zastanowiłam się chwilę nad każdym słowem, próbując rozgryźć ich prawdziwą wagę. Potem zamknęłam notes i odłożyłam go na półkę, tuż obok starego zegarka po mężu.

Owinęłam się ciepłym szalem, usiadłam w fotelu pod oknem. Na dworze światło latarni rozlewało się po chodniku, a po szybie spływały powoli krople deszczu. W tle grało radio – cicho, jakby tylko dla mnie. Między słowami prowadzącej, w tej radiowej ciszy, usłyszałam swoje własne myśli: „Może za rok znów pójdziemy na pizzę… A może wtedy ktoś się bardziej ucieszy? Może wtedy już nie będę się bała powiedzieć, jak bardzo mi zależy?”

Popatrzyłam w okno, w noc. Poczułam spokój. Smutek jeszcze gdzieś się tlił, bo samotność nie znika od razu, ale pojawił się też cień wdzięczności – za tych kilka godzin, za obecność, za czyjś gest. Na ustach pojawił się lekki uśmiech, taki delikatny, ale prawdziwy.

Zgasiłam światło, zostawiając tylko lampkę przy fotelu. Świat cichł, a ja siedziałam nieruchomo, słuchając własnych myśli i radia. Może nic się nie zmieniło, ale dziś poczułam się ważna.

Helena, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama