Reklama

To miał być najpiękniejszy rok naszego życia. Mieliśmy być power couple – młodzi, ambitni, z nowym mieszkaniem na w Warszawie i planami na podróż dookoła świata. Kochałem Monikę do szaleństwa. Była moim marzeniem, moją nagrodą za lata ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Jednak zamiast budować wspólną przyszłość, każdego dnia budzę się z lękiem przed listonoszem i dźwiękiem powiadomienia z aplikacji bankowej. Siedzę teraz na podłodze w salonie, otoczony stosem nierozpakowanych kartonów z najdroższych butików, i zastanawiam się, w którym momencie coś przegapiłem.

Ufałem jej bezgranicznie

Pamiętam dzień naszego ślubu jakby to było wczoraj. Monika wyglądała zjawiskowo. Suknia sprowadzana z Hiszpanii, buty od projektanta, którego nazwiska nawet nie potrafię wymówić, biżuteria, która błyszczała tak mocno, że aż bolały oczy. Wtedy myślałem: „Należy jej się. To ten jeden dzień”. Nie wiedziałem jeszcze, że dla mojej żony „ten jeden dzień” trwa cały rok, a luksus nie jest odświętnym dodatkiem, ale powietrzem, bez którego nie może żyć.

Jestem facetem, który twardo stąpa po ziemi. Pracuję w IT, jako architekt systemów. Zarabiam dobrze, nawet bardzo dobrze jak na polskie warunki. Przez lata żyłem oszczędnie, inwestowałem, odkładałem. Chciałem zapewnić nam bezpieczeństwo. Monika, kiedy się poznaliśmy, pracowała w dziale marketingu dużej korporacji. Zawsze świetnie ubrana, pachnąca drogimi perfumami, z najnowszym telefonem w dłoni. Imponowała mi. Myślałem, że to po prostu jej styl bycia, że jest kobietą sukcesu, która o siebie dba. Nigdy nie zapytałem, ile zarabia, ani jakie ma oszczędności. To wydawało się nieeleganckie. Byliśmy zakochani, a miłość – jak naiwnie sądziłem – nie zagląda do portfela.

Po ślubie ustaliliśmy, że założymy wspólne konto. „Będzie łatwiej opłacać rachunki, kredyt za mieszkanie, zakupy spożywcze” – zaproponowała Monika z tym swoim niewinnym uśmiechem, który zawsze roztapiał mi serce. Zgodziłem się bez wahania. Moja pensja wpływała tam w całości, jej – jak twierdziła – również. Przez pierwsze dwa miesiące nie zaglądałem w historię transakcji. Ufałem jej bezgranicznie. Żyliśmy w bańce miesiąca miodowego, urządzaliśmy nasze gniazdko. Ale potem zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Drobiazgi, które z perspektywy czasu układają się w przerażającą mozaikę.

Sytuacja zaczęła mnie irytować

Początkowo tłumaczyła to urządzaniem mieszkania.

– Kochanie, to tylko nowe zasłony do sypialni – mówiła, wnosząc wielkie pudło.

– Zamówiłam ten ekspres do kawy, o którym marzyłeś, była promocja! – wołała innym razem.

Cieszyłem się. Lubiłem, że dba o dom. Ale z czasem strumień paczek zamienił się w rwącą rzekę. Wracałem z pracy, a w przedpokoju potykałem się o wieże z kartonów z luksusowych butików.

– Monia, co to jest? – pytałem, próbując przejść do kuchni.

– A, nic takiego. Zamówiłam kilka sukienek do przymierzenia, wiesz, że mam prezentację w firmie. Większość odeślę – rzucała niedbale, krojąc warzywa na kolację.

„Odeślę”. To było jej magiczne słowo-klucz. Wytrych, który zamykał mi usta. Przecież kobiety tak robią, prawda? Zamawiają, mierzą, odsyłają. Nie chciałem być tym mężem, który wylicza żonie każdą złotówkę. Zwłaszcza że – jak sądziłem – stać nas na to. Sytuacja zaczęła mnie irytować nie ze względu na pieniądze, ale na bałagan. Nasz minimalistyczny, designerski salon powoli zamieniał się w zaplecze magazynu logistycznego. Kartony stały wszędzie. Niektóre otwarte, z wystającą folią bąbelkową, inne wciąż zaklejone taśmą.

– Kochanie, kiedy to odeślesz? – zapytałem pewnego wieczoru, gdy musiałem przesunąć stertę pudeł z butami, żeby usiąść na kanapie.

– Jutro, Irek! Przestań mnie cisnąć, jestem zmęczona po pracy! – warknęła.

To był pierwszy raz, kiedy podniosła na mnie głos w taki sposób. W jej oczach zobaczyłem coś dziwnego. Panikę? Złość? Wtedy zrzuciłem to na karb stresu w korporacji.

Gdzie są pieniądze?

To był zwykły wtorek. Pamiętam go dokładnie, bo miałem urodziny. Chciałem kupić tort do kolacji, którą Monika obiecała przygotować. Wszedłem do cukierni. Podchodzę do kasy, przykładam kartę, piknięcie. „Odmowa” – mówi sprzedawca. Uśmiechnąłem się głupio.

– Niemożliwe, proszę spróbować jeszcze raz.

Próba druga. „Odmowa. Brak środków na koncie”. Poczułem, jak gorąco uderza mi do głowy. Na tym koncie powinna być moja premia kwartalna i dwie pensje. Łącznie kilkadziesiąt tysięcy złotych, minus rata kredytu i opłaty. Wyjąłem telefon, zalogowałem się do banku drżącymi rękami. Aplikacja ładowała się w nieskończoność. Kiedy w końcu zobaczyłem saldo, musiałem usiąść na parapecie witryny sklepowej, żeby nie upaść. Zacząłem przewijać historię. To nie był jeden duży przelew. To nie była kradzież tożsamości, gdzie złodziej czyści konto w godzinę.

Lista ciągnęła się w nieskończoność. Strony i strony transakcji. Codziennie. Czasami po pięć, dziesięć razy dziennie. O godzinie 10:00, 14:00, a nawet o 3:00 w nocy. Moja żona wydawała pieniądze szybciej, niż ja byłem w stanie je zarobić. Co gorsza – zauważyłem, że od trzech miesięcy nie wpłynęła na to konto ani złotówka z jej pensji. Wróciłem do domu wściekły, ale też przerażony. Czułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Wszedłem do mieszkania. Monika siedziała na kanapie z laptopem na kolanach.

– Cześć skarbie! Wszystkiego najlepszego! – zawołała, zrywając się do pocałunku. – Co masz taką minę?

Wyciągnąłem telefon i pokazałem jej ekran z saldem.

Możesz mi to wyjaśnić? Gdzie są pieniądze? Gdzie jest moja premia? Gdzie jest twoja wypłata?

Zbladła. Jej twarz momentalnie straciła ten promienny blask. Cofnęła się o krok.

– Irek, nie denerwuj się... To... to pomyłka. Musieli coś źle zaksięgować.

– Pomyłka?! – krzyknąłem. – Monika, tu są setki transakcji! Wszystkie twoje! Wydałaś pięćdziesiąt tysięcy złotych w dwa miesiące! Na co?!

Zaczęła płakać. Nie tak cicho, z gracją. Wpadła w histerię.

– Bo ja chciałam, żebyśmy mieli ładnie! Żebyś był dumny z tego, jak wyglądam! Wszystko jest takie drogie, nie zdawałam sobie sprawy... Irek, przepraszam, pogubiłam się!

Wtedy jeszcze jej uwierzyłem. Uwierzyłem, że to jednorazowy wyskok, że zachłysnęła się nowym życiem, że może faktycznie koszty urządzania mieszkania wymknęły się spod kontroli. Jestem facetem, chciałem naprawić problem.

– Dobra – powiedziałem, oddychając głęboko. – Zablokuję kartę. Spłacimy to z moich oszczędności inwestycyjnych. Ale musisz mi obiecać, że to koniec. Żadnych więcej zakupów bez konsultacji.

Obiecała. Przysięgała na wszystko, co święte. Przytuliliśmy się, a ja czułem się jak bohater, który ratuje swoją księżniczkę z opresji. Ale nie wiedziałem, że smok, z którym walczę, nie mieszka w wieży, tylko w jej głowie.

Pokój gościnny nie istniał. To był magazyn

Przez miesiąc był spokój. Monika przestała zamawiać paczki do domu. Była potulna, kochana, gotowała obiady. Odzyskałem spokój ducha, choć moje konto oszczędnościowe zostało drastycznie uszczuplone. Prawda wyszła na jaw przez przypadek. Szukałem gwarancji do odkurzacza. Monika była w pracy. Przekopałem szuflady w salonie – nic. Pomyślałem, że może wrzuciła papiery do szafy w pokoju gościnnym. Ten pokój służył nam jako "składzik" na deskę do prasowania i suszarkę, rzadko tam zaglądałem. Drzwi były zamknięte na klucz. Dziwne. Nigdy ich nie zamykaliśmy.

Przeszukałem sypialnię, znalazłem zapasowy klucz w jej szkatułce z biżuterią. Przekręciłem zamek. To, co zobaczyłem, odebrało mi mowę. Pokój gościnny nie istniał. To był magazyn. Podłoga była niewidoczna. Wszędzie piętrzyły się stosy ubrań, torebek, butów, sprzętów AGD. Większość z nich miała jeszcze metki. Zobaczyłem trzy identyczne roboty kuchenne. Pięć par takich samych kozaków, tylko w różnych odcieniach beżu. Sterty świec zapachowych, które starczyłyby na oświetlenie małego miasta. Kosmetyki – setki palet cieni, szminek, kremów, które nawet nie były otwarte.

Wszedłem głębiej w ten labirynt. Na biurku, przygniecionym stertą jedwabnych szali, leżały listy. Nieotwarte, albo otwarte i pospiesznie rzucone. Wziąłem jeden do ręki. Wezwanie do zapłaty. Chwilówka. Wziąłem drugi. Bank. Okazało się, że Monika nie tylko wyczyściła nasze wspólne konto. Ona miała długi wszędzie. Karty kredytowe na panieńskie nazwisko, o których nie wiedziałem. Pożyczki "na dowód". Kredyty ratalne. Patrzyłem na daty. Niektóre były sprzed ślubu, ale większość z ostatnich tygodni. Kiedy obiecała, że przestała kupować, po prostu przestała zamawiać do domu. Zamawiała do do biura, do matki. Usiadłem na podłodze, pośród tego morza bzdur, za które zapłaciliśmy naszą przyszłością. Wziąłem do ręki jakąś drogą torebkę. Była warta tyle, co nasza rata kredytu. A obok niej leżała kolejna, i kolejna.

Nie liczyłam dokładnie

Kiedy Monika wróciła z pracy, czekałem na nią w tym pokoju. Gdy otworzyła drzwi wejściowe, zawołałem ją.

– Jestem w gościnnym!

Zamarła w progu. Zobaczyła otwarte drzwi, mnie siedzącego na stercie ubrań i te wszystkie listy rozłożone jak pasjans.

– Irek... – wyszeptała.

– Ile? – zapytałem cicho.

– Co ile?

Ile łącznie jesteś winna? Nie kłam. Mam tu wezwania z czterech banków i trzech firm pożyczkowych.

Milczała.

– Monika! Ile?!

– Około... stu tysięcy – powiedziała, patrząc w podłogę.

– Stu tysięcy?! Poza tym, co już spłaciłem?!

– Może... może trochę więcej. Nie liczyłam dokładnie.

„Nie liczyła dokładnie”. Mój świat się zawalił. Sto tysięcy długu na bzdury. Na rzeczy, które zjedzą mole. Na kremy, które się przeterminują. Na kolejny wazon, który nie pasuje do niczego.

– Dlaczego? – zapytałem, czując łzy w oczach. – Czego ci brakowało?

– Niczego – rozpłakała się.

Dowiedziałem się wtedy wszystkiego. Że jej pensja w całości idzie na spłatę odsetek od starych długów, dlatego nie wpływała na nasze konto. Że pożyczała od koleżanek. Że sprzedawała rzeczy w internecie za bezcen, żeby mieć gotówkę na nowe zakupy, ale i tak była na minusie. Że nasza wspaniała podróż poślubna była opłacona z kredytu, którego nawet nie zaczęła spłacać.

Nie wiem, czy damy radę

To nie jest historia z happy endem, przynajmniej na razie. Nie wyrzuciłem jej z domu, choć wielu moich kolegów pukało się w czoło.

– Stary, uciekaj, zrobisz rozdzielność majątkową i ratuj się – mówił Marek, mój przyjaciel, gdy opowiedziałem mu o tym koszmarze.

Ale ja wciąż widzę w niej tę kobietę, którą pokochałem. Wprowadziliśmy rygor. Pełna transparentność. Sprzedajemy wszystko. Każdy weekend spędzam na robieniu zdjęć tych wszystkich torebek i ubrań i wystawianiu ich na aukcjach. Odzyskujemy może 30% wartości, ale to zawsze coś. Patrzę na moją żonę i nie wiem, czy damy radę. W naszym małżeństwie nie ma już romantyzmu, jest księgowość i kontrola. Moja pensja, zamiast na budowę domu, idzie na łatanie dziur w budżecie, które ona wywierciła swoimi kliknięciami.

I teraz, zamiast relaksować się w Toskanii, siedzę w mieszkaniu pełnym luksusowych śmieci, próbując zrozumieć, jak miłość mojego życia mogła nas doprowadzić na skraj bankructwa. Czasami, w nocy, gdy ona śpi, wchodzę do tego "pokoju gościnnego", który powoli opróżniamy. Patrzę na te wszystkie rzeczy i myślę sobie, że każda z nich to cegiełka muru, który wyrósł między nami. Muru, który kosztował fortunę, a który tak trudno teraz zburzyć.

Ireneusz, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama