„W dniu własnego ślubu czułem gulę w gardle, ale nie ze stresu. Zrozumiałem, że nie kocham kobiety, którą chcę poślubić”
„Drzwi się otworzyły. Wszyscy wstali. Zobaczyłem Beatę. Wyglądała zjawiskowo. Poczułem wdzięczność. I wtedy mój wzrok, zupełnie mimowolnie, powędrował w bok. Do ostatniej ławki, w cieniu filaru. Tam stała ona”.

Wszyscy mówili, że Beata to moja bezpieczna przystań. Że przy niej w końcu dorosłem, spoważniałem, stałem się mężczyzną, na jakiego wychowywała mnie matka. Chciałem w to wierzyć, dlatego oświadczyłem jej się.
Wszystko było ustalone
Poranek w dniu ślubu zaczął się tak, jak każdy inny dzień z Beatą – o 7 pobudka, 7:30 lekkie śniadanie. Wszystko szło zgodnie z planem, a jednak, patrząc w lustro w łazience rodziców, gdzie spędziłem ostatnią noc zgodnie z tradycją, nie poznawałem faceta, który na mnie patrzył. Moja matka weszła do pokoju, niosąc wyprasowaną koszulę tak ostrożnie, jakby to był całun turyński.
– Wyglądasz przepięknie, synku – powiedziała, a w jej oczach lśniły łzy dumy. – Beata to anioł. Uratowała cię… wtedy.
„Wtedy” oznaczało erę Leny. Erę chaosu, namiętności. Matka nienawidziła Leny. Nienawidziła jej tatuaży, jej pracy w knajpie, jej braku planów na przyszłość i tego, że przy niej jej ukochany syn zamieniał się w kogoś nieprzewidywalnego.
– Pamiętam, mamo – odparłem, zapinając spinki do mankietów, które Beata dała mi na urodziny.
– No to już. Nie każ jej czekać. To wasz dzień.
Beata nie była kobietą, na widok której serce stawało mi w gardle. Kiedy poznaliśmy się dwa lata temu na jakiejś drętwej konferencji branżowej, pomyślałem o niej: „kompetentna”. Wtedy byłem wrakiem. Trzy miesiące po rozstaniu z Leną. Moje wyniki w pracy leciały na łeb na szyję. Beata była jak plaster na otwartą ranę. Zaczęliśmy od kawy, potem były lunche. Ona słuchała. Nie oceniała, po prostu słuchała i systematyzowała mój chaos.
– Musisz po prostu ustalić priorytety – mówiła. – Emocje to chemia. Miną. Życie to logistyka.
Uratowała mnie
Zakochałem się w tym spokoju. Zakochałem się w tym, że przy niej wiedziałem, co wydarzy się jutro. Nie musiałem sprawdzać telefonu co pięć minut, bojąc się, że dostanę wiadomość o treści „Nienawidzę cię, to koniec”. Z Beatą były niedzielne obiady i planowanie wakacji z półrocznym wyprzedzeniem.
Oświadczyłem się po roku. To było logiczne następstwo. Matka płakała ze szczęścia, ojciec poklepywał mnie po plecach. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Tylko czasami, kiedy Beata zasypiała obok mnie, leżałem z otwartymi oczami, patrząc w sufit i czułem pustkę. Brakowało mi ognia. Brakowało mi niepewności. Brakowało mi Leny.
Nasz związek z Leną trwał trzy lata. Trzy lata rollercoastera. Żyliśmy z mojej pensji, w jej zagraconym mieszkaniu. Kochałem ją do szaleństwa. Taką miłością, która boli. Kiedy było dobrze, czułem, że mogę góry przenosić. Mieliśmy swój świat, swój język, swoje miejsca. Ale bywało też źle.
– Jesteś nudny! – krzyczała. – Próbujesz mnie zamknąć w klatce!
– Próbuję ci pomóc! – wrzeszczałem z powrotem. – Ktoś musi płacić rachunki.
Odeszła nagle
Zniknęła. Zablokowała mnie wszędzie. Wyprowadziła się z Warszawy. Słyszałem plotki, że jest w Berlinie, potem w Barcelonie. Przez rok po jej odejściu byłem zombie. A potem pojawiła się Beata. I wymazała Lenę gumką myszką. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Kościół był pełny. Kwiaty – białe lilie i róże – pachniały intensywnie. Organista grał Bacha. Stałem przy ołtarzu, a mój świadek, Marcin, szeptał mi do ucha jakieś głupie żarty, żeby rozładować napięcie.
– Stary, ostatnia szansa na ucieczkę – zachichotał.
Wymusiłem uśmiech. Drzwi się otworzyły. Wszyscy wstali. Zobaczyłem Beatę. Wyglądała zjawiskowo. Poczułem wdzięczność. Pomyślałem: „Dam radę. Będziemy szczęśliwi. To jest dobre życie”. I wtedy mój wzrok, zupełnie mimowolnie, powędrował w bok. Do ostatniej ławki, w cieniu filaru. Tam stała ona.
Przyszła na ślub
Nie była ubrana jak gość weselny. Miała na sobie czerwoną sukienkę na ramiączkach, zdecydowanie zbyt wyzywającą do kościoła, i skórzaną kurtkę narzuconą na ramiona. Czarne włosy były w nieładzie, jakby dopiero wstała z łóżka. Patrzyła prosto na mnie. Nie uśmiechała się. Jej twarz była maską, ale oczy krzyczały. Serce uderzyło mnie w żebra tak mocno, że aż się zachwiałem. Marcin chwycił mnie za łokieć.
– Bartek? Wszystko okej? Zbladłeś.
Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Czas zwolnił. Dźwięk organów stał się stłumionym buczeniem. Lena tu była. Po trzech latach ciszy. W dniu mojego ślubu. To było jak scena z taniego filmu, tylko że ja czułem fizyczny ból. Beata dołączyła do mnie przy ołtarzu. Chwyciła moją dłoń. Jej ręka była ciepła i sucha. Moja – lodowata i spocona. Ksiądz zaczął mówić. Słowa docierały do mnie jak przez watę.
– …czy ty, Bartoszu, bierzesz Beatę…
Spojrzałem na Beatę. Była taka ufna. Taka dobra. A potem zerknąłem w stronę filaru. Lena zniknęła. Puste miejsce.
Myślałem o niej
Czy ja mam halucynacje? Czy stres sprawił, że widzę duchy przeszłości?
– Bartoszu? – Ksiądz chrząknął znacząco.
Ścisnąłem dłoń Beaty tak mocno, że aż drgnęła.
– Tak – wychrypiałem.
Wesele odbywało się w odrestaurowanym dworku pod miastem. Wszystko było na najwyższym poziomie. Jedzenie wykwintne, zespół grał hity, przy których ciotki już ruszały w tany. Siedziałem przy stole prezydialnym, uśmiechając się do zdjęć, wznosząc toasty i udając, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
– Kochanie, mało jesz – szepnęła Beata. – Wszystko w porządku? Wydajesz się nieobecny.
– To stres – skłamałem gładko. – Po prostu nie mogę uwierzyć, że już jesteś moją żoną.
Pocałowała mnie w policzek.
– Wyluzuj. Teraz już tylko zabawa.
Pierwszy taniec. Kołysaliśmy się na parkiecie, w chmurze ciężkiego dymu. Zamknąłem oczy, opierając brodę na jej czole. I wtedy to poczułem. Zapach wiśni. Otworzyłem oczy gwałtownie. Stała przy wejściu na salę, oparta o futrynę. Kurtkę trzymała w ręku. Czerwona sukienka opinała jej ciało, odsłaniając tatuaż na ramieniu – feniksa, którego zrobiła sobie po naszej pierwszej wielkiej kłótni.
Patrzyła na nas
Puściłem Beatę sekundę za wcześnie, gdy muzyka jeszcze nie do końca wybrzmiała.
– Muszę do łazienki – rzuciłem szybko.
– Bartek, teraz? Zaraz wjeżdża tort!
– To tylko chwila.
Przepchnąłem się przez tłum roztańczonych gości. Kiedy dotarłem do drzwi, jej już nie było. Wybiegłem na taras. Noc była chłodna. Ogród tonął w mroku, rozświetlonym tylko przez kilka lampionów.
– Szukasz kogoś, panie młody?
Głos dobiegł z altany, ukrytej za krzakami róż. Podszedłem tam na miękkich nogach. Siedziała na drewnianej ławce, paląc papierosa. Czerwony żar pulsował w ciemności.
– Lena – szepnąłem. Moje gardło było ściśnięte.
– Cześć. Ładny garnitur. Trochę sztywny, ale ładny.
– Co ty tu robisz? – zapytałem, choć nie brzmiało to jak oskarżenie, a bardziej jak błaganie o wyjaśnienie.
– Dostałam zaproszenie.
– Co? Nie wysyłałem ci zaproszenia.
– Nie ty. Twoja matka.
Zamurowało mnie
– Moja matka?
– O tak. Wiesz, wpadłam na nią przypadkiem dwa tygodnie temu. Rozpoznała mnie. Była zachwycona, mogąc mi powiedzieć, jak bardzo jesteś szczęśliwy i jak wspaniałą kobietę bierzesz za żonę. Dała mi zaproszenie z uśmieszkiem triumfu. „Przyjdź, zobaczysz, jak wygląda prawdziwe szczęście”. Nie mogłam odmówić takiej okazji.
Czułem, jak krew uderza mi do głowy. Matka zrobiła to, żeby ją dobić. Żeby pokazać jej: „Wygrałam. Mój syn jest bezpieczny”.
– Powinnaś wyjść – powiedziałem, ale nie ruszyłem się z miejsca. Stałem zbyt blisko niej.
– Powinnam – zgodziła się, gasząc papierosa butem na idealnie przystrzyżonym trawniku.
Wstała. Podeszła do mnie.
– Jest ładna – powiedziała Lena cicho. – Wygląda na miłą.
– Jest wspaniała – odparłem automatycznie.
– Kochasz ją?
To pytanie wisiało w powietrzu jak wyrok. Spojrzałem w jej ciemne oczy. Widziałem w nich odbicie całej naszej historii. Widziałem te noce w jej mieszkaniu, te rozmowy do świtu, ten ból i tę ekstazę.
– Lena, ja mam żonę. Od dwóch godzin mam żonę.
– Nie odpowiedziałeś na pytanie.
Nie mogłem się powstrzymać
Zrobiła krok bliżej. Czułem ciepło jej ciała.
– Dlaczego to robisz? – zapytałem drżącym głosem. – Dlaczego przychodzisz tu i mieszasz mi w głowie?
– Bo chciałam zobaczyć, czy naprawdę umarłeś – powiedziała szeptem. – Ten Bartosz, którego kochałam. Ten, który chciał jechać autostopem do Indii, który pisał wiersze na serwetkach, który kochał się ze mną na dachu wieżowca. Chciałam zobaczyć, czy ta Beata zabiła go do końca.
Położyła dłoń na mojej piersi, dokładnie w miejscu, gdzie biło serce. Biło jak oszalałe.
– I co? – zapytałem.
– I widzę, że on tam jeszcze jest. I krzyczy.
Wtedy mnie pocałowała. Przez ułamek sekundy zapomniałem o wszystkim. O Beacie, o weselu, o kredycie, o matce. Oddałem pocałunek. To było jak powrót do domu po długiej podróży. A potem usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Odepchnąłem Lenę gwałtownie. Odwróciłem się w stronę dworku.
Na tarasie, jakieś dziesięć metrów od nas, stał Marcin. Mój świadek. Obok niego leżały skorupy kieliszka z szampanem. Patrzył na nas z szeroko otwartymi oczami. Lena zaśmiała się cicho, gorzko.
– Ups. Chyba masz kłopoty, panie menadżerze.
– Marcin… – zacząłem, robiąc krok w jego stronę.
Wszystko widział
Przyjaciel pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Stary… Co ty odwalasz? Beata cię szuka. Wszyscy cię szukają.
– To nie tak, jak myślisz – rzuciłem najbardziej żałosny tekst w historii świata.
– Widziałem, co widziałem – warknął. Spojrzał na Lenę z pogardą. – A ty… wynoś się stąd. Zanim ktoś inny cię zobaczy.
Lena poprawiła ramiączko sukienki. Jej twarz znów stała się nieprzenikniona.
– Spokojnie, rycerzu. Już wychodzę. Widziałam, co chciałam zobaczyć.
Podeszła do mnie po raz ostatni.
– Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Mam nadzieję, że ta klatka jest chociaż pozłacana.
Wsunęła mi coś do kieszeni marynarki i odeszła w mrok ogrodu, w stronę parkingu. Nie obejrzała się ani razu. Zostałem sam z Marcinem.
– Powiesz jej? – zapytałem cicho.
Milczał przez długą chwilę. Był przyjacielem Beaty tak samo jak moim. Może nawet bardziej ją szanował.
– Jeśli to zrobisz jeszcze raz… jeśli kiedykolwiek ją skrzywdzisz… to ja cię zniszczę. Przysięgam. Wracaj na salę. Umyj gębę, bo masz szminkę na ustach.
Wstydziłem się siebie
Wróciłem do łazienki. Zmyłem czerwień z warg, szorując skórę aż do bólu. Patrzyłem w lustro i nienawidziłem gościa, którego tam widziałem. Byłem tchórzem. Byłem kłamcą. Wróciłem na salę. Beata siedziała przy stole, rozmawiając z moją matką. Kiedy mnie zobaczyła, jej twarz rozjaśniła się uśmiechem.
– Jesteś! Martwiłam się. Wszystko dobrze?
Usiadłem obok niej. Wziąłem ją za rękę.
– Tak. Wszystko w porządku. Po prostu potrzebowałem chwili powietrza.
– Jesteś jakiś blady.
– To zmęczenie.
– Kocham cię, wiesz? – powiedziała, opierając głowę o moje ramię.
– Ja ciebie też – odpowiedziałem. I w tamtym momencie, w tej sekundzie, naprawdę chciałem, żeby to była jedyna prawda.
Impreza trwała do rana. Piłem dużo. Tańczyłem z ciotkami. Uśmiechałem się do kamery. Ale cały czas czułem ciężar w kieszeni marynarki. Dopiero nad ranem, kiedy wróciliśmy do apartamentu dla nowożeńców, a Beata poszła pod prysznic, odważyłem się sprawdzić, co dała mi Lena. Wyjąłem z kieszeni mały, metalowy przedmiot. To była zapalniczka. Stara, benzynowa zapalniczka, którą zgubiłem na naszym pierwszym wyjeździe w Bieszczady cztery lata temu. Miała grawer: „Dla Bartka, żeby nigdy nie zgasł”.
Chciałem zapomnieć
Ścisnąłem ją w dłoni tak mocno, że metal wbił mi się w skórę. Drzwi łazienki otworzyły się. Beata wyszła, pachnąca i czysta.
– Chodź do mnie, mężu – powiedziała kokieteryjnie.
Schowałem zapalniczkę głęboko do walizki, pod stertę skarpetek. Pół roku później Beata zaszła w ciążę. Mamy teraz syna, piękny dom i psa. Jesteśmy idealną rodziną. Moja matka jest wniebowzięta. Marcin nigdy nie puścił pary z ust, choć czasem patrzy na mnie dziwnym wzrokiem.
Ale zapalniczkę wciąż mam. Trzymam ją w biurku w pracy, w zamykanej szufladzie. Czasami, gdy wszyscy wyjdą z biura, wyjmuję ją, pstrykam i patrzę na płomień. I zastanawiam się, czy Lena miała rację. Czy jestem w klatce? A może po prostu dorosłem i zrozumiałem, że ogień parzy, a ciepły dom daje schronienie?
Tego dnia w ogrodzie nie wybrałem Leny. Wybrałem bezpieczeństwo. Ale część mnie – ta dzika, nieodpowiedzialna część, która pisała wiersze na serwetkach – została tam, na ławce, w oparach dymu z jej papierosa. I czasami, w środku nocy, tęsknię za nią tak bardzo, że brakuje mi tchu.
Bartosz, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pączki w tłusty czwartek miały zmiękczyć serce teściowej. Ale 1 jej uwaga wywołała lawinę wzajemnych oskarżeń”
- „Marzyłam o ciszy w Bieszczadach, ale znajomi woleli robić content w modnych ciuchach. Dawno nie najadałam się tyle wstydu”
- „Paragon grozy za pączki na tłusty czwartek pogrążył mojego męża. Odkryłam, że za nasze pieniądze udawał bogacza przed rodziną”