„W domu ciągnie od okien i bieda aż piszczy, ale syn ani myśli o zarobku. Nie mam, co liczyć ani na uszczelki, ani na pomoc”
„Drzwi trzasnęły, a ja zostałam sama z przeciągiem i myślami. Podeszłam do okna i przycisnęłam ramę dłonią. Przez chwilę miałam ochotę krzyknąć, ale zamiast tego usiadłam na krześle i zamknęłam oczy. Zrozumiałam, że nie chodzi już tylko o pieniądze czy uszczelki. Chodziło o mur, który rósł między nami, dzień po dniu, w ciszy i chłodzie”.

- Redakcja
Zimą w naszym domu zawsze było czuć chłód, nawet gdy kaloryfery były gorące. Przeciąg wślizgiwał się przez stare okna, a ja łapałam się na tym, że liczę każdy grosz, zanim pójdę do sklepu. Najbardziej bolało jednak nie to, że brakuje na uszczelki czy rachunki, tylko świadomość, że mój własny syn nawet nie próbował wziąć na siebie odrobiny odpowiedzialności.
Byłam z tym zupełnie sama
Najgorzej było rano. Wstawałam przed świtem, zakładałam sweter na piżamę i szłam do kuchni, gdzie firanka poruszała się lekko, jakby ktoś ją dotykał niewidzialną ręką. Okno skrzypiało przy każdym podmuchu wiatru. Postawiłam czajnik na kuchence i przez chwilę stałam bez ruchu, nasłuchując ciszy w całym domu. Ciszy przerywanej tylko równym oddechem syna zza ściany.
Kiedy wszedł do kuchni, nawet na mnie nie spojrzał. Sięgnął po kubek, nalał herbaty i usiadł przy stole, wpatrzony w ekran telefonu.
– Zimno dziś – powiedziałam ostrożnie. – Znowu ciągnie od okien.
– No – mruknął, nie podnosząc wzroku.
Poczułam, jak narasta we mnie napięcie. To „no” było jak zamknięte drzwi. Usiadłam naprzeciwko niego.
– Myślałam, że może… rozejrzysz się za czymś. Choćby na kilka godzin w tygodniu – dodałam ciszej.
Uniósł głowę, westchnął i odsunął kubek.
– Mamo, teraz nie ma sensu. I tak nigdzie nie biorą.
– Nawet nie próbowałeś – odpowiedziałam szybciej, niż planowałam. – A ja już nie mam z czego dokładać.
Zapadła niezręczna cisza. Wstał, zarzucił bluzę i ruszył do wyjścia.
– Wychodzę – rzucił krótko. – Wrócę później.
Drzwi trzasnęły, a ja zostałam sama z przeciągiem i myślami. Podeszłam do okna i przycisnęłam ramę dłonią, jakby to mogło coś zmienić. Przez chwilę miałam ochotę krzyknąć, ale zamiast tego usiadłam na krześle i zamknęłam oczy. Zrozumiałam, że nie chodzi już tylko o pieniądze czy uszczelki. Chodziło o mur, który rósł między nami, dzień po dniu, w ciszy i chłodzie.
Nie dawałam sobie rady
Po jego wyjściu długo krzątałam się bez sensu, jakbym szukała zajęcia, które uciszy myśli. W końcu usiadłam przy stole i wysypałam z portfela drobne. Monety potoczyły się po blacie, jedna spadła na podłogę i zadźwięczała cicho. Ten dźwięk zabolał bardziej, niż powinien. Zaczęłam liczyć, potem przeliczyłam jeszcze raz, licząc, że nagle będzie ich więcej.
Po południu przyszła sąsiadka z dołu. Przyniosła słoik dżemu i uśmiech, który nie sięgał oczu.
– U was też tak ciągnie? – zapytała, rozglądając się po kuchni. – U mnie to już ręce opadają.
– Ciągnie – odpowiedziałam. – Ale na razie musi wystarczyć koc pod okno.
Pokiwała głową ze zrozumieniem, a ja poczułam wstyd, choć przecież nie zrobiłam nic złego. Gdy wyszła, spojrzałam na zegar. Syn nadal nie wracał. Zrobiłam obiad, choć nie byłam pewna, czy ktokolwiek go zje. Wrócił dopiero wieczorem, policzki miał czerwone. Zdjął buty i od razu poszedł do pokoju.
– Obiad gotowy – powiedziałam za nim. – Ziemniaki stygną.
Zatrzymał się w drzwiach.
– Nie jestem głodny.
– Usiądź na chwilę – poprosiłam. – Musimy porozmawiać.
Westchnął, ale wrócił do kuchni. Wyjęłam z szuflady rachunki i położyłam je na stole.
– Zobacz – zaczęłam spokojnie. – Ja tego sama nie udźwignę. Nie teraz.
Patrzył na kartki, potem na mnie. W jego oczach mignęło coś, czego nie umiałam nazwać.
– Myślisz, że mi jest łatwo? – zapytał cicho. – Że nie widzę, jak tu jest?
– Widzę tylko, że uciekasz – odpowiedziałam. – A ja nie mam już dokąd.
Odwrócił wzrok. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a przeciąg znów poruszył firanką. Wiedziałam, że ta rozmowa jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczynała.
W końcu coś do niego dotarło
Noc była niespokojna. Słyszałam, jak kręci się w swoim pokoju, jak skrzypi łóżko, a potem zapada cisza. Leżałam wpatrzona w sufit i myślałam o tym, kiedy właściwie przestaliśmy ze sobą rozmawiać normalnie. Rano obudził mnie chłód i odgłos wiatru uderzającego w okno. Syn siedział już w kuchni. Tym razem bez telefonu. Patrzył w pusty kubek.
– Nie spałaś? – zapytał, gdy mnie zobaczył.
– A ty? – odpowiedziałam pytaniem.
Wzruszył ramionami. Nalałam mu herbaty, a sobie tylko ciepłej wody. Przez chwilę było prawie spokojnie.
– Byłem wczoraj u Marka – odezwał się nagle. – Znalazł pracę na budowie. Na krótko, ale zawsze coś.
Spojrzałam na niego uważnie, bo bałam się, że jest za wcześnie na radość.
– I co? – zapytałam ostrożnie.
– Powiedział, że może zapytać. Ale to nie takie proste – dodał szybko. – Trzeba wcześnie wstawać, dojeżdżać…
– Ja też wcześnie wstaję – przerwałam mu. – I nie mam wyboru.
Zamilkł. Wstał, podszedł do okna i dotknął ramy.
– Tu naprawdę ciągnie – powiedział cicho. – Jak byłem młodszy, nie zwracałem na to uwagi.
Te słowa trafiły we mnie mocniej niż jakikolwiek wyrzut. Podeszłam bliżej.
– Ja też kiedyś nie zwracałam – przyznałam. – Myślałam, że wszystko jakoś się ułoży.
Odwrócił się do mnie.
– Boję się, że jak pójdę tam, to utknę na zawsze – powiedział nagle. – Że już nic innego się nie wydarzy.
– A ja boję się, że jeśli nie pójdziesz nigdzie, to wszystko nam się rozsypie – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam.
Stał chwilę w miejscu, jakby ważył coś w myślach. Potem skinął głową.
– Dobra. Zadzwonię do niego jeszcze dziś.
Nie rzuciłam się mu w objęcia z radości. Uśmiechnęłam się tylko lekko. Wiedziałam, że to nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie jestem z tym sama.
Zatliła się we mnie nadzieja
Minęło kilka dni, zanim naprawdę uwierzyłam, że coś się zmienia. Nie były to wielkie rzeczy, raczej drobiazgi, które wcześniej umykały. Syn rano szybciej wstawał, krzątał się po pokoju, raz nawet zapytał, czy wyprasuję mu koszulę. Udawałam obojętność, choć w środku wszystko we mnie drżało.
Tego dnia wyszedł wcześniej niż zwykle. Zostałam sama w domu, z zegarem tykającym głośniej niż kiedykolwiek. Sprzątałam kuchnię powoli, jakbym chciała zatrzymać czas. Przeciąg nadal był, okno nadal niedomagało, ale cisza nie była już tak ciężka. Wrócił po południu. Zobaczyłam go przez szybę, zanim zdążył przekręcić klucz. Miał opuszczone ramiona, ale krok pewniejszy niż zwykle.
– I jak? – zapytałam, zanim jeszcze zdjął buty.
Spojrzał na mnie i przez chwilę milczał. Serce mi zamarło.
– Przyjmą mnie – powiedział w końcu. – Na próbę. Od przyszłego tygodnia.
Usiadłam ciężko na krześle, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
– Na próbę to też coś – dodał szybko. – Nie obiecuję cudów, ale… spróbuję.
– Tego właśnie chciałam – odpowiedziałam. – Żebyś spróbował.
Wieczorem siedzieliśmy razem w kuchni. On opowiadał o ludziach, których tam poznał, ja słuchałam uważnie, nie przerywając. W pewnym momencie wstał i bez słowa podłożył zwinięty ręcznik pod okno.
– Na razie musi wystarczyć – powiedział z lekkim uśmiechem.
Pokiwałam głową. To był drobiazg, ale znaczył więcej niż pieniądze, których jeszcze nie było. Czułam zmęczenie, ale też coś nowego – ostrożną nadzieję, która nie krzyczała, tylko siedziała cicho obok mnie.
To zmieniło wszystko
Pierwszą wypłatę przyniósł do domu w zmiętej kopercie. Położył ją na stole tak, jakby to był zwykły papier, a nie coś, co ważyło więcej niż wszystkie rachunki razem. Patrzyłam na nią chwilę, nie dotykając.
– To nie jest dużo – powiedział szybko. – Ale chciałem…
– Wiem – przerwałam mu. – Wystarczy.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Nie było fanfar ani wzruszających słów. Było za to coś, czego dawno nie czułam: spokój. Następnego dnia poszłam do sklepu budowlanego i kupiłam najtańsze uszczelki. Montowaliśmy je razem, nieporadnie, śmiejąc się z własnych błędów. Wiatr w końcu przestał gwizdać przez okno, firanka znieruchomiała.
Wieczorem zrobiłam kolację. Prostą, ale ciepłą. Syn opowiadał o pracy, o zmęczeniu, o tym, że wcale nie jest łatwo. Słuchałam i wiedziałam, że to dopiero początek, że jeszcze będą trudne dni. Ale coś najważniejszego już się wydarzyło.
Bieda nie zniknęła jak za dotknięciem ręki. Dom nadal był stary, rachunki nadal czekały, wisiało nad nami widmo remontu. Tylko że chłód się zmniejszył, nie tylko w tych czterech ścianach, ale przede wszystkim między nami. A to zmieniało wszystko.
Maria, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki dostałam od męża 4 róże. Cieszyłam się, bo nie wiedziałam, co to znaczy. Ale pech dał o sobie znać”
- „Na imieniny dałam teściowej koc elektryczny, a ta się obraziła. Niech potem nie narzeka, że dużo płaci za ogrzewanie”
- „Mąż zaprosił mnie na walentynkową kolację i zapomniał portfela. Zamiast deseru zaserwował mi kolejne rozczarowanie”