Reklama

Czasem mam wrażenie, że moje życie sprowadza się do dwóch rzeczy: szkoła i myjnia. Rano lekcje, po południu robota, wieczorem szybki prysznic, odrabianie czegoś na kolanie i spanie. I tak codziennie, jakbym był już dorosły, chociaż dopiero co osiemnastka stuknęła. Ale pieniądze same się nie zrobią, a w domu się nie przelewa.

Mieszkamy we czwórkę — ja, młodszy brat, mama i ojciec. Mama pracuje w sklepie spożywczym i wraca zmęczona tak, że czasem zasypia z kubkiem herbaty w ręce. Ojciec robi na budowie, twardy chłop, ale niewiele mówi, chyba że trzeba kogoś zrugać. No, to wtedy mówi aż za dużo.

Najbardziej żal mi brata. Ma jedenaście lat i ciągle marzy o konsoli. O tej jednej konkretnej, którą ogląda na filmikach w sieci. Za każdym razem, kiedy mu się oczy świecą, a mama tylko cicho mówi: „Synku, może kiedyś… Teraz nie damy rady”, wtedy czuję, jak mnie od środka coś ściska.

Musiałem to dla niego zrobić

Kilka dni temu siedzieliśmy razem w pokoju, on rysował jakieś potwory do gry, którą sobie wymyślił, a ja rozwieszałem mokre ubrania po praniu.

– Tomek… – zaczął nieśmiało.

– No?

– A jak będę starszy… myślisz, że będę mógł mieć konsolę?

Uśmiechnąłem się, choć zakłuło mnie to pytanie.

– Jasne, że tak.

– A ty? Ty byś chciał? – spojrzał na mnie poważnie.

– Ja? – parsknąłem śmiechem. – Ja to bym chciał, żebyś miał. I żebym mógł z tobą zagrać, zanim będziesz taki duży, że mnie przegonisz.

Przytulił mnie wtedy tak, jak rzadko to robi.

Fajnie mieć takiego brata jak ty.

I wtedy do mnie dotarło. Po prostu wiedziałem, że muszę mu kupić tę konsolę. Choćby kosztowała mnie cały miesiąc życia bez drożdżówki, bez kina, bez niczego.

W środku czułem mieszaninę zmęczenia i jakiejś dziwnej siły. Jakby to miało być najważniejsze, co zrobię od dawna. Może nawet kiedykolwiek.

Miałem już plan działania

Kiedy podjąłem decyzję, poczułem dziwny spokój. Wiedziałem, ile kosztuje konsola, więc pierwsze, co zrobiłem, to usiadłem przy biurku i rozpisałem sobie na kartce cały miesiąc. Moje zarobki z myjni nie były wielkie, ale miałem jeszcze trochę oszczędności. Wychodziło, że jeśli nie kupię sobie nic dodatkowego, uzbieram kwotę jeszcze przed Wigilią. Musiałem tylko wziąć więcej zmian.

Następnego dnia po lekcjach podszedłem do kierownika zmiany. Stał za drzwiami magazynu, jak zawsze, kiedy chciał chwilę spokoju.

– Szefie… – zacząłem niepewnie.

– No?

– Mogę wziąć więcej godzin? Nawet te wieczorne.

Kierownik spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Uczysz się przecież.

– Dam radę. Naprawdę potrzebuję forsy.

– Na co?

– Na coś ważnego.

Popatrzył jeszcze raz, jakby chciał ze mnie wyczytać prawdę.

– Dobrze, chłopie. Ale nie przychodź mi tu padnięty tak, że nie będziesz w stanie umyć jednego auta.

Przyjąłem to jak obietnicę i od razu wzięło mnie jakieś dziwne napięcie. Z jednej strony wiedziałem, że dam z siebie wszystko. Z drugiej bałem się, że po tygodniu padnę i wszystko się rozsypie. Jednak myśl o bracie działała lepiej niż kawa. Kiedy byłem blisko rezygnacji, wracał mi przed oczami jego uśmiech.

Byłem coraz bliżej celu

Po dwóch dniach dodatkowych zmian czułem już zmęczenie. Stałem przy myjce i szorowałem koła w jakimś dużym aucie, kiedy podszedł do mnie kolega, Mateusz. Pracowaliśmy razem prawie od roku.

– Ej, Tomek, co ty tak harujesz? – zapytał.

– Trzeba.

– Na co odkładasz?

Spojrzałem na pianę spływającą po felgach.

Na coś ważniejszego niż własna zabawa.

– Brzmi poważnie. Pomóc ci w czymś?

– Wystarczy, że nie będziesz mnie namawiał na wyjścia po pracy.

– Oho, czyli naprawdę coś jest na rzeczy.

Uśmiechnął się, ale bez kpiny. Wiedziałem, że mnie lubił, bo byłem raczej spokojny i nie robiłem dramatu z byle czego. Kiedy odszedł, oparłem się na chwilę o auto. Czułem, jakby każdy mięsień odmówił współpracy. Wracałem potem do domu i siadałem przy biurku, żeby odrobić cokolwiek do szkoły. Nieraz kończyłem późno. Ale mimo zmęczenia trzymała mnie myśl, że dzień po dniu jestem bliżej celu.

W weekend, kiedy inni spali dłużej, ja wstawałem wcześniej, bo złapałem dodatkowe godziny. Otwierałem drzwi szatni, zakładałem fartuch i powtarzałem sobie w głowie cenę konsoli, żeby się nie poddać. Wiedziałem, że jeśli nie dotrwam, brat wciąż będzie tylko patrzył na ekrany w sklepie. A ja nie mogłem na to pozwolić.

Po tygodniu miałem odłożoną pierwszą część pieniędzy. Mało, ale dla mnie to był ogromny krok. Usiadłem wtedy na łóżku i trzymałem banknoty w dłoniach, czując jednocześnie dumę i narastającą obawę, czy na pewno zdążę na czas.

Czułem się rozdarty

W Wigilię wróciłem z myjni wcześniej, bo chciałem zdążyć przed bratem. Miałem już przygotowane pudełko po butach, w które włożyłem używaną konsolę kupioną dzień wcześniej. Polerowałem ją chyba z dziesięć minut, jakbym oddawał mu coś cenniejszego niż sprzęt. Mimo zmęczenia czułem napięcie, które było czymś między radością a lękiem, czy wszystko pójdzie tak, jak sobie wyobrażałem.

Brat wszedł do pokoju, jeszcze w kurtce.

– Tomek, co to? – zapytał, gdy podałem mu pudełko.

– Otwórz.

Uklęknął na dywanie i zdjął pokrywkę. Najpierw spojrzał, jakby nie wierzył, że widzi to, co widzi. Potem objął mnie nagle, mocno, całym sobą.

– Tomek, naprawdę to dla mnie?

– Dla kogo innego? – próbowałem utrzymać głos, ale coś mnie ścisnęło w gardle.

Mama stała w progu, zasłaniając usta dłonią.

– Jesteś wspaniały, Tomek – powiedziała cicho.

Ojciec podszedł wolniej, zmierzył prezent i mnie jednym spojrzeniem.

Na głupoty masz, a do szkoły nie chodzisz – mruknął.

Zrobiło mi się gorąco. Brat patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby bał się, że zaraz wybuchnę. Mama próbowała coś powiedzieć, ale ojciec poszedł do kuchni, trzasnąwszy drzwiami. Czułem w sobie rosnącą złość, choć nie chciałem jej pokazać przy bracie. Nie rozumiał, że cały miesiąc wyrzekałem się wszystkiego, żeby sprawić mu tę chwilę.

Brat przytulił się jeszcze raz, jakby chciał załagodzić sytuację.

– Dziękuję, Tomek. To najlepszy dzień.

A ja stałem tam między jego radością a krytyką ojca i czułem się rozdarty. Chciałem się cieszyć, ale nie umiałem.

Musiałem się uspokoić

Po kolacji próbowałem udawać, że nic się nie stało, ale w środku czułem napięcie. Brat grał już na konsoli, mama krzątała się po kuchni, a ojciec siedział przy stole, stukając łyżeczką o kubek. Każde uderzenie działało mi na nerwy bardziej niż poprzednie. W końcu nie wytrzymałem. Wstałem, podszedłem do przedpokoju i zacząłem zakładać buty.

– Dokąd idziesz? – zapytała mama.

– Przewietrzyć się – odpowiedziałem krótko.

Ojciec rzucił tylko:

– No tak, jak zwykle.

To jedno zdanie było gorsze niż cały dzień pracy. Wyszedłem, zanim zepsułem bratu wieczór. Na dworze było zimno, a powietrze pachniało dymem z kominów. Szedłem przed siebie, aż poczułem, że szczęka drży mi nie tylko z chłodu.

Miałem mętlik w głowie. Zastanawiałem się, czemu ojciec nigdy nie próbował mnie zrozumieć. Przecież nie robiłem nic złego. Uczyłem się, pracowałem, starałem się. Chciałem dać bratu coś, o czym marzył. Czy to naprawdę było takie niedobre?

Przy przystanku stał starszy mężczyzna, czekając na autobus. Spojrzał na mnie i rzucił:

– Zimno dziś, młody.

– Trochę tak – odpowiedziałem, choć miałem ochotę milczeć.

– Lepiej się nie denerwować na mrozie, szkoda zdrowia.

Kiwnąłem głową, ale te słowa jakoś we mnie utkwiły. Chyba było po mnie widać, że próbuję przetrawić w myślach coś ciężkiego.

Poszedłem dalej. Usiadłem na ławce przy osiedlu i wziąłem kilka głębokich oddechów. Wiedziałem, że muszę ochłonąć, zanim wrócę. Nie mogłem wybuchnąć przy bracie ani przy mamie. Próbowałem sam siebie uspokoić, powtarzając w głowie, że zrobiłem coś dobrego. Że warto było.

W końcu, gdy poczułem, że ochłonąłem na tyle, żeby mówić spokojnie, wstałem i ruszyłem w stronę domu. Światła paliły się jeszcze w oknie brata. To daje mi siłę, pomyślałem.

To mi dawało siłę

Gdy wróciłem, w domu było już cicho. Mama sprzątała z kuchennego stołu, a brat siedział na dywanie, z konsolą obok, jakby czekał, czy jeszcze dam radę z nim zagrać. Ojca nie było widać, pewnie poszedł spać albo udawał, że śpi.

– Już lepiej? – zapytała mama, nie odwracając się od zlewu.

– Tak – odpowiedziałem, chociaż nie byłem pewien, czy to prawda.

Nie przejmuj się. Twój ojciec… czasem mówi rzeczy, których potem żałuje.

– Wiem – powiedziałem, ale nie do końca to czułem.

Podszedłem do brata.

– Zagramy jutro? – zapytał cicho.

– Jasne. Dziś jesteś zbyt dobry, żeby z tobą wygrać – próbowałem się uśmiechnąć.

Uśmiechnął się szeroko, jakby zapomniał o całym zamieszaniu.

Wszedłem do swojego pokoju i usiadłem na łóżku. Czułem jeszcze w sobie resztki złości, która nie chciała całkiem odpuścić. Było mi trudno pogodzić się z tym, że ojciec potrafił jednym zdaniem odebrać mi całą radość. Przecież pracowałem cały miesiąc, rezygnowałem ze wszystkiego. Chciałem zrobić coś dobrego.

Patrzyłem w sufit i próbowałem znaleźć odpowiedź, dlaczego tak łatwo przyszło mu mnie zranić. Może po prostu był taki, może inaczej nie umiał. A może liczył się tylko sposób, w jaki ja patrzyłem na to, co zrobiłem. W końcu doszło do mnie jedno: brat był szczęśliwy. Mama była wzruszona. Ja dotrzymałem słowa, jakie dałem sam sobie. To było więcej warte niż jakakolwiek uwaga ojca.

Położyłem się i zamknąłem oczy. Wiedziałem, że wciąż będę mieć w sobie trochę goryczy, ale obok niej było też poczucie, że zrobiłem coś ważnego. I to dawało mi siłę, której wcześniej nie miałem.

Tomasz, 18 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama