Reklama

Telefon od matki: „Patryk, prześlesz coś? Pralka padła”. Bez „cześć”, bez „jak się masz”. Od siostry wiadomość: „Ojciec chory, zrób coś z tym”. Zawsze tylko: zrób coś, prześlij coś, ogarnij coś. Zarabiam więcej, niż kiedykolwiek marzyłem, ale czuję się pusty.

Chciałem, żeby byli ze mnie dumni, żeby powiedzieli choć raz: „Jesteśmy z ciebie dumni, Patryk”. Ale to nigdy nie padło. Zamiast tego słyszę tylko: „Skoro masz, to daj”. Czasem myślę, że wolałbym być biedny i mieć rodzinę, która mnie kocha. Zamiast tej, która pamięta o moim istnieniu tylko wtedy, gdy trzeba opłacić rachunek.

Jestem bankomatem, a nie synem

– Patryk, prześlesz coś? Padła pralka – matka rzuciła bez żadnego „cześć”, jakbym był jej bankomatem, nie synem.

– Nie mogę teraz, mam inne wydatki – odpowiedziałem spokojnie, choć w środku już mnie gotowało.

Ale jak to nie możesz? Przecież ty masz firmę! Po co ci tyle pieniędzy, skoro jesteś sam?

To „sam” ukuło mnie bardziej niż prośba o kasę.

– Wiesz co, mamo… Wolałbym być biedny i mieć rodzinę, która mnie kocha, a nie tylko dzwoni, jak coś się zepsuje – powiedziałem i się rozłączyłem.

Siedziałem w ciszy. Palce zaciskały się same. Chciałem coś rzucić, ale zamiast tego wyciągnąłem z szuflady zdjęcie. Ja jako dzieciak. W za dużym swetrze, z nosem czerwonym od zimna. Pamiętam ten dzień. Zamarzały nam szyby od środka, bo nie było ogrzewania. Poprosiłem wtedy mamę, żeby mnie przytuliła. Odpowiedziała: „Nie mam czasu na czułości, idź spać”. Czemu teraz miałbym mieć czas i pieniądze dla niej?

Tamtego dnia nie poszedłem do biura. Zostałem w domu, patrzyłem przez okno i wracałem myślami do tych wszystkich lat. Jak dorastałem wśród chłodu – dosłownie i emocjonalnie. Jak uczyłem się po nocach przy świetle latarki, bo nie płaciliśmy rachunków. Jak obiecałem sobie: Nigdy więcej. I dotrzymałem tej obietnicy. Tylko czemu teraz czuję, jakby coś we mnie pękało?

„Musisz coś robić”

Wiadomość od Sylwii, mojej siostry:

– Mama płakała. A ojciec ma znowu problemy. Musisz coś z tym zrobić.

„Musisz”. Jakby to wszystko było tylko na mojej głowie. Zadzwoniłem.

– Sylwia, możemy się spotkać? Pogadać normalnie?

Westchnęła głośno.

– Dobrze. Wpadnij jutro.

Wszedłem do jej mieszkania. Pachniało kawą i perfumami. Jakby specjalnie się przygotowała na ten teatrzyk.

– Co się dzieje z ojcem? – zapytałem, siadając przy stole.

– Był u specjalisty. Trzeba zrobić badania, leki są drogie… Ty przecież możesz pomóc – mówiła, nie patrząc mi w oczy.

– Gdzie byłaś, kiedy spałem w kurtce, bo nie było ogrzewania? – warknąłem.

Zamilkła. Ale tylko na chwilę.

– Ty zawsze wszystko wyolbrzymiałeś. Robisz z siebie męczennika. A teraz się wymądrzasz, bo masz pieniądze.

Bo sam do tego doszedłem. Bez was. Nie pamiętasz, jak się ze mnie śmiałaś, kiedy mówiłem, że będę miał własną firmę?

– Bo brzmiało to jak bajka. A ty byłeś… dziwny.

„Dziwny.” Moje ambicje to było dziwne?

– Teraz już nie jestem dziwny, tylko użyteczny, co? Tylko po to, żebyście mieli z czego żyć?

Spojrzała na mnie z pogardą.

– Przestań się mazać. Jesteśmy rodziną. Pomagamy sobie.

– Nie. Ja przez lata byłem sam. A wy tylko znikaliście, jak robiło się niewygodnie.

Wyszedłem. I po raz pierwszy naprawdę zwątpiłem – czy dobrze robię.

Dowiedziałem się, co o mnie myślą

Pojechałem do rodzinnego domu z papierami dla ojca. Powiedzieli, że potrzebne są podpisy i PESEL, więc zamiast wysyłać kuriera, pomyślałem: pojadę sam. Może wtedy porozmawiamy jak ludzie. Zatrzymałem się w przedpokoju. Drzwi do kuchni były przymknięte, a zza nich usłyszałem głos Sylwii:

– On ma poczucie winy. Jak go jeszcze trochę przyciśniemy, to zapłaci za wszystko. W końcu to jego obowiązek.

Matka westchnęła:

– Zawsze był naiwny. I tak do nas wróci, jak mu się powinie noga.

Poczułem, jak coś we mnie gaśnie. Jakby zgasło światło. Jakby ktoś podarł ostatni list, który jeszcze trzymałem od kogoś, kto kiedyś był rodziną. Wszedłem do kuchni. Obie zamarły.

– Nie wrócę. I nie zapłacę za czyjeś błędy – powiedziałem spokojnie, ale głos mi drżał. – Wiecie, zawsze miałem nadzieję, że może chociaż trochę... że was obchodzę. Ale teraz wiem jedno: nie obchodzę was. Nigdy nie obchodziłem.

Matka otworzyła usta, ale nie zdążyła nic powiedzieć. Wyszedłem, zanim cisza zdążyła się zamienić w tłumaczenia. Na schodach miałem ochotę usiąść i płakać jak dzieciak. Ale nie mogłem. Dorosły facet, właściciel firmy. Miałem być silny. Tylko... po co ta siła, skoro nikt jej nie chciał zobaczyć?

Ojciec nawet się nie zawahał

Ojciec leżał z głową odwróconą do ściany. Nadal był to ten sam człowiek, który przez lata mnie nie zauważał.

– Cześć – powiedziałem cicho.

Odwrócił się powoli. Spojrzał na mnie bez emocji.

– No proszę. Gwiazda się zjawiła.

Usiadłem.

– Nie przyszedłem tu, żeby się kłócić.

– To po co? Pokazać, że się udało? Że jesteś lepszy od nas?

Zacisnąłem zęby.

– Chciałem tylko... zapytać. Czy ty mnie w ogóle kiedykolwiek chciałeś?

Zamilkł. Przez chwilę myślałem, że mnie zignoruje, jak zawsze. Powiedział:

– Nie było cię w planach. Przynajmniej coś osiągnąłeś. Nie zmarnowałeś się jak reszta.

Nie wiedziałem, czy się śmiać, czy krzyczeć.

– Nigdy mnie nie zapytałeś, jak się czuję. Nigdy.

Bo nigdy mnie to nie obchodziło – powiedział bez cienia zawahania.

Wstałem. Czułem, że muszę wyjść, bo inaczej się rozpadnę.

– Dziękuję, tato. Teraz wiem wszystko.

Wyszedłem na korytarz i stałem tam kilka minut, nie mogąc złapać oddechu. Serce waliło mi jak młotem. Byłem wolny. Ale też pusty. Wsiadłem do auta i po prostu... jechałem. Bez celu. Po raz pierwszy od dawna nie wiedziałem, dokąd chcę dotrzeć.

Nic im już nie dam

– Stary, wyglądasz, jakbyś nie spał tydzień – Bartek, mój przyjaciel, wpatrywał się we mnie zmartwiony, odkładając laptopa. Siedzieliśmy w naszym biurze, ale dziś żadne z nas nie myślało o pracy.

– Nie spałem – przyznałem. – Wiesz, czasem myślę, że to ja jestem zły. Że może to ze mną coś nie tak.

– Mów.

I powiedziałem. Wszystko. O matce, o Sylwii, o tym, co usłyszałem w kuchni. I o ojcu – tej pustce, zimnej jak podłoga w piwnicy. Bartek nie przerywał. Tylko kiwał głową, czasem coś mruknął, ale bez oceniania.

W końcu powiedział:

– Nie możesz im oddać czegoś, czego sam nigdy nie dostałeś. Rodzina to nie krew, Patryk. Rodzina to wybór.

Spojrzałem na niego.

– Ale to boli. Jakby... jakby cały świat cię olał, a ty jeszcze próbujesz się do niego dobijać. I masz nadzieję, że ktoś w końcu otworzy.

A może już czas przestać pukać? – zapytał spokojnie. – Może czas zbudować swój dom. Nie z nimi. Z kimś innym. Z ludźmi, którzy cię widzą.

Zamilkliśmy.

– Wiesz, co jest w tym najgorsze? – zapytałem po chwili. – Że ja przez tyle lat wszystko robiłem po to, żeby oni mnie w końcu pokochali. A oni po prostu chcieli moje pieniądze.

Bartek pokiwał głową.

– Ale ty już nie musisz im nic udowadniać. Bo to, co masz, to twoje.

Zacisnąłem palce na kubku z kawą.

– Nic im już nie dam – powiedziałem cicho.

– I słusznie – odparł Bartek.

Patryk, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama