Reklama

Nie wiem, czy była taką kobietą od zawsze, czy po prostu ja stałam się dla niej katalizatorem złości. Moja babcia nigdy mnie nie przytuliła, nie zapytała, jak minął dzień, nie uśmiechnęła się na mój widok. Zawsze czułam się przy niej jak zbędny balast, niepotrzebny dodatek do rodzinnej układanki.

Byłam winna od urodzenia

– Znowu płacze. Jak zawsze. Ona tylko płacze, je i śmierdzi – usłyszałam, gdy miałam może cztery lata. Leżałam wtedy w pokoju na kanapie.

To były słowa mojej babci Zofii. Mówiła do mojej mamy, która wtedy milczała. Tak jak milczała prawie zawsze, gdy babcia wyrzucała z siebie kolejne żale, jad i oskarżenia.

– Zrujnowałaś sobie przez nią życie. Miałaś szansę na porządną pracę w biurze, a ty co zrobiłaś? Zrobiłaś sobie dziecko z tym nieudacznikiem i teraz masz – dodawała, z pogardą mówiąc o moim ojcu.

Nie znałam go. Zniknął jeszcze zanim zaczęłam mówić. Mama nigdy o nim nie opowiadała. Wiem tylko, że po porodzie została z babcią – bo nie miała dokąd pójść. I od tamtej pory żyłyśmy we trzy. Babcia często patrzyła na mnie, jakbym była brudem, który się nie zmywa. Przeszkadzałam jej, jakby moja obecność była hałaśliwym wyrzutem sumienia. Chciałam się starać. Uśmiechać się, być grzeczną. Ale to nigdy nie działało. Jej wzrok zawsze wbijał we mnie szpile.

– Tyle miałaś możliwości… a zostałaś matką tego dziecka – syczała do mamy.

Tego dziecka. Czyli mnie.

Siedziałam z zaciśniętymi ustami

Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie. Mieszkanie w bloku, dwie kobiety wychowujące dziewczynkę. Nikt nie wiedział, że między ścianami codziennie toczyły się małe wojny – bez krzyków, bez tłuczenia talerzy. Wszystko działo się po cichu. Najciszej, jak się dało.

– Nie dawaj jej więcej ziemniaków, jest już gruba – mówiła babcia, gdy mama nakładała mi obiad.

– Ma sześć lat. To dziecko ma jeść – odpowiadała cicho.

– Dziecko, dziecko... Patrz tylko, jak się rozpycha. Tatuś też miał brzuch. W genach to ma.

Siedziałam przy stole z zaciśniętymi ustami. Zawsze jadłam szybciej, niż chciałam. Najczęściej przy zasłoniętej firance, żeby nikt z okna bloku naprzeciwko nie widział, jak babcia komentuje każde moje przeżucie.

Czasem czułam, że mama chce mnie obronić. Próbowała coś powiedzieć, odciągnąć uwagę, wstawić się za mną. Ale babcia miała w oczach coś tak ostrego, że jedno jej spojrzenie potrafiło uciszyć wszystko.

Po latach zrozumiałam, że one też ze sobą walczyły. Mama nie miała broni, więc chowała się za milczeniem. A ja byłam polem bitwy. Każdy dzień, każda kolacja, każde spojrzenie – to była rozgrywka, w której byłam tylko pionkiem. I nie mogłam się z tej gry wypisać.

Nigdy mnie nie lubiła!

To był ten wieczór, kiedy pierwszy raz podniosłam głos. Miałam czternaście lat i dość wszystkiego. Wróciłam wtedy do domu później niż zwykle, bo po lekcjach poszłam z Olą do jej mieszkania. Jej mama zaproponowała mi herbatę, a ja zamarłam, kiedy powiedziała:

– Zostań jeszcze chwilę, dobrze cię widzieć uśmiechniętą.

Tego nikt u mnie w domu nie mówił.

Gdy weszłam, babcia siedziała w kuchni. Mama coś mieszała w garnku, skulona. I wtedy się zaczęło.

– A gdzieś się włóczyła, gówniaro? – zapytała babcia lodowatym tonem.

– U koleżanki byłam – rzuciłam, zdejmując kurtkę.

– Oczywiście. Dostaniesz brzucha jak twoja matka kiedyś. Wtedy też wróciła do domu z brzuchem i wielkimi planami.

– Dość! – krzyknęłam. – Nigdy mnie nie lubiłaś. Zawsze byłam problemem, prawda?

Babcia zamarła. Mama też. Cisza ciążyła w powietrzu, aż w końcu staruszka się podniosła.

– Bo przez ciebie moja córka nigdy nie miała życia! Przez ciebie! – wrzasnęła.

Mama upuściła łyżkę. Nie spojrzała na mnie, nie odezwała się. A ja wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że nie chodziło tylko o niechęć. Babcia wierzyła, że ja odebrałam jej córce wszystko.

Po tych słowach zrozumiałam mamę

Mama przyszła do mnie tej nocy. Cicho, jakby się bała, że babcia ją usłyszy. Usiadła na brzegu łóżka i przez chwilę tylko patrzyła na moje dłonie, splecione nerwowo na kołdrze.

– Nie chciałam, żeby to tak wyglądało – powiedziała cicho. – Nigdy nie planowałam, że to wszystko się tak potoczy.

Nie odpowiedziałam. Czekałam.

– Byłam w trzeciej klasie technikum, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Twój ojciec… On był inny. Spokojny, trochę zamknięty w sobie. Ale byłam w nim zakochana. A potem zniknął. I zostałam sama. Mama powiedziała, że jak zdecyduję się na dziecko, to mam zapomnieć o maturze, o pracy, o życiu.

– I co zrobiłaś? – spytałam, chociaż znałam odpowiedź.

– Zostałam. Dla ciebie. Ale nie umiałam się jej postawić. Nie wtedy. Zawsze byłam taka… miękka. U niej nie było miejsca na słabości. A ty byłaś moją największą słabością. I siłą jednocześnie.

Płakała wtedy. Po raz pierwszy tak naprawdę, głośno, bez kontroli. Przytuliła mnie do siebie, a ja czułam, jak jej łzy spadają mi na szyję. Nie była zła. Czuła się słaba. I przez całe życie próbowała zadowolić kobietę, która nie umiała kochać ani jej, ani mnie.

Nie jestem nią – i nigdy nie będę

Miałam siedemnaście lat, kiedy babcia pierwszy raz powiedziała mi, że mam „taki sam głupi wyraz twarzy jak matka”. Stałam wtedy w przedpokoju z kluczami w dłoni. Miałam wychodzić na spotkanie z chłopakiem, który naprawdę mnie lubił. Miałam być szczęśliwa. A znów czułam się do niczego.

Wiesz, jak się to wszystko skończy? – rzuciła z progu kuchni. – Urodzisz bachora i wrócisz tutaj z płaczem. Będziesz siedzieć na tej samej kanapie co twoja matka i tak samo zmarnujesz sobie życie.

Zamarłam. Przez chwilę myślałam, że ją uderzę. Albo siebie. Albo ucieknę z domu i nigdy nie wrócę. Ale zrobiłam coś innego.

– Nie jestem nią. I nigdy nie będę – powiedziałam spokojnie, choć głos mi drżał. – I nie masz nade mną żadnej władzy. Już nie.

Wyszłam i nie wróciłam przez trzy dni. Nocowałam u Oli. Jej mama przytuliła mnie tak, jak zawsze marzyłam, żeby zrobiła to moja.

Kiedy wróciłam, babcia już nic nie powiedziała. Ale patrzyła tak, jakby przegrała coś ważnego. Może walkę o kontrolę. Może wreszcie zrozumiała, że nie da się mnie złamać. Już nie.

Ludzie, którzy nie potrafią kochać

Babcia zmarła, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata. W szpitalu, po krótkiej, ale ciężkiej chorobie. Mama była przy niej codziennie. Ja – nie. Odwiedziłam ją raz. Weszłam do sali i zobaczyłam drobną, skurczoną kobietę, która kiedyś potrafiła rozedrzeć powietrze samym spojrzeniem.

Nie patrzyła na mnie. Nie powiedziała nic. Ja też nie. Usiadłam obok i przez dwadzieścia minut słuchałam oddechu, który brzmiał jak skradzione minuty. Czekałam, że spojrzy. Że powie cokolwiek. Może: „przepraszam”. Może: „nie wiedziałam, jak inaczej”. Może chociaż „dziękuję, że przyszłaś”.

Nie powiedziała nic. Nawet kiedy wychodziłam. Nawet kiedy zamykałam drzwi. Po jej śmierci nie płakałam. Za to mama płakała jak dziecko. Trzymałam ją wtedy za rękę i czułam, jak pod skórą drży żal za całe niespełnione życie. I za to, że nigdy nie usłyszała od niej, że jest wystarczająco dobra.

Wiem, że są ludzie, którzy nie potrafią kochać. Babcia była jedną z nich. Do końca wierzyła, że jej sposób to jedyny właściwy. I chyba w tym była najbardziej samotna. A ja? Mam swoje życie. Oddycham swobodnie. I nie czekam już na wybaczenie. Bo wiem, że nigdy go nie dostanę.

Natalia, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama