„W każdy Dzień Babci czułam pustkę, bo rodzice zerwali kontakt z dziadkami. Przypadkiem dowiedziałam się, co się stało”
„Nie znałam jej dobrze. Babcia Zofia była tą postacią z opowieści, której imię wypowiadało się szeptem, a wspomnienia o niej zawsze kończyły się napiętą ciszą. Rodzice powtarzali, że lepiej, żebym nie miała z nią kontaktu, bo nie zasłużyła na drugą szansę”.

- Redakcja
Rodzice twierdzili, że znają doskonale moją babcię i wiedzą, do czego jest zdolna. Przez większość dzieciństwa nie kwestionowałam tego. W końcu dzieci słuchają dorosłych. Aż do dnia, gdy świat mi się rozpadł i nagle nikt poza nią nie potrafił mi pomóc. Wtedy zaczęłam rozumieć więcej.
„Nie zasłużyła, by być częścią naszej rodziny”
Mama nie znosiła, gdy ktoś wspominał o babci. Wystarczyło, że gdzieś na ulicy zobaczyła kobietę w podobnym wieku z siwym kokiem, a jej twarz momentalnie tężała. Kiedyś zapytałam, dlaczego nie jeździmy do babci na święta, skoro wszystkie dzieci mają dwie babcie. Odpowiedziała wtedy, bez cienia wahania:
– Ta druga nie zasłużyła, żeby być częścią naszej rodziny.
Miałam wtedy osiem lat i nie zrozumiałam, co to znaczy. Nie drążyłam. Z czasem sama zaczęłam mówić, że mam tylko jedną babcię. Tak było prościej. A ta jedna, mama mojego taty, zawsze przysyłała kartki na urodziny – kolorowe, pachnące lawendą. Chowałam je do pudełka i nigdy nikomu nie pokazywałam.
W liceum zapytałam tatę o babcię Zofię, ale tylko spuścił wzrok.
– To trudna sprawa. Po prostu… kiedyś zrobiła coś, czego nie da się cofnąć.
Nie odpowiedział, co to było. Miałam wrażenie, że sam nie chciał o tym pamiętać. I chociaż nie mówiło się o niej otwarcie, wisiała nad nami jak cień – niewidoczna, ale obecna. Ktoś, kogo trzeba było się bać, choć nie wiedziałam dlaczego.
Spisałam adres na kartce
Gdy miałam piętnaście lat, znalazłam w kuchennej szafce kopertę z adresem babci. Była zatytułowana „nie wysyłać” i leżała pomiędzy rachunkami. Zanim zdążyłam pomyśleć, co robię, spisałam adres na kartce i schowałam ją w notesie. Czułam, jakbym popełniła coś zabronionego – coś, co mogło zmienić wszystko.
Nigdy jednak jej nie wysłałam wiadomości. Bałam się reakcji rodziców. Wiedziałam, że jeśli się dowiedzą, może dojść do czegoś poważniejszego niż tylko krzyk. Ich decyzja, żeby ją odciąć, była ostateczna. Pamiętam raz, jak babcia próbowała przyjść pod nasz dom. Mama nie otworzyła drzwi. Stała w oknie, patrząc na nią, jakby była zupełnie obca. Babcia odeszła po kilku minutach, powoli, bez słowa. A mama długo jeszcze siedziała w kuchni i gapiła się w stół.
– Już nigdy więcej – powiedziała w końcu.
Od tamtej pory nikt nie wypowiedział jej imienia. Czasem myślałam, co takiego trzeba było zrobić, żeby zasłużyć na taki gniew. Żadna kłótnia nie może być aż tak wielka, prawda? A jednak dla mojej rodziny te drzwi były zamknięte na zawsze. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Tata ukrywał kontakt z babcią
Byłam w drugiej klasie liceum, kiedy mama zaczęła częściej jeździć do szpitala. Najpierw mówiła, że to rutynowe badania. Potem, że to nic poważnego. Aż w końcu przestaliśmy udawać. Była poważnie chora. Wszyscy się bali, ale każdy trzymał się pozorów. Tylko że one niczego nie naprawiały.Ojciec był przy niej, ale coraz częściej nie wracał na noc. Siedział w pracy albo spał u znajomych, bo – jak twierdził – nie mógł znieść zapachu szpitala. Ja zostawałam sama. Miałam 17 lat i nie potrafiłam powiedzieć, co się ze mną dzieje. Chodziłam po domu jak cień. Wszystko było ciche, jakby czekało na coś gorszego.
Którego wieczoru po powrocie z odwiedzin mamy, zauważyłam, że ojciec zapomniał zabrać telefonu. Chciałam mu go zanieść, ale coś mnie tknęło. Odblokowałam ekran. Była tam tylko jedna wiadomość: „Może lepiej będzie, jak przyjdziesz do mnie. Ona i tak już wie”.
Zadrżały mi ręce. Czułam, jak powietrze staje się gęstsze. Czyżby...? To wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może nie tylko mama przez lata coś ukrywała. Telefon zadzwonił późnym wieczorem, gdy leżałam w łóżku z głową pod kołdrą. Nieznany numer. Odebrałam, bo bałam się, że to ze szpitala.
– Dobry wieczór... Czy to Ty jesteś wnuczką Zofii? – zapytała kobieta po drugiej stronie.
– Tak... – odparłam ostrożnie.
– Mówi sąsiadka pani Zofii. Twoja babcia jest w szpitalu. Zostawiła karteczkę z numerem do Ciebie. Powiedziała, że tylko ty możesz jeszcze do niej przyjść.
Zaniemówiłam. Nie wiedziałam, skąd miała mój numer. Nie wiedziałam też, jakim cudem to wszystko się teraz wydarzało. Przecież od lat nie mieliśmy kontaktu. A jednak coś kazało mi wstać, ubrać się i wyjść z domu. Szpital był mały, na obrzeżach miasta. Weszłam niepewnie, zapytałam o babcię. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali. Była blada, słaba, ale gdy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się lekko.
– Wiedziałam, że przyjdziesz – szepnęła.
Usiadłam obok niej. Przez chwilę nie mówiłyśmy nic. Patrzyłam na nią i czułam, że to spotkanie coś zmieni. Nie wiedziałam jeszcze co, ale wiedziałam, że to nie będzie koniec.
Nie wiedziałam, co myśleć
Siedziałam przy niej całą noc. Czuwałam, choć nie wiedziałam, po co. Może chciałam zrozumieć, kim tak naprawdę była ta kobieta, o której tyle lat milczano. Rano babcia otworzyła oczy. Poprosiła o wodę. Podałam jej kubek i wtedy, jakby bez ostrzeżenia, zaczęła mówić.
– Twoja mama... była wtedy młoda. Młodsza niż ty teraz. A ja byłam surowa. Chciałam, żeby była kimś lepszym ode mnie, więc naciskałam. Aż nie wytrzymała.
Słuchałam w ciszy. Mówiła o kłótni, która rozdzieliła ją z rodziną. O tym, że nie potrafiła przeprosić. Że była dumna i głupia. I o tym, jak próbowała wrócić, ale drzwi zawsze były zamknięte.
– Twój tata chciał się pogodzić. Ale mama... nie mogła. Za dużo w niej było bólu.
W oczach babci pojawiły się łzy. Wzięłam ją za rękę.
– Dobrze, że tu jesteś – powiedziała cicho.
Wyszłam ze szpitala z głową pełną niepoukładanych myśli. Chciałam z kimś o tym porozmawiać. Następnego dnia powiedziałam rodzicom, że byłam u babci. Ojciec usiadł i schował twarz w dłoniach. Mama nie powiedziała nic. W jej oczach pojawił się cień, który znałam od zawsze.
Nie spodziewałam się takiej reakcji
Gdy wróciłam do domu po tych wszystkich wydarzeniach, poczułam dziwną lekkość. Rodzice siedzieli przy stole, milczący, jakby nie wiedzieli, od czego zacząć. Obejrzałam ich uważnie i dostrzegłam w oczach mamy coś, czego wcześniej tam nie było – skruchę, ale też ulgę. Powoli zaczęli opowiadać, co się działo przez te wszystkie lata, tłumacząc, że chcieli mnie chronić, że każda ich decyzja wynikała z lęku, a nie z nienawiści.
– Przepraszamy, że tak długo ją odpychaliśmy – powiedziała mama. – Myśleliśmy, że to najlepsze, ale chyba się myliliśmy.
Ojciec przytaknął, a ja poczułam, że przez lata nosiłam ciężar, którego nie powinnam była dźwigać sama. Babcia nie tylko przywróciła kontakt, ale i pokazała, że nie wszystko jest czarno-białe. Dzięki niej zrozumiałam, że rodzina czasami wraca inną drogą, że wybaczenie jest trudne, ale możliwe. Nie wszystko stało się idealne, nie wszystko od razu było jasne, ale przynajmniej drzwi, które były kiedyś zamknięte, zaczęły się uchylać. I to wystarczyło, żeby poczuć, że świat znów może być trochę bezpieczniejszy, mimo że pozostaje pełen cieni i niedopowiedzeń.
Julia, 19 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Cały Dzień Babci czekałam na wizytę wnuczki, a dostałam tylko krótki telefon. Nawet nie wie, co dla niej przeszłam”
- „Nie stać mnie na ferie w górach z dziećmi. Każde wyjście do dyskontu, to strach, że zobaczę w ich oczach pogardę”
- „Mieliśmy z mężem układ: ja robiłam karierę, a on zajmował się domem. Szybko jednak znudziło mu się pranie i sprzątanie”