Reklama

Są kobiety, które po sześćdziesiątce wyruszają w podróż do Indii, tańczą tango w Buenos Aires albo uczą się włoskiego, żeby choć raz w życiu przeczytać Dantego w oryginale. Ja do nich nie należę. Mam swoje ulubione kapcie, fotel z nieco wysiedzianym oparciem, który służy mi wiernie od lat, i cichą radość z herbaty zaparzanej o siedemnastej.

Nie spytali mnie

Mój świat to porządek, cisza i samotność – nie smutna, tylko wygodna. Mieszkam sama, odkąd Stefan zmarł. Minęło dziesięć lat. Syn, Tomek, dzwoni co jakiś czas, zazwyczaj wtedy, gdy trzeba zając się wnukami. Ewa, jego żona, zawsze była… cóż, ekspresyjna. Ja mówię: wymagająca. Nie przepadamy za sobą, tolerujemy się. Taka zimna wojna na uśmiechy.

Wnuki kocham. Olek ma dziesięć lat i mówi tylko wtedy, gdy musi. Zosia siedem – jest wiecznie zapłakana. Mieszkają daleko, na nowym osiedlu, z windą w bloku, parkingiem podziemnym i kotem, który mnie nie znosi. Widujemy się rzadko.

Tamtego dnia, w przeddzień Dnia Babci, siedziałam właśnie w swoim fotelu z herbatą, patrząc przez okno, jak pada śnieg. Telefon zawibrował. Myślałam, że to wiadomość od operatora. Otworzyłam i aż przełknęłam ślinę, jakby mi ktoś podał gorzki lek bez zapowiedzi. „Zostawiamy dzieci u ciebie, właśnie wyjeżdżamy do Austrii. Kochamy!” – napisała Ewa. Przeczytałam trzy razy.

– Kochacie? Kogo? – mruknęłam do siebie. – Mnie czy siebie?

Żadnego „czy możesz”, żadnego „daj znać”. Ot, decyzja podjęta, fakty dokonane. Przekazanie wnuków jak paczki do paczkomatu.

Pojawili się

Usłyszałam dzwonek do drzwi chwilę po dziewiętnastej. Pomyślałam przez moment, że może się rozmyślili, ale nie. Olek i Zosia stali w progu z walizkami, w czapkach, bez słowa, jakby byli u obcej ciotki z dalekiej rodziny.

– Wchodźcie – powiedziałam cicho.

Nie odpowiedzieli. Przeszli obok mnie jak przez lotniskowy rękaw, obojętni, zmęczeni, zrezygnowani. Olek od razu powędrował do pokoju gościnnego, a Zosia stanęła na środku korytarza.

– A masz Netflix? – spytała.

– Nie mam – odpowiedziałam.

– To co my tu będziemy robić? – zapytała z rozpaczą w głosie.

– Może porozmawiamy albo przeczytamy coś?

– Nie jesteśmy w szkole – odpowiedziała z wyrzutem i zaczęła płakać.

Łzy spływały jej po policzkach, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami. Zamiast ją przytulić, przyniosłam chusteczkę. Poszłam do kuchni. Ugotowałam makaron z serem i ziołami. Kiedy postawiłam talerze na stole, Zosia siedziała z wyrazem twarzy, jakbym podała jej paszę. Olek się nie pojawił.

Tylko kaprysili

– Powiedz mu, że jest kolacja – zwróciłam się do Zosi.

Wzruszyła ramionami.

– On je tylko chipsy – burknęła.

– U mnie nie ma chipsów.

– No to nie zje.

Po chwili Olek wszedł do kuchni, spojrzał na mnie z pogardą i powiedział:

– Nie ma nawet Netflixa? Co to za dom?

Zacisnęłam zęby.

– To dom babci – odpowiedziałam. – Taki jak dawniej. Jest książka, herbata, rozmowa, a nie bajka na ekranie co trzy minuty.

– Dobra, jasne – rzucił i wrócił do pokoju.

Zosia pchnęła talerz w moją stronę.

– Nie jestem głodna.

Wstała i poszła za bratem. Zostałam sama przy stole. Wzięłam widelec, ale ręce mi się trzęsły. Odstawiłam go. Zaparzyłam sobie drugą herbatę. Usiadłam z powrotem, patrząc na puste krzesła. Może nie jestem najlepszą babcią, tylko starą kobietą z kuchenką gazową i regałem książek, który ich nie obchodzi? Może naprawdę powinnam była odmówić albo przynajmniej nauczyć się, jak działa ten cały Netflix?

Zignorowałam ich

Następnego dnia nie próbowałam ich przekonywać do niczego. Zrobiłam swoje: odkurzyłam, podlałam kwiaty, wyjęłam rosół z lodówki. Nie narzucałam się. Olek nie wychodził z pokoju, Zosia kręciła się jak cień, nie pytając o nic. Po południu, gdy kroiłam cebulę do farszu na naleśniki, usłyszałam za plecami kroki. Olek stanął w progu.

– Co robisz? – spytał z rezerwą.

– Przygotowuję naleśniki.

– Z serem?

– Z serem i pieczarkami.

Podszedł bliżej, zerknął do miski.

– Mogę pomieszać?

Podałam mu łyżkę.

– Trzeba z sercem – powiedziałam. – Jak wszystko w życiu.

Nie odpowiedział, ale mieszał długo i dokładnie. Po chwili do kuchni weszła Zosia.

– A ja?

– A ty pomożesz mi zawinąć – powiedziałam.

Opamiętali się

W milczeniu robiliśmy razem. Wnuczek mieszał, wnuczka układała. To nie były dzieci, które znałam, ale może właśnie je zaczynałam poznawać. Po południu Zosia siedziała przy stole i coś rysowała. Potem podeszła i podała mi laurkę. Na środku było serce, koślawe, nierówne, ale prawdziwe. Obok bukiet kwiatów.

– Wszystkiego najlepszego, babciu – powiedziała Zosia, patrząc mi prosto w oczy.

Rano zjedliśmy śniadanie bez pośpiechu. Po raz pierwszy nie czułam się jak opiekunka. Czułam się potrzebna. Wieczorem zadzwoniła Ewa. Olek wziął telefon.

– Jeszcze nie chcemy wracać – powiedział. – Babcia nas uczy życia.

Zosia położyła głowę na moim ramieniu. Pomyślałam, że może i nie mam Netflixa, ale mam coś, co nie wyłącza się pilotem.

Wrócili w środę. Zadowoleni, opaleni, z torbami pełnymi czekolad i win z Austrii. Ewa weszła pierwsza, głośna jak zawsze, rozejrzała się po mieszkaniu i rzuciła:

– No, jakoś sobie poradziliście.

Zaskoczyli wszystkich

Zosia przybiegła z kuchni i objęła mnie w pasie. Nie chciała puścić. Olek stanął obok, z rękami w kieszeniach.

– Mamo, babcia nauczyła mnie robić prawdziwe rzeczy – powiedział. – Nie tylko klikać.

Mój syn uniósł brwi.

– Serio? – spojrzał na mnie. – Nie wiedziałem, że Olek potrafi coś sam z siebie zrobić.

– Wystarczyło go zaprosić do kuchni, a nie do ekranu – odpowiedziałam.

Ewa patrzyła na własne dzieci, jakby nie do końca rozumiejąc, co się wydarzyło. Poprosiła, żeby się spakowali, bo mają jeszcze kawał drogi do domu. Dzieci nie ruszyły się z miejsca.

– Babciu, a mogę kiedyś znowu zostać? – zapytała Zosia, wtulona we mnie.

Odpowiedziałam jej, że drzwi zawsze są otwarte. A w środku poczułam coś, czego nie czułam od lat: byłam im potrzebna. I nie chodziło o opiekę, tylko o obecność.

Maria, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama